Powrót

Generał Wroński: „Nie jesteśmy w wojnie hybrydowej. Jesteśmy w wojnie"

Generał brygady Wojska Polskiego Dariusz Wroński, pilot wojskowy, ocenił w programie „Kanału Otwartego", że wypowiedź ministra Radosława Sikorskiego o szybkim pokonaniu Rosji była nadużyciem, a Polska - mimo znaczących zakupów sprzętu - nie osiągnęła jeszcze zdolności do prowadzenia długotrwałej wojny wysokiej intensywności. Zdaniem oficera trwające prowokacje na flance wschodniej to nie odosobnione incydenty, lecz systematyczny test obronności NATO.

Punktem wyjścia rozmowy była wymiana zdań między szefem polskiej dyplomacji a stroną rosyjską. Podczas konferencji Jałtańskiej Strategii Europejskiej Radosław Sikorski stwierdził, że gdyby Rosja zaatakowała NATO, sojusz pokonałby ją bardzo szybko, wskazując na przewagę w lotnictwie nawet bez uwzględnienia sił amerykańskich. W odpowiedzi doradca Władimira Putina Nikołaj Patruszew zapowiedział, że w razie działań militarnych Polski przeciwko Rosji polskie państwo przestanie istnieć w ciągu dwóch do trzech dni.

„Machanie szabelką" i realny bilans sił

Generał Wroński nie potwierdził tezy ministra o łatwym zwycięstwie. „Z całą pewnością wielką, czy większą paletę możliwości ma Rosja i ona jest w stanie wykonać każdy cel, każde zadanie, które zostanie postawione" - ocenił. Przypomniał wcześniejsze twierdzenie generała Skrzypczaka, że rosyjskie siły mogłyby zająć Warszawę w kilka dni, choć zastrzegł, że pełnoskalowe uderzenie byłoby dla Moskwy ostatecznością, grożącą wojną z całym sojuszem.

Odnosząc się do deklaracji o przewadze lotniczej, oficer zastosował własną proporcję. „Ja bym tutaj taką proporcję raczej zastosował dziesięć do jednego. Albo nawet jeszcze więcej, może dwadzieścia do jednego" - powiedział, dodając, że przy środkach konwencjonalnych Rosja mogłaby „przykryć nas czapkami".

Wypowiedź Sikorskiego generał uznał za nie tylko zbędną, ale wręcz szkodliwą. „Gdybym nawet posiadał wiedzę, że jesteśmy lepiej przygotowani, mamy więcej sprzętu (…), to zachowałbym to dla siebie" - stwierdził, wskazując, że ujawnianie przewagi osłabia efekt zaskoczenia w razie realnej eskalacji. Przyczyn takiej retoryki nie potrafił wyjaśnić, klasyfikując ją jako działanie public relations.

„Ta wojna się sączy"

Kluczową tezą rozmowy było twierdzenie, że Polska i sojusznicy nie znajdują się już w fazie wojny hybrydowej. „My nie jesteśmy w wojnie hybrydowej. Ktoś to tak nazwał i to tak pięknie, bo to medialnie działa (…). My jesteśmy już w trakcie wojny, tylko że ta wojna (…) się toczy, ona się sączy" - powiedział Wroński. Jego zdaniem Putin od dwudziestu lat przygotowuje społeczeństwa europejskie do realizacji celów mocarstwowych.

Generał zaznaczył, że pojedyncze zdarzenia - dron znaleziony na plaży nad Bałtykiem, atak dronowy na pociąg z Kijowa do Warszawy, incydenty w Danii, Holandii i na Litwie - należy analizować łącznie. „To już jest wielki problem, ponieważ łączymy te wszystkie pojedyncze elementy w wielką całość. To jest właśnie test naszego systemu obrony" - ocenił. Rosja, według niego, sprawdza czas wykrycia, identyfikacji, decyzji i reakcji oraz to, kto po polskiej stronie podejmuje decyzje i jak szybko.

Oficer wezwał do zautomatyzowania procedur reagowania. Jak podkreślił, każde naruszenie powinno być wcześniej przewidziane, a odpowiedź uruchamiana natychmiast, „nawet bez oficjalnej zgody, bo takie zgody już ustawowo funkcjonują". Za litewski incydent, w którym Eurofighter zestrzelił drona z 1,8 kg materiału wybuchowego, uznał już nie prowokację, lecz „uderzenie", ponieważ nosiło znamiona przygotowania bojowego.

Mobilizacja Rosji i polityczny paraliż wokół poboru

Odpowiadając na pytanie o kondycję rosyjskiej armii, generał wskazał na przygotowania mobilizacyjne prowadzone bez rozgłosu. Według przytoczonych przez niego informacji Rosja zamierza do końca bieżącego roku przygotować około 300 tysięcy zmobilizowanych „ochotników", a kolejne 300 tysięcy w roku następnym - przy czym z Ukrainy napływają już sygnały o zwiększeniu pierwszej transzy do 400 tysięcy.

Ciszę wokół tych działań oficer tłumaczył obawą Kremla przed protestem społecznym oraz przed międzynarodową reakcją. Krytycznie ocenił natomiast bierność polskiej klasy politycznej w sprawie powszechnego szkolenia wojskowego. „Politycy boją się o czymkolwiek mówić, ponieważ stracą (…) głosy wyborców" - stwierdził, wskazując, że niemal wszystkie państwa Unii Europejskiej wróciły do form obowiązkowej służby, a Polska temat odsuwa ze względu na kolejne kampanie wyborcze.

W najbliższym okresie generał spodziewa się kontynuacji eskalacji poniżej progu wojny: dronów, incydentów granicznych, zakłóceń GPS, cyberataków, sabotażu i presji informacyjnej. Za szczególnie narażony uznał kierunek, którym przez Polskę dociera zaopatrzenie dla Ukrainy - infrastrukturę transportową i logistyczną.

„Wojny nie wygrywa się katalogiem uzbrojenia"

Pytany o gotowość obronną kraju, Wroński przyznał, że Polska jest znacznie lepiej przygotowana niż kilka lat temu, lecz nie osiągnęła docelowych zdolności. Wskazał, że wielowarstwowa obrona powietrzna wciąż jest w budowie, a kraj nie dysponuje pełną liczbą systemów Patriot ani kompletnymi zestawami Narew, Pilica i Pilica Plus.

Największe luki dostrzegł w obronie powietrznej, systemach antydronowych i wykrywania, zapasach amunicji i rakiet, mobilizacji wyszkolonych rezerw oraz odporności infrastruktury krytycznej i ludności. „Kupiliśmy dużo sprzętu, ale wojny nie wygrywa się katalogiem uzbrojenia. Wygrywa ją system, żołnierz, amunicja, logistyka, obrona powietrzna, rezerwy i odporne państwo" - podsumował. Domknięcie tego systemu określił jako główną słabość, dodając: „na dzień dzisiejszy możemy powiedzieć, że każdy sobie rzepkę skrobie".

Generał zwrócił uwagę, że przeciwnik zna te braki. Za powiązany problem uznał niską świadomość społeczną, przywołując reakcję opinii publicznej na wypowiedź wiceszefa Agencji Uzbrojenia generała Michała Marciniaka o braku pełnej tarczy antyrakietowej nad polskimi miastami. Skrytykował także sposób komunikowania zagrożeń: SMS-y wysyłane na ścianę wschodnią, jego zdaniem, straszą, zamiast zawierać zwięzłą instrukcję postępowania. „Tam w SMS-ie ma być napisanych trzy zdania, co ten człowiek powinien w tym momencie zrobić" - ocenił.

Wnioski z Ukrainy i sceptycyzm wobec obrony europejskiej

Za największą przewagę Ukrainy oficer uznał błyskawiczne przystosowywanie się do zmieniających się warunków walki. „To, że Rosjanie się do przodu nie posuwają, oznacza, że świetnie odrobili lekcje. Tego nam brakuje" - stwierdził, wskazując, że w Polsce decyzje zapadają zbyt wolno, a zakup sprzętu to dopiero połowa zdolności bojowej. Każdy kontrakt, jak zaznaczył, trzeba oceniać razem z amunicją, częściami, serwisem, szkoleniem i logistyką.

Ideę wspólnej obrony europejskiej generał uznał za mało realną. Jego zdaniem wiodące państwa - Niemcy, Francja, Wielka Brytania - nie osiągną zgody co do wydzielenia sprzętu na ochronę wschodniej flanki, a europejska produkcja uzbrojenia pozostaje szczątkowa wobec potrzeb. Zamiast budować nowy system, opowiedział się za wzmacnianiem istniejących struktur i procedur NATO.

Jednocześnie oficer nie widzi ryzyka trwałego wycofania się Stanów Zjednoczonych z Europy, wskazując na obecność amerykańskich dowództw, w tym V Korpusu w Poznaniu, oraz na wizyty wysłanników prezydenta USA oceniających lokalizacje przyszłych baz. Utrzymanie żołnierzy amerykańskich ma być, według niego, obciążeniem strony amerykańskiej, a budowa infrastruktury i logistyki - zadaniem Polski i państw europejskich.

Gdzie leży realne zagrożenie

W przedstawionej skali eskalacji generał zaznaczył kolorem czerwonym obszary największego ryzyka: aktywność wojskową na Bałtyku, sabotaż i przygotowanie środowiska operacyjnego, ataki na przemysł obronny, kolej, huby i infrastrukturę krytyczną oraz rosnące ryzyko „niezamierzonej" eskalacji na linii Rosja-NATO. To ostatnie określenie skorygował znacząco: „Niezamierzona, czytaj: planowana".

Wroński ostrzegł przed działaniami pod fałszywą flagą, prowadzonymi tak, by utrudnić przypisanie odpowiedzialności i uniknąć uruchomienia artykułu 5. Sprzęt użyty do wyrządzenia szkód - jak zaznaczył - „wcale nie musi mieć oznaczeń rosyjskich". Zwrócił też uwagę, że kluczowym punktem może okazać się nie sam przesmyk suwalski, lecz teren położony 160-300 km na północ od niego, jego zdaniem najsłabiej broniony.

Za mało prawdopodobną uznał otwartą wojnę wielkoskalową, dopuścił natomiast możliwość „wyszarpnięcia kawałka terytorium". Ocenił, że kinetyczne działania mogą wystąpić w celu wywołania efektu psychologicznego i sprowokowania NATO do reakcji prewencyjnej, którą Moskwa mogłaby przedstawić jako agresję sojuszu. Rozmowa, przeprowadzona przez Kamilę Baranowską w programie „Kanał Otwarty", zamknęła się apelem o świadomość, że najgroźniejsze incydenty rzadko są przypadkowe - „są skrupulatnie wliczone w kalkulację przeciwnika".