Powrót

Granica, której nikt już nie przekroczył. Jak zmieniła się wschodnia flanka

Pięć lat po kulminacji kryzysu migracyjnego na granicy z Białorusią liczba prób jej nielegalnego przekroczenia drastycznie spadła, a sama infrastruktura - rozbudowana przez dwa kolejne rządy - przypomina dziś, według relacji odwiedzających ją obserwatorów, „państwo ze stali”. O obecnym stanie wschodniej granicy rozmawiali na Kanale Otwartym Igor Janke i Grzegorz Ślubowski, odwołując się do niedawnej wizyty u funkcjonariuszy Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej.

Od 40 tysięcy prób do pojedynczych incydentów

Jesień 2021 roku była apogeum presji migracyjnej inspirowanej przez reżim Alaksandra Łukaszenki i wspieranej przez Rosję. Jak przypomniał Janke, w pierwszym roku odnotowano około 40 tysięcy prób przekroczenia polskiej granicy, w kolejnych latach - od 25 do 30 tysięcy. Jeszcze w ubiegłym roku liczba ta sięgała 25 tysięcy.

W tym roku skala zjawiska jest znacznie mniejsza. Według danych, do których odwołał się Janke, odnotowano około 500 prób, a funkcjonariusze twierdzą, że żadna nie zakończyła się skutecznym przekroczeniem granicy.

Spadek wynika z kilku czynników. Janke wskazał na prawdopodobną zmianę polityki Łukaszenki - być może pod naciskiem chińskim - ale też na skuteczność polskiej obrony. Sami funkcjonariusze, jak relacjonował, przekonują, że presja osłabła również dlatego, iż przeprawa przez polski odcinek stała się po prostu zbyt trudna.

Do Polski próbowali przedostawać się ludzie z 52 krajów. Rozmówcy podkreślili, że migranci nie działali samodzielnie: byli doprowadzani do granicy przez białoruskich funkcjonariuszy. Janke przytoczył istnienie pasa o szerokości 800 metrów po stronie białoruskiej, zabezpieczonego zaporami, których nie da się pokonać bez wiedzy tamtejszych służb.

Trzy linie zabezpieczeń i decyzje dwóch rządów

Stalowa zapora na granicy powstała w 2022 roku - decyzję o jej budowie podjął rząd Mateusza Morawieckiego. Dziś bariera ciągnie się na odcinku około 186 kilometrów i składa się z dwóch linii ogrodzenia, wspartych systemami elektronicznymi.

Infrastrukturę rozbudował kolejny rząd. Janke zwrócił uwagę, że choć ówczesna opozycja krytykowała budowę płotu, po przejęciu władzy kontynuowała i wzmocniła inwestycję - fizycznie i elektronicznie. „To też jest przykład tego, że u polityków zmienia się punkt widzenia wraz z miejscem siedzenia” - skomentował Ślubowski.

Zmiany objęły także logistykę reagowania. Dawną drogę gruntową zastąpiono asfaltem, po którym pojazdy Straży Granicznej poruszają się bez przeszkód. Funkcjonariusze dostają dziś sygnał elektroniczny o próbie przekroczenia granicy i - jak relacjonował Janke - pierwszy patrol może dotrzeć na miejsce w ciągu minuty, a większe siły, tzw. zgęstka, w pięć do dziesięciu minut.

Rozwiązano również część zarzutów środowisk ekologicznych. Janke wskazał, że w ogrodzeniu wykonano przejścia dla małych zwierząt, a migracja większych i tak była ograniczona przez białoruskie zapory w pasie przygranicznym.

Odcinek ochraniany przez Podlaski Oddział Straży Granicznej liczy, według przytoczonych danych, 351 km - 247 z Białorusią i 104 z Litwą. Działa na nim 17 placówek, a w oddziale pracuje około 2,5 tys. funkcjonariuszy i 300 pracowników cywilnych.

Prowokacje zza płotu i profesjonalizm służby

Podczas wizyty grupy absolwentów Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności doszło do bezpośredniej konfrontacji z funkcjonariuszami białoruskimi. Jak opisał Janke, po drugiej stronie płotu pojawiły się dwa pojazdy, z których wyszli funkcjonariusze i zaczęli filmować polską grupę telefonami, kierując w jej stronę słowa, których - jak ocenił - nie da się powtórzyć publicznie.

Polscy funkcjonariusze odsunęli obserwatorów od ogrodzenia. „Oni mieli taki spokój w sobie, oni powiedzieli: proszę państwa, przesuńmy się, nie było żadnej paniki, nie było żadnych gwałtownych ruchów” - relacjonował Janke. Nagranie z tego zdarzenia nie zostało opublikowane na prośbę zastępcy komendanta.

Zdaniem rozmówcy takie sytuacje są celową taktyką. „Białorusini prowokują. To są takie prowokacje po to, żeby nasi coś zrobili. Żeby ktoś wystrzelił” - streścił słowa funkcjonariuszy. Pytani, czy obawiają się reakcji w obliczu ryzyka oskarżeń, mieli odpowiadać: „My wiemy, co mamy robić, wiemy, kiedy możemy, kiedy nie możemy”.

Janke przytoczył też relację funkcjonariusza, któremu mężczyzna stojący po białoruskiej stronie groził: „Jak przejdę granicę, to ciebie zabiję, ciebie zgwałcę”. Rozmówcy przypomnieli, że w trakcie kryzysu dochodziło do ataków butelkami z benzyną, ostrymi kijami i nożami. W wyniku jednego z nich zginął 21-letni żołnierz Mateusz Sitek - rozmówcy zaznaczyli, że był to żołnierz, a nie funkcjonariusz Straży Granicznej.

Nagroda Instytutu Wolności i spór o azyl

Pod wrażeniem wizyty Instytut Wolności przyznał funkcjonariuszom Podlaskiego Oddziału zbiorową nagrodę „Obywatel Wolności” - czwartą w historii, po wyróżnieniach dla Mateusza Wodzińskiego, Rafała Modrzewskiego i generała Karola Molendy. Wręczył ją generał Mariusz Chmielewski, obecny szef polskich cyberwojsk.

Janke podniósł też kwestię Anny Michalskiej, byłej rzeczniczki Straży Granicznej, odwołanej z tej funkcji z powodów, które określił jako polityczne. Michalska nadal pracuje w formacji, obecnie jako przedstawicielka polskiej służby za granicą. „Została skrzywdzona (…) to jest bardzo niesprawiedliwe i bardzo niedobre” - ocenił.

Rozmówcy odnieśli się także do kontrowersji wokół tzw. pushbacków oraz decyzji rządu o czasowym ograniczeniu prawa do składania wniosków azylowych. Janke przyznał, że rozumie ten spór i że zdaniem części specjalistów praktyka ta budzi wątpliwości co do zgodności z prawem europejskim. Zastrzegł jednak, że jest to decyzja polityczna, a nie wybór funkcjonariuszy, którzy „realizują powierzoną im misję ochrony granic”.

Obaj dziennikarze krytycznie ocenili postawę części opinii publicznej, mediów i polityków z okresu kryzysu, którzy oskarżali służby o łamanie praw człowieka. „Nasze granice nie są lewicowe ani prawicowe. Nie są pisowskie ani platformerskie, ani konfederackie. To jest granica Polski, nas wszystkich” - podkreślił Janke, dodając, że w rozmowach z funkcjonariuszami nie słyszał języka politycznych podziałów.

Kontekst: łotewski punkt odniesienia i otwarte pytania

Rozmówcy zestawili sytuację polską z łotewską. Jak zauważył Ślubowski, na granicy Łotwy z Białorusią presja wciąż jest intensywna - niemal co tydzień dochodzi tam do podkopów i starć, a białoruscy funkcjonariusze mają niekiedy przechodzić na drugą stronę wraz z migrantami. Spadek liczby incydentów w Polsce może zatem częściowo wynikać z przekierowania presji na słabiej zabezpieczone odcinki.

Żaden z rozmówców nie przesądza, że kryzys dobiegł końca. Funkcjonariusze, jak zaznaczył Janke, nie zajmują się polityką międzynarodową i nie prognozują kolejnych fal ataków. Pozostaje też nierozstrzygnięty spór prawny wokół polityki azylowej.

Mimo tych zastrzeżeń ogólna ocena rozmówców była jednoznacznie pozytywna: wschodnia granica jest dziś znacznie lepiej zabezpieczona niż pięć lat temu, a kluczową rolę odgrywa ciągłość decyzji dwóch kolejnych rządów. „Jest nieźle. To nie znaczy, że już nic nie trzeba poprawiać” - podsumował Janke.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter