Interwencja rzecznik praw dziecka, awans brata ministra i „wtórny analfabeta"
W minionym tygodniu polską debatę publiczną zdominowało pięć spraw obnażających napięcia w instytucjach państwa: od interwencji rzeczniczki praw dziecka, która doprowadziła do odebrania rodzicom dwójki małych dzieci, przez umorzenie postępowania wobec Lecha Wałęsy z kuriozalnym uzasadnieniem, po ujawnioną przez Onet polityczną nominację w wojskach dronowych.
Najgłośniejszą historią była sprawa opisana przez Kanał Zero, dotycząca Moniki Hornej-Cieślak, rzeczniczki praw dziecka. Była ona przypadkowym świadkiem ulicznej sytuacji, w której matka szarpała i krzyczała na dziecko próbujące wybiec na jezdnię. Rzeczniczka zwróciła kobiecie uwagę, a ta odezwała się do niej obraźliwie. W odpowiedzi rzeczniczka wezwała policję i uruchomiła lawinę działań instytucjonalnych.
Odebranie dzieci i kontrowersje wokół rzeczniczki
W sprawę zaangażowano policję, kuratora oraz sąd rodzinny, przeprowadzono przeszukanie w domu rodziny. Żadna z instytucji nie znalazła wówczas podstaw do odebrania dzieci. Rzeczniczka nie odpuściła - 15 sierpnia, w dzień wolny od pracy, osobiście udała się na posterunek, gdzie ostatecznie zapadła decyzja o odebraniu rodzinie dzieci w wieku trzech i czterech lat. Trafiły one do placówki.
Sąd rodzinny, badając zasadność tak radykalnego działania z urzędu, nie zostawił na decyzji suchej nitki. Mówił o nadużyciu urzędniczym, o niewspółmierności zastosowanych środków do przewinienia rodziny oraz o przemocy instytucjonalnej. Sąd określił interwencję nawet jako działanie pozaprawne.
W obronie rzeczniczka zaczęła przytaczać dokumenty świadczące o tym, że rodzina była wcześniej pod kontrolą instytucji, miała założoną niebieską kartę, a ojciec był skazany za rozbój. Problem w tym, że w chwili ulicznej interwencji rzeczniczka nie znała tożsamości rodziny ani jej historii - wiedzę tę zgromadziła dopiero później. Komentatorzy sugerują, że mogło dojść do poszukiwania uzasadnienia dla radykalnych decyzji już po fakcie.
W sprawie pojawiły się kolejne zwroty. Rzeczniczka stwierdziła w rozmowie z Polsat News, że dzieci są „obecnie bezpieczne, bo przebywają poza środowiskiem domowym", co sugerowało, że w domu z rodzicami byłyby zagrożone. Później okazało się, że dzieci przebywają w placówce razem z matką - nie zostały więc odseparowane od rodziców, lecz rodzina straciła mieszkanie. Rodzice wraz z dziećmi pojawili się w studiu Kanału Zero; z ustaleń dziennikarzy wynika, że matka z dziećmi mieszka w placówce z braku mieszkania, a ojciec przebywa u rodziny.
Wobec rzeczniczki wcześniej formułowano zarzuty mobbingu w Biurze Rzecznika Praw Dziecka - opisał je obszerny materiał dziennikarzy TVN24, powołujący się na ponad dwudziestu świadków. Sprawa nie miała wówczas dalszych konsekwencji.
Marszałek Sejmu o Unii Europejskiej
Drugą sprawą były słowa Włodzimierza Czarzastego, marszałka Sejmu, wypowiedziane na spotkaniu z młodzieżą. Przekonując o korzyściach z członkostwa Polski w Unii Europejskiej, marszałek wspominał podróże sprzed akcesji.
„Pamiętam, w Czechach, na granicy czesko-austriackiej siedziałem w tym maluchu jedenaście godzin z dwojgiem małych dzieci" - mówił Czarzasty. Opisywał też brak toalet: „Stałem w polu, bo nie było po prostu kibli", oraz zepsuty termos, przez który dzieci piły zimne napoje, bo nie miał pieniędzy na ciepłe. Odwoływał się do zapamiętanej infrastruktury sprzed trzydziestu lat: dróg, hoteli, stacji benzynowych i „śmierdzących kibli". Wypowiedź, pomyślana jako argument za obecnością Polski w UE, wywołała dyskusję o estetyce języka drugiej osoby w państwie.
Umorzenie wobec Wałęsy i „wtórny analfabetyzm"
Trzecią głośną sprawą było umorzenie przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie postępowania wobec Lecha Wałęsy dotyczącego składania fałszywych zeznań w sprawie teczek Kiszczaka. Wałęsa wypierał się, by jego podpisy widniały pod donosami tajnego współpracownika SB o pseudonimie „Bolek", choć prokuratura dysponowała odręcznymi dokumentami znalezionymi w mieszkaniu wdowy po generale Kiszczaku. Wcześniejsza analiza pisma, wykonana na potrzeby śledztwa, potwierdzała jego autorstwo.
Prokuratura kierowana obecnie przez Waldemara Żurka po ponownej analizie zmieniła stanowisko. Jednym z argumentów uzasadnienia - cytowanego na koncie Sławomira Cenckiewicza - jest stwierdzenie, że były prezydent „nie sporządzał w swoim życiu, a szczególnie w latach siedemdziesiątych, długich rękopisów".
Uzasadnienie idzie dalej: „Niektórzy świadkowie wskazywali wprost, że w tamtym okresie był on wtórnym analfabetą. Nie posługiwał się pismem i słabo czytał, a dokumenty, które podpisywał jako przewodniczący Związku Zawodowego Solidarność, były pisane dla niego przez inne osoby". Argumentacja, według której Wałęsa nie mógł podpisać donosów, ponieważ nie potrafił pisać ani czytać, pozostaje dla byłego prezydenta co najmniej niejednoznaczna.
Tusk, „bejsbol" i Trybunał Konstytucyjny
Czwartą sprawą były słowa premiera Donalda Tuska, który podczas spotkania w Krakowie zapowiedział zmianę stylu politycznego. „Grzeczny już byłem. Nie będę grać w szachy, kiedy ktoś podchodzi do mnie z bejsbolem" - napisał premier w serwisie X.
Rozwijając metaforę na żywo, Tusk mówił o umowie na grę w szachy, do której podchodzi „facet z bejsbolem" nastawiony na „ustawkę", podczas gdy otoczenie - „w tym niestety także często media" - oczekuje od niego dalszej gry według reguł. Wypowiedź padła w kontekście doniesień o możliwym siłowym przejęciu Trybunału Konstytucyjnego.
Do Trybunału premier kieruje Macieja Berka, którego politycy Koalicji Obywatelskiej przedstawiają jako niezależnego, bezpartyjnego eksperta. Tymczasem sam Tusk nazwał go swoją „prawą ręką", a „Gazeta Wyborcza" zatytułowała tekst: „Robocop Tuska idzie sprzątać w Trybunale Konstytucyjnym, użyje wszelkich możliwych środków". Publicystka Kataryna skomentowała złośliwie tę rozbieżność między wizerunkiem niezależnego sędziego a określeniem „Robocop od brudnej roboty".
Awans brata ministra w wojskach dronowych
Piątą sprawą były ustalenia Onetu - autorstwa Marcina Wyrwała i Edyty Żemły - dotyczące generała Mirosława Bodnara, odpowiedzialnego za rozwój wojsk dronowych. Z końcem miesiąca ma on odejść ze stanowiska, a powodem jest niezadowolenie kierownictwa resortu, w tym ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza, z postępów we wdrażaniu dronów do polskiej armii.
Według Onetu polscy żołnierze nadal nie ćwiczą walki z użyciem bezzałogowców, po części z powodu braku sprzętu w jednostkach, a po części dlatego, że dowództwo nie wypracowało spójnej strategii ich wdrożenia. Generał Bodnar odpowiadał za ten obszar przez dwa lata.
Mirosław Bodnar to brat Adama Bodnara, byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. Onet pisze wprost, że nominacja generała na szefa inspektoratu systemów bezzałogowych miała charakter polityczny, a nie merytoryczny - rozważano innych oficerów z doświadczeniem, jednak przeważyły względy polityczne. Stopień generalski otrzymał w sierpniu 2024 roku z rąk prezydenta Andrzeja Dudy; według Onetu Kosiniak-Kamysz miał osobiście rozmawiać z prezydentem w sprawie awansu, wobec sprzeciwu ówczesnego Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Rozmówcy Onetu oceniają sprawę bezkompromisowo. „Generał Bodnar nie miał żadnej wiedzy w zakresie dronów w momencie wyznaczania go na to stanowisko. Miał za to brata na stanowisku ministra sprawiedliwości" - cytuje portal. Oficer znający kulisy funkcjonowania wojsk dronowych podsumowuje: „Polityczna nominacja Bodnara kosztowała nas dwa lata. Straconego w ten sposób czasu już nie nadrobimy".
Wszystkie pięć spraw łączy wspólny mianownik - napięcie między deklarowanymi standardami instytucji państwa a praktyką ich funkcjonowania. W przypadku wojsk dronowych stawką jest bezpieczeństwo państwa w czasie, gdy - jak wskazują komentatorzy - Rosja testuje gotowość NATO.