Kraków odwołał prezydenta. Czy to początek fali w całej Polsce?
Mieszkańcy Krakowa odwołali w referendum prezydenta Aleksandra Miszalskiego, mimo apeli lokalnych elit o bojkot głosowania. Za odwołaniem opowiedziało się więcej osób niż zagłosowało na Miszalskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich sprzed dwóch lat. Frekwencja wystarczyła jedynie do odwołania prezydenta - rada miasta zachowała mandat. Publicyści Piotr Skwieciński i Jan Śpiewak zastanawiają się, czy to lokalny incydent, czy początek ogólnopolskiej fali sprzeciwu wobec rządzących.
Fenomen lokalny czy ogólnopolski sygnał
Zdaniem Jana Śpiewaka wynik referendum pokazuje słabość obecnego rządu i potencjał opozycji na poziomie lokalnym. „Gdybym był Jarosławem Kaczyńskim, to bym dzisiaj robił taktykę tysiąca Wietnamów i bym te referenda robił w każdym z miast dużych" - mówi publicysta, wskazując Częstochowę, Poznań i Wrocław jako miejsca, gdzie podobne inicjatywy miałyby szanse powodzenia.
Śpiewak twierdzi, że rząd Donalda Tuska ma poparcie „ledwie 30 paru procent Polaków" - o około dziesięć punktów mniej niż rząd Mateusza Morawieckiego. Zwraca jednak uwagę, że nie przekłada się to na sondaże partyjne, w których Koalicja Obywatelska „pożarła" lewicę i Polskę 2050.
Skwieciński jest ostrożniejszy w prognozach. Wskazuje, że PiS „nie potrafiło pojechać na tej fali" i nie ma efektu lidera, który stanąłby na czele niezadowolenia społecznego. Śpiewak dodaje, że Prawo i Sprawiedliwość jest „zbyt tłustymi kotami" po ośmiu latach rządów, a lokalne układy władzy sprawiają, że partia w wielu miastach faktycznie dogaduje się z konkurencją. Jako przykład podaje Lublin, gdzie mimo afer wokół prezydenta „nic się nie dzieje", ponieważ jego żona została nominowana przez rząd PiS na stanowisko szefowej lokalnego muzeum.
Turystyfikacja jako motor niezadowolenia
Rozmówcy zgadzają się, że Kraków jest w Polsce szczególnym przypadkiem ze względu na skalę turystyfikacji centrum. Jan Maria Rokita - cytowany w rozmowie - mówi o „wygnaniu w Bieszczady" po tym, jak kamienica, w której mieszkał od zawsze, została w całości przekształcona pod najem krótkoterminowy.
Śpiewak wskazuje, że problem dotyczy również Warszawy, Gdańska i miast kurortowych. „Sopot jest okazuje się miastem, które ma najmniej najmniejszy przyrost naturalny, bo wszystko zamienił na najem krótkoterminowy" - twierdzi. Powołuje się na badania z Warszawy, według których 80 procent ogłoszeń najmu krótkoterminowego pochodzi od kilkunastu podmiotów. „RBNB zaczynało od takiej obietnicy trochę jak Uber (…), że mam wolny pokój, wyjeżdżam na wakacje, to wynajmuję. Ale nie, że robię z tego totalny ogromny biznes" - dodaje.
W Sejmie procedowane są dwa projekty regulacji: rządowy, przygotowywany przez ministra Ireneusza Rasia, oraz poselski Polski 2050. Projekt Polski 2050 przewiduje sześciomiesięczne vacatio legis i wymóg zgody wspólnoty mieszkaniowej. Projekt rządowy zakłada nawet pięcioletnie vacatio legis i ogranicza się do utworzenia rejestru numerów, bez którego ogłoszenie nie będzie mogło się pojawić na platformach typu Booking.
Śpiewak przytacza wypowiedź Rasia, który - reagując na porównanie najmu krótkoterminowego do „pokoi na godziny" - powiedział: „Jestem przerażony taką dysputą, bo odbieram potem setki telefonów od branży, że oni są obrażani". Publicysta ocenia to jako dowód siły lobby najmu krótkoterminowego w kontaktach z ministerstwem.
Spór o próg frekwencyjny
Publicyści dyskutują też o samej instytucji referendum. Skwieciński przyznaje, że początkowo argument o „zorganizowanej mniejszości narzucającej zdanie milczącej większości" wydał mu się przekonujący. Ostatecznie doszedł jednak do wniosku, że ważniejszą wartością jest przerwanie ciągłości lokalnych układów. Przypomina, że poprzednik Miszalskiego, Jacek Majchrowski, rządził Krakowem 22 lata.
Śpiewak idzie dalej: postuluje zniesienie progu ważności referendum. „Wtedy jedna i druga strona musiałaby zachęcać do pójścia do referendum" - argumentuje. Obaj wskazują też na problem tajności głosowania w małych społecznościach: w Krakowie samych urzędników samorządowych jest około 3 tysięcy, a wraz z pracownikami spółek miejskich i administracji wojewódzkiej - kilkanaście tysięcy osób, dla których pójście na referendum wbrew stanowisku władz może być odczytane jako gest opozycyjny.
Nauka, biznes i model rozwojowy
Druga część rozmowy dotyczyła protestów naukowców pod hasłem „3 procent na naukę". Rozmówcy przypominają, że Polska przeznacza obecnie około 1 procent PKB na naukę, przy średniej unijnej wynoszącej 2 procent. Dzień po demonstracji ujawniono, że Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przyznało Perle - Browary Lubelskie ponad 38 milionów złotych na opracowanie „piwa fit" o obniżonej zawartości alkoholu i cukru.
Śpiewak opisuje to jako element szerszego modelu gospodarczego. „Żyjemy po prostu w rekonstrukcji XVI-wiecznej Rzeczypospolitej" - twierdzi, mówiąc o „elitach kompradorskich", które eksploatują niskie koszty pracy zamiast inwestować w innowacje. Wskazuje, że polska klasa przedsiębiorcza, zamiast reinwestować zyski, „kupuje mieszkania na wynajem, a najlepiej na wynajem krótkoterminowy" oraz luksusowe samochody w leasingu.
Skwieciński dodaje własną obserwację: znane mu badania pokazują, że polscy przedsiębiorcy po osiągnięciu określonego poziomu zamożności rzadko decydują się na skalowanie działalności czy ekspansję zagraniczną. Częstą konkluzją jest sprzedaż firmy - najczęściej inwestorowi zagranicznemu. „Polskiej Nokii z taką mentalnością klasy przedsiębiorczej jaką mamy, nie będziemy mieli" - ocenia.
Obaj publicyści mają zastrzeżenia do sztywnego zapisywania w prawie 3-procentowego progu wydatków na naukę. Skwieciński obawia się, że taki mechanizm ograniczyłby manewrowość budżetową i mógłby utrwalić istniejące patologie akademickie. Śpiewak przywołuje kazus rektora Uniwersytetu Warszawskiego Alojzego Nowaka, który miał pobierać 70 tysięcy złotych miesięcznie z PZU - jak twierdzi - na fikcyjnym etacie.
Kontekst
Krakowskie referendum zapada w momencie, gdy rząd Donalda Tuska mierzy się ze spadającym poparciem, a opozycja szuka sposobów na wykorzystanie lokalnych frustracji. Wynik pokazuje, że mobilizacja przeciwko urzędującym władzom samorządowym jest możliwa nawet w miastach uznawanych za bastiony liberalne. Otwartą kwestią pozostaje, czy PiS zdoła przekuć krakowski precedens w ogólnopolską strategię, oraz czy rządząca koalicja zdąży zareagować na napięcia związane z turystyfikacją, mieszkalnictwem i finansowaniem nauki, zanim staną się one paliwem kolejnych referendów.