Kryzys polityczny w Kijowie. Fedorow kontra Syrski, walka o wpływy i pieniądze
W wielu miastach Ukrainy - Kijowie, Lwowie, Odessie, Dnieprze, Winnicy, Iwano-Frankiwsku i Łucku - wybuchły protesty przeciwko zapowiedzianej dymisji ministra obrony Mychajły Fedorowa. Za kryzysem stoi splot walki o kontrolę nad miliardowymi strumieniami finansowymi w sektorze zbrojeniowym, konfliktu wizji dowodzenia armią oraz rozgrywki o przyszłość prezydentury Wołodymyra Zełenskiego - ocenia analityk Marek Budzisz.
Symbol zmian pod presją
Fedorow, wcześniej minister cyfryzacji, przejął tekę obrony pół roku temu. W tym czasie stał się symbolem modernizacji sposobu produkcji uzbrojenia, organizacji sektora przemysłowego, systemu zamawiania sprzętu przez jednostki frontowe oraz budowy tzw. świadomości sytuacyjnej. Jego zapowiedziane odwołanie wywołało falę protestów zorganizowanych przez te same osoby, które w ubiegłym roku wzywały do demonstracji w obronie niezależności NABU - Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy.
Kryzys nie został zażegnany. Ukraina ma nowy rząd, ale nie ma ministra obrony ani ministra spraw zagranicznych - a to właśnie o obsadzie tych stanowisk decyduje prezydent. „W kraju ogarniętym wojną to dosyć dramatyczna sytuacja” - podkreśla Budzisz. Sam Fedorow nie pogodził się z dymisją: wystąpił publicznie, opublikował obszerny wpis podsumowujący dokonania z półrocznej kadencji i zdaniem analityka, zasygnalizował ukraińskiej opinii publicznej ambicje wykraczające poza rolę członka ekipy Zełenskiego.
Konflikt z Syrskim: dwie wizje armii
Osią sporu jest konflikt Fedorowa z głównodowodzącym Sił Zbrojnych Ukrainy generałem Ołeksandrem Syrskim. Zełenski publicznie przyznał, że obaj oficjele przestali ze sobą rozmawiać. Fedorow oskarża Syrskiego o intrygi, w tym o inspirowanie kampanii medialnych na Telegramie skierowanych przeciwko niemu.
W tle konfliktu leży fundamentalna różnica w podejściu do prowadzenia wojny. Syrski, oficer po sześćdziesiątce, reprezentuje tradycyjny, postsowiecki model dowodzenia i pozyskiwania sprzętu. Fedorow - 35-letni menedżer, absolwent Yale - forsował wprowadzenie systemu informatycznego integrującego dane z milionów sensorów: kamer na dronach, kamer żołnierzy, sensorów dźwiękowych i obserwacji satelitarnych, także komercyjnych. Terabajty danych przetwarzane są centralnie, a obraz sytuacji trafia na tablety oficerów liniowych, wspieranych już przez sztuczną inteligencję.
Skutek: łańcuch dowodzenia uległ skróceniu, a dowódcy brygad na froncie mają często lepszą orientację w sytuacji niż oficerowie sztabowi. „Ci wyżsi oficerowie sztabowi okazują się mniej potrzebni, okazują się mniej przydatni w tej nowej formule” - tłumaczy Budzisz. Zastrzega jednocześnie, że ukraińska armia funkcjonuje w modelu „wyspowym”: obok obszarów nowoczesności trwają enklawy dawnego myślenia. Otwartym pytaniem pozostaje, czy armia w trakcie wojny powinna być poddawana tak głębokim reformom wewnętrznym.
Walka o marże i nowych oligarchów
Drugim wymiarem sporu są pieniądze. Ukraina wszystkie wpływy podatkowe kieruje na kontynuację wojny - według Budzisza to około 70 miliardów dolarów rocznie. Zełenski zapowiedział produkcję 10 milionów dronów w tym roku i nawet 20 milionów w przyszłości. Wokół tych strumieni finansowych narodziły się nowe fortuny i nowa grupa wpływowych przedsiębiorców.
Fedorow wprowadził mechanizmy kompresji marż producentów i zwiększenia konkurencji w przetargach. Uderzyło to w interesy - także tych powiązanych z otoczeniem Syrskiego. „O to, kto będzie tę marżę kontrolował, trwa bardzo zażarta i bezpardonowa walka” - mówi Budzisz. Nawet hipotetyczna 25-procentowa marża producentów przekłada się na miliardy dolarów rocznie.
Analityk używa wobec nowej grupy przedsiębiorców zbrojeniowych terminu „oligarchowie” - ze względu na skalę majątków i wpływów, nie zaś na tożsamość mentalną z dawną elitą. Zastrzega, że wśród dawnych ukraińskich oligarchów byli i tacy, którzy opowiadali się za kursem prozachodnim, jak Petro Poroszenko.
Polityczne dno kryzysu
Pod warstwą sporu o wizję armii i pieniądze leży kluczowa rozgrywka - o przyszłe wybory prezydenckie. Kadencje prezydenta, Rady Najwyższej i samorządów formalnie już wygasły; wybory prędzej czy później się odbędą. O ich wyniku zdecyduje to, kto pozyska sympatię walczących żołnierzy i weteranów - dziś najbardziej dynamicznej grupy społecznej na Ukrainie.
Majowe sondaże zamówione przez administrację prezydenta pokazały, że popularność Zełenskiego zaczęła rosnąć po miesiącach spadku, podczas gdy notowania generała Wałerija Załużnego, przebywającego jako ambasador w Londynie, wyraźnie się osłabiły. Popularność Fedorowa uczyniła z niego potencjalnie czarnego konia wyborów. „Fedorow dzięki swojej popularności zaczął zagrażać Zełenskiemu” - ocenia Budzisz.
W rozgrywce liczą się także inni aktorzy. Fedorow był, według analityka, jednym ze „spiskowców”, którzy doprowadzili do dymisji Andrija Jermaka, wcześniej wszechwładnego szefa administracji prezydenta. Innymi mieli być szef wywiadu wojskowego Kyryło Budanow oraz szef frakcji Sługi Narodu Dawyd Arachamija, którego wpływy - jak wskazuje Budzisz - obecnie rosną. Sam Jermak nie zniknął z życia publicznego i wciąż spotyka się z Zełenskim. Według ukraińskiej prasy dzień przed rozmową spotkał się z generałem Syrskim.
Wystąpienia Fedorowa zaczęły zbierać poparcie części dowódców liniowych - publicznie stanął po jego stronie generał Michajło Drapatyj, dowódca operacyjny. Z kolei jeden z dowódców Azowa opowiedział się po stronie Syrskiego. Zełenski w ostatnim tygodniu spotkał się natomiast osobiście z Ołehem Laszką - niegdyś radykalnym politykiem, dziś dowódcą jednostki systemów bezzałogowych - co Budzisz odczytuje jako sygnał budowania szerokiej koalicji wsparcia.
Ukraina odchodzi od Unii?
Kryzys ma także wymiar zewnętrzny. Zdaniem Budzisza determinacja ukraińskich elit rządzących w kwestii członkostwa w Unii Europejskiej wyraźnie osłabła. Były wicepremier ds. integracji europejskiej Ołha Stefaniszyna - w rozmowie odniesienie dotyczy Tarasa Kaczki - przyznał, że z porozumienia z komisarzem UE ds. rozszerzenia, przewidującego sekwencję reform na 12 miesięcy, udało się po pół roku zrealizować jedynie 15 procent zapisów.
„Ukraińska elita, ta, która rządzi, jest mniej zainteresowana akcesem do Unii Europejskiej, a bardziej dostępem do europejskiego rynku” - twierdzi Budzisz. Akcesja oznaczałaby bowiem konieczność podporządkowania się regulacjom, w tym antykorupcyjnym, co jest niewygodne dla obozu władzy. Nastroje społeczne pozostają jednak proeuropejskie.
W tym kontekście - zdaniem analityka - polskie groźby blokowania członkostwa Ukrainy w UE tracą siłę oddziaływania. Elity w Kijowie nie traktują tego jako realnej presji, a wyborcy obwiniają za niepowodzenia raczej Warszawę niż własnych polityków.
Polska pasywna, MSZ nieprzygotowany
Budzisz formułuje ostrą ocenę polskiej polityki wobec Ukrainy. Podkreśla, że po czterech latach wojny nie powstał żaden polski instytut analityczny poświęcony wyłącznie Ukrainie - ani w Warszawie, ani w Kijowie, Lwowie czy Odessie. „Dojrzałe państwa tak budują swoją pozycję. Zbierają wiedzę, kontaktują się z przedstawicielami elity opiniotwórczej, wiedzą, co się dzieje i wiedzą, z kim rozmawiać” - argumentuje.
Analityk krytykuje kierownika polskiej placówki w Kijowie Piotra Łukasiewicza, którego wypowiedź dotyczącą kwestii historycznych określa jako „symetryzm”. Zwraca uwagę, że dominującym w ukraińskim dyskursie jest zaprzeczanie skali zbrodni wołyńskiej - teza, że 11 lipca zaatakowano nie 100, lecz od 10 do 20 polskich wsi, a pozostałe relacje wymagają weryfikacji. Równolegle funkcjonuje narracja o symetrii win - obejmująca oskarżenia pod adresem AK, Batalionów Chłopskich, a w niektórych wypowiedziach nawet Romana Dmowskiego.
Stanowisko prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie upamiętnień UPA - mimo, że merytorycznie zasadne - jest według Budzisza odbierane w Kijowie jako próba narzucenia Ukrainie roli „junior partnera”. „Ukraina dzisiaj nie chce być żadnym junior partnerem” - podkreśla analityk.
Zaniechania w sektorze zbrojeniowym
Osobnym wątkiem krytyki jest polityka zbrojeniowa. Budzisz jako przykład pasywności podaje projekt Freya - europejską inicjatywę obrony antybalistycznej zainicjowaną przez ukraińską firmę FirePoint, w której uczestniczą m.in. Saab, Rheinmetall, Safran, Kongsberg, Destinus i MBDA. Premier Donald Tusk tłumaczył nieobecność Polski brakiem oferty ze strony biznesu, choć - jak przypomina Budzisz - jeszcze w kwietniu wiceminister spraw zagranicznych Robert Kupiecki prowadził w tej sprawie negocjacje.
Analityk przypomina, że o projekcie polski rząd wiedział od sierpnia poprzedniego roku, gdy dyrektor generalna FirePoint Iryna Terech odwiedziła Kielce i spotkała się z jednym z wiceministrów obrony. Tego samego dnia rząd Danii ogłosił decyzję o budowie wspólnej z FirePoint fabryki paliwa rakietowego. „Polska nie podejmując tych inicjatyw, nie wywierając presji na własnym sektorze zbrojeniowym, w pewnym momencie przestaje być partnerem” - konkluduje.
Argument, że Polska buduje własny system Wisła oparty na Patriotach, Budzisz nazywa „podwójnie bałamutnym”. Wskazuje, że w trakcie 40-dniowego konfliktu Stanów Zjednoczonych z Iranem Amerykanie zużyli ponad 1000 pocisków przechwytujących, a producent deklaruje osiągnięcie rocznej produkcji 2000 sztuk dopiero w 2030 roku. Rosja produkuje obecnie około 60 rakiet balistycznych miesięcznie. Koszt przechwycenia jednej z nich Patriotem sięga 7 mln dolarów; analogiczny pocisk w systemie Freya ma kosztować 600–700 tys. dolarów.
Transakcyjny sojusz zamiast strategicznego
Budzisz uważa, że kryzys wywołany decyzjami Zełenskiego trwale zmienił charakter relacji polsko-ukraińskich. „Polska już nie myśli o współpracy z Ukrainą w kategoriach sojuszu strategicznego, natomiast myśli o współpracy z Ukrainą w kategoriach sojuszu opartego na polityce transakcyjnej” - mówi. Nie ma inwestycji na poczet wspólnej przyszłości; jest rachunek zysków i strat.
Analityk apeluje o proaktywną politykę: rozliczenie władz publicznych z wydatków 45 mld dolarów rocznie na bezpieczeństwo, wspieranie polskich startupów zbrojeniowych na wzór niemieckich firm Helsing czy Stark oraz lokowanie zamówień w krajowym przemyśle - jak czynią to Niemcy, które 85 procent zbrojeniowych zakupów kierują do rodzimych producentów. Ukraina, jak podkreśla, w cztery lata od zera zbudowała firmy wyceniane na miliardy dolarów.
Kryzys w Kijowie pokazuje, że wojna nie zawiesiła polityki wewnętrznej - a jedynie zaostrzyła stawkę. Dla Polski oznacza to konieczność przemyślenia własnych narzędzi wpływu na sąsiada, którego przyszłość - kto ostatecznie będzie nim rządził i na jakich zasadach - pozostaje otwarta.