Litwini przeciw polskiej rezolucji o UPA. Publicysta: to sygnał samotności Polski
Podczas głosowania w Parlamencie Europejskim nad rezolucją potępiającą decyzję Ukrainy o nadaniu jednostce wojskowej imienia UPA litewscy eurodeputowani mieli aktywnie namawiać kolegów z Zachodu do głosowania przeciw. Sprawę ujawnił były dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Sławomir Dębski, a jej echa - w połączeniu z jutrzejszą rocznicą krwawej niedzieli - wywołały w Polsce dyskusję o kondycji idei Międzymorza i pamięci historycznej Europy Środkowej. W programie kanału Otwartego sytuację komentował Filip Memches, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”.
Litewski głos przeciw polskiej narracji
Rezolucja krytykująca ukraińską decyzję ostatecznie przeszła, choć - jak zaznaczył Memches - ostrzejsze poprawki zgłaszane przez eurodeputowanych prawicy zostały odrzucone. Kluczowa dla polskiej opinii publicznej okazała się jednak postawa Litwinów, którzy według doniesień Dębskiego prowadzili kuluarową kampanię przeciw dokumentowi.
Memches wskazuje, że sprawa ujawnia głębszy podział w pamięci historycznej regionu. „Narody bałtyckie, chociaż nie lubię tego przymiotnika, dlatego że to jest takie trochę wrzucanie do jednego worka trzech narodów, które się między sobą różnią” - zastrzegł publicysta, dodając, że Litwini, Łotysze i Estończycy „inaczej mieli historię niż Polska w okresie II wojny światowej”.
Chodzi o wybór dokonany przez część elit i społeczeństw tych krajów w latach 1939-1945: uznanie Sowietów za gorszego okupanta i stanięcie po stronie III Rzeszy. Ten sam schemat - zdaniem publicysty - dotyczył części Ukraińców z terenów wcześniej należących do II Rzeczypospolitej. Ta wspólnota doświadczeń tłumaczyć ma większe zrozumienie państw bałtyckich dla ukraińskiej polityki historycznej, gloryfikującej UPA jako formację walczącą ze Związkiem Sowieckim.
Polska samotność w Europie
W ocenie Memchesa polska pamięć historyczna wyróżnia się na tle kontynentu brakiem zinstytucjonalizowanych form kolaboracji z okupantem niemieckim. „W Polsce czegoś takiego nie było. Nie było zinstytucjonalizowanych form kolaboracji. Byli szmalcownicy, były różne haniebne zachowania. Natomiast to były zachowania jednostek, to nie były zachowania jakichś instytucji, organizacji” - mówił.
Publicysta przypomniał, że główny nurt polskiej polityki podczas okupacji był jednocześnie antyniemiecki i antysowiecki. To - jak twierdzi - „determinuje polską politykę historyczną, ale też skazuje Polskę w pewnym sensie na samotność”. Jego zdaniem poparcie zachodnich europosłów dla rezolucji miało charakter „koniunkturalny”, wpisujący się w „rytualny antyfaszyzm”, a nie w empatię wobec Polaków.
Memches zwrócił uwagę na zmianę zachodniego dyskursu wobec komunizmu. Jeszcze dwie dekady temu główny nurt polityki europejskiej niechętnie zrównywał totalitaryzm sowiecki z nazistowskim. Sytuację zmienił Władimir Putin, którego reżim „stroi się w szaty konserwatywne”, choć - jak podkreślił publicysta - kremlowska polityka historyczna nadal odwołuje się do stalinizmu i sowieckiego imperium jako pogromcy III Rzeszy.
Warstwa interesów: rywalizacja o Międzymorze
Za sporem o pamięć historyczną kryje się także rywalizacja o wpływy w Europie Środkowej. Memches potwierdza, że działania Litwy - ustawiającej się w roli arbitra między Polską a Ukrainą i wyraźnie sprzyjającej Kijowowi - irytują część polskiej klasy politycznej. Do tego dochodzą incydenty takie jak sprawa dronów.
Zdaniem publicysty problemem dla polityków litewskich, łotewskich, estońskich i ukraińskich jest polska asertywność wobec Niemiec - „największej potęgi Unii Europejskiej”. Państwa bałtyckie i Ukraina „ustawiają się w roli klientów Niemiec”, ponieważ „Niemcy grają na te państwa”. Berlin, potępiając nazizm, jednocześnie przypomina Warszawie o Jedwabnem i innych „trupach w szafie” - narracja ta odpowiada zarówno krajom bałtyckim, jak i Ukrainie.
Publicysta przypomniał, że jeszcze w kadencji Parlamentu Europejskiego 2004-2009 istniał konsensus między Polską a krajami bałtyckimi, wspólnie forsującymi zrównanie III Rzeszy i Związku Sowieckiego wbrew oporowi zachodnioeuropejskiej lewicy. Dziś ten sojusz się rozpada.
Koniec doktryny Giedroycia?
Memches przekonuje, że doktryna Giedroycia jako punkt odniesienia polskiej polityki wschodniej funkcjonowała od 1991 roku, ale została porzucona już w 2007 roku, gdy nowy rząd wpisał się w niemieckie oczekiwania resetu z Rosją, a rok później dołączył do resetu Baracka Obamy z Kremlem. „Politycy ówczesnej partii rządzącej, różni analitycy związani z tą opcją polityczną mówili o tym, że doktryna Giedroycia się skończyła” - przypomniał.
Publicysta zaznacza, że w polskiej debacie funkcjonuje raczej legenda niż rzeczywista treść doktryny. Wbrew popularnym interpretacjom, koncepcja wyłożona przez Juliusza Mieroszewskiego na łamach paryskiej „Kultury” w 1974 roku nie była kontynuacją geopolityki jagiellońskiej ani doktryną konfrontacyjną wobec Rosji.
Zakładała ona, że Polska musi „przepracować swoją imperialną przeszłość”, zrezygnować z sentymentów do Wilna i Lwowa, a Rosja przestanie być imperium. Giedroyc - jak przypomina Memches - wierzył w rozpad Związku Sowieckiego i dojście do władzy w Rosji ludzi ze środowiska emigracyjnego, z którym paryska „Kultura” utrzymywała bliskie relacje. „Tu się Giedroyc po prostu pomylił” - ocenia publicysta, wskazując, że władzę w Moskwie przejął były oficer KGB, a wraz z nim korporacja odrzucająca komunizm ideologicznie, ale zachowująca sentyment do sowieckiego imperium.
Memches przytacza mało znany wywiad Giedroycia dla Natalii Gorbaniewskiej z 1991 roku, w którym redaktor paryskiej „Kultury” sugerował plebiscyty na wschodnich terenach Ukrainy, by uniknąć konfliktów. „Dzisiaj można powiedzieć, no ktoś by coś takiego powiedział, no to ruska onuca” - komentuje publicysta, przypisując tę wypowiedź kulturowej rusofilii Giedroycia i niedocenieniu przyszłego charakteru putinowskiej Rosji.
Krwawa niedziela i ryzyko prowokacji
Jutrzejsze obchody rocznicy krwawej niedzieli odbywają się w atmosferze najsilniejszych od lat napięć polsko-ukraińskich. Memches ostrzega przed możliwością prowokacji. „Ten konflikt, ta eskalacja - ktoś może mieć z tego korzyść. Wiadomo, jakie państwo w świecie korzysta na tych antagonizmach polsko-ukraińskich” - mówi.
Publicysta zwraca uwagę, że każde eskalowanie sporu historycznego dostarcza Kremlowi argumentów. „Jeśli jest takie pójście w zaparte, że jednak będziemy tutaj czcić tych nacjonalistów, którzy splamili swoje ręce krwią niewinnych ludzi, to jest dawanie argumentu” Rosji, która przedstawia Ukrainę jako państwo neonazistowskie.
Memches spekuluje, że decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia UPA mogła być obliczona na zdobycie punktów wewnątrz kraju, a nie stanowić prowokację wobec Polski. „Może zrodziła się taka myśl: przecież tu już od dawna takie rzeczy się dzieją, więc jeszcze nadam tej jednostce wojskowej imię UPA, to Polacy już się zdążyli z tym oswoić” - rekonstruuje możliwą kalkulację Kijowa. Reakcja Warszawy okazała się jednak inna, bo - jak twierdzi publicysta - historia stała się pretekstem ujawniającym konflikty bieżące: gospodarcze, handlowe i geopolityczne.
Perspektywa: klucz w rękach Europy Zachodniej
Zdaniem Memchesa Polska nie ma dziś realnych narzędzi, by wymusić na Ukrainie zmianę polityki historycznej. „Właśnie Polska jest pod tym względem samotna. Dużo zależy od Europy Zachodniej” - ocenia. Kluczowa byłaby zmiana nastawienia głównych graczy Unii Europejskiej, którzy dziś traktują ukraińską przeszłość nacjonalistyczną „w ograniczony sposób”.
Publicysta zauważa, że Polska nie znajduje się w sytuacji z lat 30. XX wieku, ponieważ dysponuje odrębnym, w miarę jednolitym etnicznie państwem. Ostrzega jednak, że eksodus ludności ukraińskiej po 2022 roku „mógł się spodobać na Kremlu”, tworząc potencjał napięć wewnątrz Polski.
Memches nie widzi optymistycznego zakończenia sporu. Im dłużej trwa wojna, tym większy wpływ na politykę Kijowa mają środowiska nacjonalistyczne - zarówno tradycyjni nacjonaliści z zachodniej Ukrainy, jak i „ruch azowski”. Nadzieję na przełom publicysta wiąże jedynie z możliwymi zmianami władzy w państwach zachodnioeuropejskich, których polityka - jak zastrzega - pozostaje nieprzewidywalna.