Łukasz Warzecha zatrzymany na granicy. Ukraina odmówiła mu wjazdu
Publicysta Łukasz Warzecha został zawrócony z ukraińskiego przejścia granicznego, mimo że jechał na oficjalny wyjazd studyjny organizowany przez państwowe instytucje Polski i Ukrainy. Ukraińska Straż Graniczna poinformowała go, że obowiązuje go trzyletni zakaz wjazdu, uzasadniony ogólnym stwierdzeniem, iż stanowi on zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Zdarzenie, do którego doszło w poniedziałek, Warzecha opisał w rozmowie z Igorem Janke na Kanale Otwartym.
Wyjazd organizowały dwie państwowe instytucje: Centrum Mieroszewskiego po stronie polskiej oraz Instytut Ukraiński po stronie ukraińskiej. Jak relacjonował Warzecha, była to co najmniej piąta lub szósta taka podróż studyjna od wybuchu wojny, a program zakładał wizyty w najwyższych urzędach, między innymi w Biurze Prezydenta Ukrainy.
Publicysta zwrócił uwagę, że dotychczas uczestników dobierano według wyraźnego klucza - zapraszano niemal wyłącznie osoby nastawione entuzjastycznie wobec „walczącej Ukrainy". Według jego relacji strona polska próbowała umieszczać go na liście kilkakrotnie, lecz jego nazwisko było wcześniej usuwane przez stronę ukraińską. Tym razem po raz pierwszy pozostało na liście.
Przebieg zdarzenia na granicy
Grupa - sześcioro dziennikarzy, opiekunka z Centrum Mieroszewskiego oraz kierowca - wyruszyła z Warszawy w poniedziałek rano i dotarła na przejście graniczne około godziny 13. Odprawa po stronie polskiej przebiegła standardowo. Po stronie ukraińskiej jako jedynemu uczestnikowi nie oddano Warzesze paszportu.
Początkowo opóźnienie nie wzbudzało niepokoju. Opiekunka grupy uznała, że to rutynowa kontrola. Po pewnym czasie publicystę wezwano do placówki Straży Granicznej, gdzie młody funkcjonariusz zadał mu dwa, trzy pytania - czy jest to jego pierwszy wjazd na Ukrainę i w jakim celu podróżuje.
Warzecha zwrócił uwagę na niespójność tej procedury. „Pytanie było bez sensu, bo przecież sama straż graniczna ma dokładny rejestr wjazdów na Ukrainę" - zauważył, dodając, że funkcjonariusz musiał widzieć w systemie, iż wcześniej nigdy w tym kraju nie był.
Po kolejnym oczekiwaniu publicystę przeniesiono do osobnego pomieszczenia. Tymczasem - jak relacjonował - na wysokim szczeblu ukraińskiego MSZ toczyły się działania zmierzające do jego wpuszczenia. O ich przebiegu informował go między innymi Łukasz Adamski, wicedyrektor Centrum Mieroszewskiego. Około godziny 17 pojawiła się informacja, że decyzja o wpuszczeniu zapadła i brakuje już tylko podpisu oraz jego rejestracji w systemie.
Odblokowanie wjazdu jednak nie nastąpiło. Autobus z pozostałymi uczestnikami musiał odjechać ze względu na godzinę policyjną i czas podróży do Kijowa. Przed godziną 20, po kilku godzinach oczekiwania bez dostępu do jedzenia i napojów, Warzecha poprosił o zorganizowanie transportu powrotnego do Warszawy.
Trzyletni zakaz obowiązywał od stycznia
Wkrótce ten sam funkcjonariusz poinformował publicystę łamaną angielszczyzną, że obowiązuje go zakaz wjazdu. Warzecha otrzymał do podpisu standardowy dokument o odmowie wjazdu oraz pieczątkę w paszporcie wskazującą datę końcową obowiązywania ograniczenia.
Z daty tej wynika istotny szczegół. Zakaz nie został ustanowiony w momencie próby przekroczenia granicy - obowiązywał już od 20 stycznia tego roku, a jego trzyletni okres nie został skasowany. „Była próba skasowania tego obowiązującego zakazu, było najprawdopodobniej jakieś zwodzenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy co do tego, że ten zakaz zostanie skasowany, po czym finalnie ukraińskie służby pokazały po prostu środkowy palec ukraińskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych" - ocenił publicysta.
Jedynym uzasadnieniem w dokumencie było odwołanie do ustawy oraz ogólne stwierdzenie, że Warzecha stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Ukrainy. Publicysta zakwestionował tę argumentację, pytając, jakie zagrożenie może stanowić krytyczny komentator zagraniczny. Przytoczył ripostę Piotra Skwiecińskiego z dyskusji w sieci: „ale co miałby zrobić? Latarką naprowadzałby szahedy na cel?".
Spór między służbami a strukturami cywilnymi
Za najważniejszy wniosek z całej sprawy Warzecha uznał rywalizację wewnątrz ukraińskiego państwa. Jego zdaniem resorty siłowe, kontrolujące SBU, nie poddały się presji struktur cywilnych i odmówiły zniesienia zakazu.
„To nie może być tak, i mam nadzieję, że nigdy nie będzie też w Polsce, że służby będą decydowały o tym, kto może do kraju wjechać" - stwierdził. Dodał, że jeżeli struktury cywilne uznają, iż ktoś powinien wjechać, to one powinny o tym decydować, a nie „jacyś ludzie w służbach".
Publicysta powiązał to zdarzenie z szerszym wzorcem działań szkodzących interesowi ukraińskiego państwa. Wskazał między innymi na konfrontacyjną wizytę Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu na początku 2025 roku, jego wcześniejsze wystąpienie na forum ONZ wymierzone w Polskę oraz nadanie jednej z jednostek wojskowych imienia bohaterów UPA.
Film opublikowany na swoim kanale Warzecha zatytułował „SBU jak OUN". Metodę działania porównał do przedwojennej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która - gdy identyfikowała odprężenie w relacjach polsko-ukraińskich - sabotowała je, by podtrzymać napięcie. „Dla radykałów po stronie ukraińskiej jakiekolwiek odprężenie z Polską było niedopuszczalne, bo oni tracili wtedy rację bytu" - ocenił.
Reakcja polskich instytucji
Publicysta pochwalił postawę polskiej Straży Granicznej, której funkcjonariusz sprawdził, czy ma on zapewniony transport powrotny. Procedurę po polskiej stronie określił jako bezproblemową i profesjonalną.
Zaangażowanie dyplomatyczne potwierdził w odniesieniu do polskiej ambasady w Kijowie oraz konsula we Lwowie, który zaproponował mu nocleg. Krytycznie ocenił natomiast brak reakcji MSZ po zakończeniu sprawy. „Gdyby z takim zakazem od granicy odbił się jakiś publicysta powiązany z tą władzą, to pewnie reakcja by była" - stwierdził, nie spodziewając się oficjalnego stanowiska resortu.
Odnotował jednak reakcje polityków domagających się zajęcia stanowiska przez MSZ, w tym ministra Marcina Przydacza, wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka oraz Sławomira Mentzena. Powrót do Polski zapewniło Warzesze Centrum Mieroszewskiego.
Publicysta podkreślił, że nie kwestionuje prawa Ukrainy jako suwerennego państwa do takich decyzji, lecz zastrzega sobie prawo do ich oceny. „Blokowanie wjazdu za słowa i za opinię nie mieści się w standardach zachodnich" - argumentował, dodając, że miałby ten sam problem z podobną praktyką ze strony Polski. Warzecha zaznaczał wielokrotnie, że przez lata organizował akcje pomocy dla Ukrainy i jego ocena samej wojny pozostaje odrębną kwestią. Jako nieoczywisty skutek decyzji wskazał, że zamiast złagodzić, umocniła ona niechęć osób krytycznych i wzbudziła wątpliwości wśród życzliwych Ukrainie.