Marek Budzisz: Koniec Międzymorza? Polska i Ukraina już nie zbudują sojuszu? fragment live
Budzisz: Konflikt z Ukrainą oznacza kres projektu Międzymorza
Analityk Marek Budzisz ze Strategy and Future ocenia, że gwałtowne pogorszenie relacji polsko-ukraińskich po decyzji prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego oznacza nieodwracalny kres koncepcji Międzymorza. Według niego ekipa Zełenskiego świadomie buduje powojenny ład bezpieczeństwa z pominięciem Warszawy, popełniając błąd o charakterze historycznym, podczas gdy polska klasa polityczna paraliżuje własne państwo wewnętrznymi sporami.
Erupcja emocji po obu stronach granicy
Budzisz podkreśla, że obecny kryzys nie jest wyłącznie sporem elit, lecz głęboką erupcją emocji społecznych w obu krajach. „Polacy w moim odczuciu słusznie, w sposób dość jednoznaczny popierają w swojej olbrzymiej większości decyzje prezydenta Nawrockiego” - ocenia, dodając, że jest to bardziej reakcja emocjonalna niż racjonalna kalkulacja.
Po stronie ukraińskiej wybuch jest jeszcze silniejszy. Analityk opisuje go jako emocje wymierzone w polską klasę polityczną, zwłaszcza w obóz utożsamiany z prawicą. Konsekwencja jest fundamentalna: w państwach demokratycznych politycy nie są w stanie prowadzić strategii wbrew dominującym nastrojom opinii publicznej.
„To, co się stało, ja uważam, że jest w pewnym sensie nieodwracalne. Moim zdaniem oznacza to kres projektu Międzymorza” - stwierdza Budzisz. Mówi o tym ze smutkiem, ponieważ uznaje ten projekt za szansę, która znacząco zwiększyłaby możliwości rozwojowe i bezpieczeństwo regionu.
Sekwencja błędów ekipy Zełenskiego
Według analityka zasadniczy błąd strony ukraińskiej polega na fałszywej ocenie sytuacji strategicznej. Przypomina, że w 2021 roku budżet ukraińskiego Ministerstwa Obrony został zmniejszony, ponieważ Zełenski lekceważył amerykańskie ostrzeżenia o nadchodzącej rosyjskiej agresji. „Jeśli wówczas ocena sytuacji była błędna, to należy w duchu pokory zastanowić się, czy obecnie ocena sytuacji, którą najwyraźniej Zełenski i jego otoczenie mają, jest oceną prawidłową” - argumentuje.
Budzisz wymienia ciąg ukraińskich posunięć obciążających relacje z Warszawą: brak przeprosin i odszkodowania za śmierć polskiego obywatela w Przewodowie, krytyczne wystąpienie w ONZ, faktyczne storpedowanie nowej umowy dwustronnej, która miała wejść w życie w rocznicę powstania styczniowego w 2023 roku. Według pierwotnych założeń traktat ten miał iść dalej niż umowa francusko-niemiecka.
Kluczowym momentem stało się nadanie jednej z jednostek wojskowych nazwy „bohaterów UPA”. Jak wskazuje Budzisz, powołując się na publikację Juriego Panczenki w „Europejskiej Prawdzie”, między prezydentami Zełenskim a Andrzejem Dudą obowiązywało od 2022 roku nieformalne porozumienie, że jednostki wojskowe nie są w ten sposób nazywane. Decyzja o jego złamaniu musiała przejść przez pozytywną opinię odpowiedzialnego za kontakty z wojskiem Serhija Pilesy - co oznacza świadome przekroczenie wcześniejszej linii.
Trzy tygodnie bez ukraińskiego gestu
Po reakcji prezydenta Nawrockiego strona polska - w tym minister Marcin Przydacz - sygnalizowała, że propozycje zgłaszane przez szefa wywiadu wojskowego Kyryło Budanowa, między innymi powołanie komisji historycznej, są niewystarczające. Oczekiwano gestu wskazującego na chęć wycofania się z kontrowersyjnej decyzji.
Budzisz ujawnia, że osobiście uczestniczył w rozmowach, w których proponowano kompromis polegający na rozformowaniu jednostki i nadaniu jej imienia mniej kontrowersyjnej postaci związanej z UPA - sugerowano między innymi Juriego Łopatyńskiego, współpracownika Stepana Bandery, który doprowadził do porozumienia z polską organizacją Wolność i Niezawisłość oraz wspólnego ataku na garnizon NKWD w Hrubieszowie. Podobne pomysły wysuwał były prezydent Aleksander Kwaśniewski.
„Strona ukraińska mimo trzech tygodni nie zdecydowała się na taki ruch” - podkreśla analityk. Następnie nastąpiła zorganizowana akcja oddawania polskich odznaczeń przez byłych prezydentów, urzędujących ministrów Andrija Sybihę i Budanowa, szefa kancelarii prezydenta oraz ambasadora Wasyla Bodnara.
Budzisz odrzuca argumentację Kijowa, według której odebranie orderu Zełenskiemu było obrazą dla narodu ukraińskiego. „Jak rozumiem, oddawanie przez nich orderów Rzeczpospolitej już nie jest aktem obraźliwym pod adresem narodu polskiego” - komentuje. Wskazuje, że jeden z potencjalnych kandydatów w przyszłych ukraińskich wyborach prezydenckich publicznie twierdził, iż Józef Piłsudski był ukrainofobem, a żołnierze Petlury byli przetrzymywani w polskich obozach koncentracyjnych aż do śmierci z głodu.
Strategiczna kalkulacja Zełenskiego
Według analityka działania prezydenta Ukrainy są racjonalne - w ramach innej racjonalności niż polska. Zełenski buduje powojenny układ obejmujący państwa bałtyckie, skandynawskie, Turcję, Rumunię oraz partnerów bliskowschodnich, w którym Ukraina ma odgrywać rolę zwornika systemu bezpieczeństwa północ-południe.
Elementem tej gry jest ultimatum wystosowane wobec Alaksandra Łukaszenki, dotyczące wycofania z Białorusi systemów naprowadzania rosyjskich dronów oraz wstrzymania dostaw paliwa dla Rosji. Cel: wyłączenie Białorusi z rosyjskiej projekcji siły.
W tej konstrukcji Polska jest postrzegana jako państwo tyłowe, element bloku europejskiego, a nie partner strategiczny. „Strona ukraińska uważa, że jest w stanie zbudować powojenny ład bezpieczeństwa, rozwoju i odbudowy, lekceważąc udział czy zaangażowanie Polski” - diagnozuje Budzisz.
Co więcej, Polska zaburza preferowany przez Kijów format negocjacji pokojowych. Jest zbyt proamerykańska, by Europa Zachodnia traktowała ją jako swojego partnera, i zbyt podzielona, by Stany Zjednoczone mogły na niej polegać. Stąd konsekwentne - zdaniem analityka - działania izolujące Warszawę, w tym symboliczna podróż premiera Donalda Tuska w osobnym wagonie z Kijowa jesienią ubiegłego roku oraz przekształcenie formatu E4 w E3.
Słabości ukraińskiej kalkulacji
Budzisz wskazuje, że konstrukcja Zełenskiego opiera się na dwóch ryzykownych założeniach. Po pierwsze - że Europa Zachodnia utrzyma wsparcie finansowe dla Kijowa w skali dziesiątek miliardów euro przez długie lata. „Nie ma bezpłatnych obiadów” - komentuje, przypominając, że 90 miliardów euro nie wystarczy na wieloletnie utrzymanie ukraińskich zdolności.
Po drugie - że Stany Zjednoczone trwale wycofają się z Europy Środkowo-Wschodniej. Analityk uważa to założenie za nadmiernie optymistyczne: „Amerykanie się nie wycofają z naszej części Europy. Oni przegrupują się, zmienią charakter obecności”.
Kalkulacja Zełenskiego, według Budzisza, nie wykracza poza najbliższe półrocze - okres, w którym ukraiński prezydent zamierza doprowadzić do negocjacji pokojowych, balansując między Waszyngtonem a europejską trójką. W perspektywie strategicznej porozumienie z Polską byłoby dla Kijowa rozsądniejsze, lecz wymagałoby gotowości obu stron do inwestowania w przyszłość, a nie wyłącznie do transakcyjnej współpracy.
Polski paraliż strategiczny
Analityk nie oszczędza polskiej klasy politycznej. Wskazuje, że w trakcie trzytygodniowego narastania kryzysu minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski był „w ogóle nieobecny”, a kilku polityków obozu rządowego zamiast szukać rozwiązania cytowało wpisy Dmitrija Miedwiediewa, przedstawiając je jako dowód, że prezydent Nawrocki ma rosyjskiego sojusznika. „To jest polityka na poziomie działań sztubackich” - ocenia Budzisz.
Według niego polski rząd nie przeciwstawił żadnej strategii działaniom prezydenta - nawet jeśli uznać te ostatnie za przeskalowane. Apel Sikorskiego we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, by Niemcy zaprosiły Polskę do formatu E3, analityk traktuje jako świadectwo słabości: „Jeżeli polityk tej miary musi o tym mówić w wywiadzie prasowym i to jeszcze w państwie, pod adresem władz którego formułuje tego rodzaju oczekiwania, no to nie jest potwierdzenie siły”.
Budzisz wskazuje na cały katalog niewykorzystanych okazji. Polska sama wykluczyła się z misji stabilizacyjnej na Ukrainie, choć - jego zdaniem - od początku było jasne, że żaden kontyngent realnie nie zostanie wysłany. Można było zaproponować zastąpienie Brytyjczyków w Estonii, Kanadyjczyków na Łotwie, wysłanie batalionu na Litwę, ćwiczenia na duńskim Bornholmie czy obecność rotacyjną na szwedzkiej Gotlandii.
„A potem narzekamy, że Litwini są proniemieccy. No ale jacy mają być, jeżeli my nic tutaj nie robimy?” - pyta. Źródłem pasywności jest, według niego, wewnętrzny konflikt polityczny, w którym każda inicjatywa staje się amunicją dla rywali. Wzywa wyborców do wymiany polityków niezdolnych do realnego działania.
Kres okna historycznego
Według Budzisza okno historyczne dla projektu Międzymorza otworzyło się w 2022 roku i zamyka się definitywnie w 2025. Polska i Ukraina, choć z różnych powodów, nie zdołały tej szansy wykorzystać.
Analityk zaleca przejście do polityki transakcyjnej: pragmatycznej współpracy w obszarach przynoszących wymierne korzyści - zwłaszcza w sektorze zbrojeniowym, gdzie Polska powinna czerpać z ukraińskich doświadczeń wojennych, podobnie jak robią to Niemcy współpracujące jednocześnie z firmą Firepoint, izraelskim przemysłem, Amerykanami, Szwedami, Brytyjczykami i Francuzami.
„Ukraina będzie tracić na tym znacznie więcej” - prognozuje Budzisz. „Będzie musiała więcej wysiłku włożyć w utrzymanie swojej suwerenności i będzie miała mniejsze szanse na odniesienie sukcesu ekonomicznego”. Polska, zakotwiczona w NATO, jest w sytuacji bezpieczniejszej, lecz również ona zapłaci cenę za niewykorzystaną szansę zbudowania strategicznego sojuszu, który mógłby wywindować region na wyższy poziom geopolityczny.