Mentzen za poborem, Razem przeciw. Spór o obronność rozgrzał polityków
Współprzewodniczący Konfederacji Sławomir Mentzen opowiedział się za przywróceniem obowiązkowej służby wojskowej, wywołując szeroką debatę publiczną o przygotowaniu Polski do ewentualnej wojny. Jego stanowisko spotkało się z ostrym sprzeciwem Partii Razem, która zadeklarowała poparcie wyłącznie dla armii zawodowej. Dyskusja, prowadzona głównie w mediach społecznościowych, zbiegła się z okresem poprzedzającym kampanię wyborczą i ujawniła rywalizację partii o najmłodszy elektorat.
Dwie wypowiedzi Mentzena
W połowie września szeregi dolnośląskiej policji zasiliło 150 nowych funkcjonariuszy - 65 kobiet i 85 mężczyzn. Mentzen odniósł się do tego wydarzenia w nagraniu opublikowanym w mediach społecznościowych, w którym pokazał wyłącznie kobiety i ironizował na temat skuteczności nowej kadry.
„Od razu czuję się bezpiecznie. Gruzińskie gangi, weterani ukraińscy prosto z frontu już drżą ze strachu. Zorganizowana przestępczość po czymś takim się nie podniesie" - mówił lider Konfederacji.
Wypowiedź spotkała się z krytyką, zwłaszcza że polska policja od dłuższego czasu zmaga się z licznymi wakatami i trudnościami w naborze. Mentzen pominął przy tym kwestię mężczyzn wstępujących do służby, choć - jak wskazują krytycy - testy sprawnościowe przy rekrutacji są obecnie łagodniejsze niż przed laty.
Tej samej wagi, jeśli nie większej, nabrała druga wypowiedź polityka - dotycząca poboru do wojska. Mentzen uznał powrót obowiązkowej służby za konieczny i wyśmiał pomysły ograniczenia szkolenia do szesnastu dni.
„Wiecie, że nawet kurs na spawacza trwa 2 do 3 tygodni, a oni chcą w 16 dni zbudować silne i wyszkolone rezerwy?" - pytał. Krytykował też jakość dowodzenia: „Kupujemy za grube miliony dolarów te czołgi, a potem kucharzom dajemy je do sterowania".
Temat, od którego politycy stronili
Przez lata kwestia przywrócenia poboru była w polskiej polityce tematem unikanym. Politycy obawiali się reakcji opinii publicznej - obywatele kojarzą służbę wojskową negatywnie i nie chcą słyszeć o perspektywie wysłania siebie lub swoich dzieci na front.
To nastawienie zaczyna się jednak zmieniać. O powrocie służby wojskowej mówił otwarcie europoseł Michał Dworczyk, związany z Mateuszem Morawieckim, oraz Przemysław Czarnek z Prawa i Sprawiedliwości. Temat pojawia się coraz częściej, choć na razie raczej jako sposób badania nastrojów społecznych.
Wojskowi i eksperci od dawna alarmują, że Polska dysponuje zbyt małą liczbą rezerwistów, a ci, których ma, przekraczają często pięćdziesiąty rok życia. Młodzi mężczyźni nie są szkoleni - stan, który w ocenie specjalistów wymaga pilnej korekty w obliczu wojny za wschodnią granicą i nasilających się rosyjskich ataków hybrydowych.
Sprzeciw Partii Razem
Odmienne stanowisko zajęła Partia Razem. Adrian Zandberg napisał w serwisie X, że ugrupowanie opowiada się za armią zawodową i nie popiera przywrócenia poboru.
Jeszcze dalej poszła Marcelina Zawisza, która argumentowała, że zamiast szkolić obywateli w obsłudze broni, należy uczyć ich skutecznej ewakuacji - w tym tego, dokąd się udać i gdzie znaleźć agregat prądu, by naładować telefon. Jej wpis spotkał się z lawiną krytycznych komentarzy.
Przeciwnicy tej koncepcji wskazują na jej praktyczne słabości. Masowa ewakuacja ponad trzydziestu pięciu milionów ludzi rodzi pytania o drogi, korki, panikę i bezpieczeństwo uciekających, którzy w zatorach staliby się łatwym celem. Zakorkowane ulice utrudniłyby też dostawy wojskowe oraz transport sanitarny.
Krytycy przypominają również, że w razie wojny granice zostałyby zamknięte, a loty prawdopodobnie odwołane z powodu zagrożenia w przestrzeni powietrznej. Wojskowi od lat podkreślają, że społeczeństwo należy przygotowywać na działania w miejscu zamieszkania, a nie na ucieczkę - tymczasem obrona cywilna w Polsce pozostaje zaniedbana.
Zasadniczy argument brzmi: bez wcześniejszego przeszkolenia w sytuacji zagrożenia trzeba byłoby mobilizować ludzi nieprzygotowanych. Dlatego - zdaniem zwolenników poboru - lepiej szkolić obywateli już dziś, niż posyłać ich później na front bez wiedzy i umiejętności.
Inne spory tygodnia
Osobne kontrowersje wywołała wicemarszałek Senatu Magdalena Biejat z Lewicy. Z okazji Dnia Bezpiecznej Aborcji odwiedziła siedzibę Fundacji Aborcyjny Dream Team w pobliżu Sejmu, gdzie - jak sama relacjonowała - opłaciła aborcję nieznajomej osobie, a w zamian otrzymała bluzę z napisem deklarującym wsparcie dla praw kobiet.
Krytycy zwracają uwagę na sprzeczność między tym gestem a dotychczasową narracją lewicy. W debatach o rozszerzeniu dostępu do legalnej aborcji podkreśla się bowiem, że to decyzja trudna, dramatyczna i podejmowana wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach - tymczasem akcja Biejat sugerowała aborcję na życzenie.
Fundacja zaprezentowała przy tej okazji także tak zwany abortomat - system paczkomatowy do wydawania tabletek aborcyjnych, reklamowany jako pierwszy tego rodzaju na świecie. Pomysł wzbudził sprzeciw, zwłaszcza w kraju zmagającym się z głębokim kryzysem demograficznym.
Debata o debacie w Krakowie
Ostatnim z głośnych tematów tygodnia pozostaje spór wokół debaty przed drugą turą przedterminowych wyborów na prezydenta Krakowa. Dwa sztaby nie potrafią uzgodnić warunków jej przeprowadzenia.
Senator Monika Piątkowska z Koalicji Obywatelskiej opowiada się za debatą organizowaną przez trzy główne telewizje, z udziałem mediów. Łukasz Gibała chce formuły szerszej - z dostępem dla wszystkich stacji - i proponuje, by pytania zadawali sobie nawzajem sami kandydaci, a nie dziennikarze.
Uzgodnienia trwają, choć - jak przewidują obserwatorzy - obie strony ostatecznie dojdą do porozumienia. Rezygnacja z debaty byłaby bowiem niekorzystna dla każdego z kandydatów.
Kontekst
Opisane spory łączy jeden mianownik - rywalizacja o elektorat przed startem kampanii wyborczej. W przypadku poboru widoczna jest próba przejęcia przez Partię Razem najmłodszych wyborców, dotąd kojarzonych z Konfederacją, których trzon - jak się wskazuje - zdążył się przez lata zestarzeć.
Deklaracja wyłącznego poparcia dla armii zawodowej bywa odczytywana jako hasło nośne wyborczo, lecz problematyczne z punktu widzenia obronności państwa. Debata o przygotowaniu Polski do ewentualnej wojny, choć prowadzona w gorącym politycznym klimacie, dotyka pytań, których polska polityka przez lata konsekwentnie unikała.