Michta: obecny układ sił w Europie nie odpowiada zagrożeniom
Amerykański politolog prof. Andrew Michta ostrzega, że w najbliższych tygodniach zapadają decyzje o skali obecności wojsk USA w Europie, a jednocześnie rośnie ryzyko rosyjskiej prowokacji na wschodniej flance NATO - najprawdopodobniej w Estonii lub na Łotwie. Zdaniem eksperta działania Rosji nie są „wojną hybrydową”, lecz „fazą zerową konfliktu” i przygotowaniem do uderzenia kinetycznego. Polska, według Michty, ma historyczną szansę stać się głównym punktem oparcia dla Amerykanów w Europie, lecz może ją zaprzepaścić przez bierność dyplomatyczną i wewnętrzne spory polityczne.
Nowy podział ról w Sojuszu
Michta odniósł się do koncepcji przypisywanej Elbridge’owi Colby’emu, zakładającej przebudowę roli USA w NATO. Zastrzegł, że nie lubi określeń typu „NATO 3.0”, bo „to trochę brzmi jak software”. Istota zmiany polega jednak na tym, że to Europa ma dostarczyć trzon konwencjonalnych sił zbrojnych na kontynencie, a Stany Zjednoczone pozostaną „tym spinającym systemem”.
Amerykanie utrzymaliby parasol nuklearny oraz „high-end enablers” - zdolności strategiczne, sensory i platformy niezbędne do zarządzania polem bitwy w różnych domenach. Celem, jak tłumaczył ekspert, jest obniżenie kosztów obrony Europy przy jednoczesnym przesunięciu uwagi Waszyngtonu na region Indo-Pacyfiku.
„W tym nie ma niczego zaskakującego. To jest dosyć racjonalne myślenie” - ocenił Michta. Jego wątpliwości budzi jednak tempo. „Pytanie, czy Stany nie pójdą za daleko, kiedy Europa nie jest jeszcze na to gotowa” - mówił, wskazując, że kontynent nie dysponuje jeszcze narzędziami porównywalnymi z amerykańskimi.
Ryzyko luki i koszt polityczny redukcji
Kluczowym zagrożeniem jest brak koordynacji między tempem, w jakim Europejczycy mogą przejąć nowe zadania, a tempem, w jakim USA chcą ograniczyć swoją obecność. Jak ostrzegał ekspert, „ta dziura, która może się otworzyć w trakcie tych zmian, zachęci zarówno Rosję, jak i Chińczyków”.
Osobną kwestią jest skala przyszłej obecności amerykańskiej. Michta argumentował, że z czysto wojskowego punktu widzenia „wystarczy nawet 10 tysięcy specjalistów, którzy zarządzają właśnie tymi systemami”. Problem tkwi w wymiarze politycznym.
„Jeżeli Stany Zjednoczone nagle zredukowałyby, powiedzmy, 80 proc. swojej obecności, koszt polityczny byłby taki, że podejrzewam, groziłoby to załamaniem się sojuszu, w sensie politycznym” - stwierdził. Wyraził wątpliwość, czy Pentagon dostatecznie uwzględnia ten aspekt, skoro „wojskowi raczej koncentrują się na wymiarze stricte militarnym”.
Polska zamiast Niemiec - niewykorzystana szansa
Zdaniem Michty amerykański układ baz w Europie jest reliktem zimnej wojny, gdy hubem operacji konwencjonalnych były zachodnie Niemcy. „Tym państwem Niemcy dzisiaj nie są, tym państwem jest Polska” - podkreślił, dodając, że dotychczasowe rozmieszczenie sił „nie odpowiada realiom geostrategicznym”.
Ekspert od lat postuluje utworzenie stałych baz na wschodniej flance: co najmniej jednej brygady w państwach bałtyckich lub w Finlandii, dwóch ciężkich brygad w Polsce i jednej w Rumunii. Preferuje Bałtów, „dlatego że one są bardziej wystawione na ryzyko”.
W jego ocenie o tym, które państwo stanie się „centralnym punktem wejścia” Amerykanów do teatru europejskiego - Niemcy czy Polska - rozstrzyga się obecnie. „Wygląda mi na to, że będą to Niemcy w tej chwili” - ocenił. Wskazał, że jest to również „funkcja tego, że jest bardzo niewiele aktywizmu ze strony Warszawy”.
Michta zauważył, że prezydent Karol Nawrocki działa, „tylko że on nie ma sprawczości, jeżeli chodzi o politykę w Ministerstwie Obrony”. Krytycznie ocenił polski układ konstytucyjny, w którym współistnienie prezydenta i rządu z różnych obozów „wszystko zakleszcza”, zwłaszcza gdy dochodzą do tego „personalne anse i niechęci”.
Nieobecność w Waszyngtonie
Ekspert wielokrotnie wracał do tezy, że kluczowe sprawy „załatwia się w Waszyngtonie”, a Polska jest tam praktycznie nieobecna. Jako kontrast wskazał Niemcy: „Każda partia polityczna w Niemczech ma własną fundację, każda fundacja ma własne biuro”, a rząd finansuje katedry w amerykańskich think tankach.
Przytoczył rozmowę z amerykańskim ekspertem, który miał mu powiedzieć: „Ja znam 25 fundacji, 25 instytucji niemieckich w Waszyngtonie, a was w ogóle nie ma”. Michta ocenił, że po podliczeniu z organizacjami gospodarczymi liczba niemieckich placówek jest „nawet więcej niż 25”.
Po stronie polskiej wskazał jedynie prywatny Instytut Wolności oraz „bardzo małą obecność” Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. „Naprawdę nie ma żadnej polskiej instytucji, która by miała codzienny dialog z każdym elementem tego, co my nazywamy policy community” - stwierdził.
Michta podkreślił, że Polska ma „niesamowitą historię do opowiedzenia o sobie” jako kraj, który „ze śmierdzącej postkomunistycznej ruiny zbudował kwitnącą gospodarkę”. Zwrócił uwagę, że w mediach amerykańskich spory polsko-ukraińskie opisywano lekceważąco, w duchu: „znów ci wąsaci wschodnioeuropejczycy się walą po głowach”.
„Faza zerowa”, a nie wojna hybrydowa
Najmocniejsza teza Michty dotyczy natury rosyjskich działań. Naruszenia przestrzeni powietrznej, drony i incydenty rakietowe określił jako element przygotowania do uderzenia. „Ja bym zachęcał, żeby przestali używać tego terminu, bo to jest po prostu wymówka. To jest faza zerowa, kształtowanie teatru, badanie zdolności” - mówił.
„To jest przygotowanie do ataku, to jest przygotowanie do kinetycznych akcji” - dodał, wskazując, że Rosjanie przy każdej takiej operacji obserwują, jak reagują radary, stacje i procedury Sojuszu. Za symptomatyczny uznał brak zdecydowanej odpowiedzi, gdy uzbrojone rosyjskie samoloty zawisły przez kilkanaście minut nad Tallinem. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte mówił wówczas, że samoloty będą eskortowane, a nie zestrzeliwane - co dla Rosjan, zdaniem eksperta, „jest tylko i wyłącznie znakiem słabości”.
Michta ostrzegł, że rosyjska doktryna zakłada „prawo być odpowiedzialnymi za wszystkie rosyjskojęzyczne grupy”. Scenariusz prowokacji mógłby polegać na zajęciu fragmentu terytorium - wymieniano Narwę w Estonii i Dyneburg na Łotwie - i stworzeniu narracji, że „to nie jest agresja, to jest po prostu przyjście z pomocą ludziom, którzy są represjonowani”.
Test jedności Sojuszu
Ekspert prognozuje, że w razie takiego incydentu reakcja polityczna nastąpi, lecz jej realna wartość zależy od Waszyngtonu. „Ja nie wątpię, że Estończycy czy Łotysze i Polacy, Szwedzi, Finowie, Norwegowie będą mówić, że to jest artykuł 5. Natomiast jak się zachowa Berlin, Paryż, Londyn, a przede wszystkim Waszyngton, będzie decydujące”.
Michta przypomniał precedens szczytu w Wilnie, gdy sprzeciw administracji Bidena wobec rozszerzenia NATO o Ukrainę „dał natychmiast excuse” Berlinowi, Paryżowi i Londynowi. „Skoro Amerykanie tego nie robią, to my tego nie możemy robić” - zrekonstruował ówczesne stanowisko.
W wymiarze czysto wojskowym ekspert pozostał umiarkowanie optymistyczny. „Sojusz zmobilizowany poradzi sobie z Rosją” - ocenił, wskazując na siły lotnicze USA w Europie i zdolności państw flankowych. Zastrzegł jednak: „Instytucje nie idą na wojnę, narody idą na wojnę”, a europejskie elity „nie rozmawiają szczerze z ludnością” o skali zagrożenia.
Za dowód braku konsensusu uznał fakt, że Rosjanie wciąż otrzymują wizy i wypoczywają w Europie. „Brak jest konsensusu wewnątrz sojuszu wśród klasy przywódczej co do tego, jaka jest natura tego niebezpieczeństwa. To jest największy problem”.
Iran, kryzys jednoczesności i słabnący Putin
Michta powiązał ryzyko na flance z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Za największe zagrożenie dla NATO uznał „kryzys jednoczesności” - sytuację, w której Rosja i Chiny działałyby równolegle, uniemożliwiając Amerykanom „sekwencjonowanie” konfliktów.
Wskazał na sygnał Pete’a Hegsetha o żądaniu 1,5 bln dolarów na obronę, co „de facto prawie że podwaja amerykański budżet”. Krytycznie ocenił natomiast tempo zbrojeń w Europie Zachodniej: Brytyjczykom „zajmie 10 lat, żeby przynajmniej jedną dywizję wystawić”, a realna liczebność gotowych żołnierzy to według niego ok. 40 tysięcy.
Ekspert przywołał opinię Garriego Kasparowa, który przewiduje rosyjski test granicy lądowej jesienią. Michta traktuje ją poważnie, bo Kasparow „nie ma w sobie tego elementu wielkoimperialnego myślenia rosyjskiego”. Zwrócił uwagę, że presja na Putina rośnie: ewentualna mobilizacja 500 tysięcy ludzi zmusiłaby go do rekrutacji w dużych miastach, co niesie „ogromne ryzyko polityczne”.
„On nie może w mojej ocenie pójść na jakiekolwiek porozumienie, gdzie wymienia kawałek terytorium za zawieszenie broni” - ocenił Michta, wskazując, że wracający z frontu żołnierze „by mu tego po prostu nie wybaczyli”.
Ukraina i trudna jesień
Michta przypomniał, że bez amerykańskich sensorów i danych wywiadowczych ukraińskie ataki dalekiego zasięgu „nie byłyby możliwe”. Skrytykował dotychczasową politykę dozowania sprzętu - „kroplówkę” - jako „jeden z największych błędów, jeżeli chodzi o strategię Zachodu wobec Rosji”.
Wątpliwości eksperta budzi wytrzymałość ukraińskiego społeczeństwa. „Każde państwo ma breaking point” - cytował ukraińską parlamentarzystkę, dodając, że przez ostatnie miesiące zaobserwował, „ile młodych Ukraińców, mężczyzn wyjechało z Ukrainy”. Odrzucił natomiast scenariusz eskalacji nuklearnej jako „grubo przesadzony”, choć nie wykluczył go całkowicie wobec „bandyckiego państwa, które jest do tego potęgą nuklearną”.
W ocenie Michty prezydent Donald Trump wydaje się „coraz bardziej rozczarowany Putinem” - nie tyle jego osobą, ile tym, że rosyjski przywódca „uniemożliwia mu osiągnięcie sukcesu negocjacyjnego”. Ekspert przypomniał, że każda administracja od czasów Jimmy’ego Cartera próbowała resetu z Moskwą i „każda się w końcu uczyła, że to są rządki”, bo Rosja pozostaje „państwem imperialnym”, a nie narodowym.
Kontekst
Rozmowa odbyła się po trzymiesięcznym pobycie Michty w Polsce, w okresie, gdy administracja USA przygotowuje przegląd rozmieszczenia sił w Europie oraz nową doktrynę nuklearną uwzględniającą po raz pierwszy dwóch rywali o zbliżonym potencjale - Rosję i Chiny. Ekspert wielokrotnie łączył los wschodniej flanki z równoległymi napięciami wokół Iranu, Morza Czerwonego i Indo-Pacyfiku, ostrzegając, że „to źdźbło, które złamie kark wielbłąda”, może uruchomić konflikt systemowy. Jego przesłanie pod adresem Warszawy pozostaje niezmienne: bez stałej, profesjonalnej obecności dyplomatycznej w Waszyngtonie Polska ryzykuje, że o jej bezpieczeństwie zdecydują inni.