Powrót

Miliardy na armię, a Jemenu pokonać nie sposób. Saudyjski paradoks

Arabia Saudyjska toczy z jemeńskimi rebeliantami Huti wojnę, w której przewaga finansowa i militarna Rijadu nie przekłada się na sukces, a ataki rakietowe i dronowe na saudyjską infrastrukturę naftową zaczynają oddziaływać na globalne rynki - oceniał w rozmowie na Kanale Otwartym Paweł Rakowski, analityk Bliskiego Wschodu i autor książki „Wojna irańska”.

Konflikt, który - jak podkreślał Rakowski - tli się od ponad dwóch dekad, a „odgrzany” został w 2004 roku, dziś wkracza w decydującą fazę. Stawką jest przyszłość Jemenu oraz bezpieczeństwo ambitnego programu modernizacji Arabii Saudyjskiej, firmowanego przez następcę tronu Muhammada bin Salmana. W tle pozostaje rywalizacja amerykańsko-irańska, od której - zdaniem analityka - zależy ostateczne rozstrzygnięcie.

Dwie wizje jednego państwa

Istotą sporu są nie do pogodzenia koncepcje przyszłości kraju. Rijad dąży do jednego Jemenu zależnego od siebie, popierając rząd uznawany międzynarodowo. Jak jednak zaznaczał Rakowski, ten rząd „jest uznawany tylko dlatego, że Arabia Saudyjska za to płaci” i nie ma realnej reprezentacji oddolnej.

Rebelianci Huti - będący jednocześnie Zajdytami z północy kraju - chcą z kolei przestać być nazywani rebeliantami i doprowadzić do powstania rządu uznanego międzynarodowo pod własnym przewodnictwem, obejmującego klany i plemiona Jemenu. Alternatywą pozostaje dla nich podział państwa, które niegdyś funkcjonowało jako dwa odrębne organizmy - Jemen Północny i komunistyczny Jemen Południowy.

Do równania dochodzą gracze zewnętrzni. Rakowski wskazał na Zjednoczone Emiraty Arabskie, które - zdaniem Rijadu - prowadzą „dywersyjną robotę”, kontrolując Aden i będąc gotowymi dogadać się z Huti. Na początku roku sojusznicy pokłócili się o Jemen, a gdy we wrześniu rebelianci zajęli cieśninę Bab al-Mandab, wspierane przez Emiraty milicje uciekły, pozostawiając pozycje przeciwnikowi.

Dlaczego przewaga nie wystarcza

Pytanie o to, jak państwo wydające miliardy dolarów na siły zbrojne nie radzi sobie z rebeliantami, Rakowski odwrócił. „Z takim Jemenem trzeba z wielkim szacunkiem podchodzić, bo do tego Jemenu nikt nie chce wejść” - stwierdził, przypominając, że mimo podpisanego niedawno paktu Mekki Turcja ani Pakistan interwencji nie podejmą.

Przykładem ograniczeń siły militarnej jest według analityka postawa Waszyngtonu. Amerykańska kampania lotnicza przeciwko Huti wiosną 2025 roku, prowadzona przez kilka tygodni, „nie osiągnęła nic”. Donald Trump zawarł z rebeliantami porozumienie, zabezpieczając wyłącznie amerykańskie okręty i - jak ujął to Rakowski - zostawiając Izrael oraz arabskich sojuszników „poza nawiasem”.

Specyfika terenu działa na korzyść Zajdytów. Rakowski przypomniał, że już legiony rzymskie bezskutecznie próbowały zdobyć Arabię Felix, a „żadne imperium długo tam nie wytrzymywało”. Jemen w 2004 i 2011 roku faktycznie „się rozlazł” jako struktura państwowa, a mieszkańcy północy wykształcili - jak mówił - „gen odporności na trudy wojenne” oraz etos brawury i odwagi.

Kim są rebelianci Huti

Zajdyci stanowią grupę trudną do jednoznacznej klasyfikacji wyznaniowej. Formalnie to odłam szyizmu, lecz w praktyce bliski sunnizmowi - modlą się jak sunnici, a kairski uniwersytet Al-Azhar uznaje ich szkołę za prawomocną. To tłumaczy, dlaczego ich zależność od Iranu jest realna, lecz znacznie luźniejsza niż w przypadku libańskiego Hezbollahu, który Rakowski określił jako „korporację i sieć korporacyjną” z Teheranem.

Ruch wyrósł z działalności charyzmatycznego przywódcy Husajna Badr ad-Dina al-Hutiego, który w latach 90. zorganizował ruch młodzieżowy inspirowany koncepcjami ajatollaha Chomejniego dotyczącymi „bożego porządku”. Pierwsze poważne starcia wybuchły w 2004 roku, po tym jak władze jemeńskie poparły amerykańską interwencję w Iraku, a rebelianci się jej sprzeciwili.

Przełomowe okazały się lata 2014-2015. Wśród upadku jemeńskiej państwowości Huti zajęli stolicę, Sanę, a Arabia Saudyjska odpowiedziała, powołując koalicję kilkunastu państw arabskich i tworząc na miejscu kilkanaście milicji walczących z Huti. Z konfliktu, który realnie zakończył się w latach 2020-2022, rebelianci - jak podsumował Rakowski - „wyszli zwycięsko”, potwierdzając, że są siłą poważną, a nie egzotycznym bytem. Ich zapleczem jest 17-18 milionów Zajdytów w czterdziestomilionowym Jemenie.

Zagrożenie dla saudyjskiej modernizacji

Dla bin Salmana sąsiedztwo Huti jest problemem egzystencjalnym. Następca tronu dąży do ściągnięcia wielkich inwestorów i organizacji piłkarskich mistrzostw świata w 2034 roku, a - jak zaznaczał analityk - „z rebeliantami Huti za miedzą te wszystkie przedsięwzięcia są bardzo ryzykowne”.

Rebelianci oddziałują na gospodarkę światową. Kontrolują cieśninę Bab al-Mandab, przez którą - według Rakowskiego - przechodzi około 20 proc. światowego handlu, a ich ataki na infrastrukturę naftową - w tym zakłady Aramco - sięgają w głąb saudyjskiego terytorium. Jak podkreślał Rakowski, celność uderzeń na dystansie bliskim 2000 kilometrów robi wrażenie. Rijad komunikuje, że kryzys przetrwa i że rurociąg wschód-zachód został wyremontowany, lecz pytanie o sposób eksportu ropy - przy jednoczesnej blokadzie cieśnin - pozostaje otwarte.

Finansowe skutki napięć widać w całym regionie. Rakowski przytoczył wypowiedź emira Kataru, według którego dochody tego państwa spadły o 42 procent. Dla Arabii Saudyjskiej, liczącej 35 milionów mieszkańców, a nie - jak Emiraty - kilkaset tysięcy poddanych, deficyty są groźniejsze. W modelu rentierskim lojalność się kupuje, a brak świadczeń oznacza, jak ujął to analityk, „wypowiedzenie usług władcy”.

Reformator bez zewnętrznych inspiracji

Program bin Salmana Rakowski opisał jako próbę bycia „nowym Atatürkiem, ale w lepszej formie”. Saudyjski książę nie może zerwać z islamem, ponieważ kontroluje Mekkę i Medynę, lecz chce modernizować kraj „bez zewnętrznej inspiracji i wpływów”.

Następca tronu skłonił znaczną część Saudyjczyków do podjęcia pracy, zezwolił kobietom na prowadzenie samochodów, odsunął restrykcyjny establishment wahabicki, zniósł policję religijną i otworzył kraj na koncerty oraz wielki sport. Celem jest wykorzystanie aktywów naftowych do zbudowania fundamentu na przyszłość oraz zatrzymanie pieniędzy zamożnych Saudyjczyków w kraju. Reformy budzą jednak opór części rodziny panującej, a Rakowski ostrzegał, że kryzys może zakończyć się „kontrrewolucją islamską”.

Klucz w Waszyngtonie, droga przez Teheran

Rozstrzygnięcie konfliktu jemeńskiego Rakowski uzależnił od relacji amerykańsko-irańskich. Za Huti „w sposób pośredni” stoi Iran, dostarczający komponenty rakiet i dronów, które - według analityka - są składane już na miejscu, w Jemenie. Wojna pokazała zarazem, że produkcja tanich rakiet i dronów bywa skuteczniejsza niż kosztowne systemy obrony.

Teheran, jak relacjonował rozmówca, dwukrotnie apelował do kierownictwa Huti o uspokojenie, lecz rebelianci odmówili. Pojawiają się też doniesienia o chińskiej technologii w ich rakietach, co uderzałoby również w interesy Pekinu. Sami rebelianci zachowują jednak pewien etos - deklarują, że obecnie zaatakują wyłącznie saudyjskie okręty.

Dla bin Salmana koszmarem jest scenariusz, w którym ewentualny trwały układ amerykańsko-irański obejmie Huti „parasolem prawno-ochronnym”, czyniąc ich nietykalnymi. To właśnie dopisanie Huti do irańskich postulatów - obok Hezbollahu, czego dopisanie wywołało już gniew premiera Netanjahu - przeraziło, zdaniem analityka, saudyjskiego następcę tronu i stało się sygnałem dla państw regionu, by brały sprawy we własne ręce.

Perspektywa: wojna bez horyzontu rozwiązania

Rakowski nie dostrzega bliskiego końca konfliktu. Arabia Saudyjska stawia sprawę kategorycznie - chce wyeliminować problem Huti - lecz, jak ocenił analityk, „nikt nie jest w stanie sobie poradzić” z rebeliantami bez masowego rozlewu krwi. W trakcie nagrania Huti zajmowali drugie największe miasto Jemenu i kontrolowali Bab al-Mandab.

Największymi przegranymi obecnej fazy napięć są, wbrew pozorom, bogate państwa arabskie, które nie mogą sprzedawać surowców i zmagają się z ograniczeniami wydobycia - saudyjskie wydobycie spadło z 11 do około 6 mln baryłek dziennie. Izrael zabezpieczony jest dostawami z Azerbejdżanu, amerykańskiemu podatnikowi grożą jedynie wyższe ceny, lecz Europie i samym Arabom brak surowca lub rynku zbytu uderza bezpośrednio.

Jak podsumował Rakowski, klucz do rozwiązania kryzysu „jest tylko i wyłącznie w Waszyngtonie, ale wiedzie przez Teheran”. Na wynik wpływa jednak niepewność co do tego, kto realnie rządzi Iranem - Trump, jak przypomniał analityk, przyznał, że nie wie, z kim rozmawiać. Dopóki ta niewiadoma trwa, jemeńska wojna pozostaje jednym z wielu ruchomych elementów bliskowschodniej układanki, w której przewaga pieniędzy i uzbrojenia wciąż nie gwarantuje zwycięstwa.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter