Netanjahu wygrywa wybory, a arabski blok wstrząsa systemem
Benjamin Netanjahu poprowadził Likud do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w Izraelu mimo tragedii 7 października, za którą opozycja czyniła go odpowiedzialnym. Równocześnie rekordowa frekwencja w sektorze arabskim - sięgająca niemal 80 procent - dała partiom arabskim około 20 mandatów i wywróciła dotychczasowy układ sił w Knesecie. O znaczeniu wyników i możliwych scenariuszach koalicyjnych komentator spraw bliskowschodnich Paweł Rakowski rozmawiał z Grzegorzem Ślubowskim na Kanale Otwartym.
Niepokonany Netanjahu
Zdaniem Rakowskiego Netanjahu po raz kolejny potwierdził status polityka praktycznie nie do pokonania. „Część polskich publicystów go pogrzebała" - przypomniał gość programu, wskazując, że po ataku Hamasu 7 października spodziewano się końca kariery premiera.
Likud został najsilniejszą partią w Knesecie, zdobywając - według niepełnych jeszcze wyników - 27 mandatów. Blok Netanjahu dysponuje około 54 głosami, podczas gdy do utworzenia rządu potrzeba 61. To oznacza, że zwycięstwo wyborcze nie przesądza jeszcze o powstaniu gabinetu.
Rakowski zwrócił uwagę, że premier stracił poparcie w wielu środowiskach - wśród Druzów, chrześcijan oraz części Arabów izraelskich. Utrzymał jednak twardy elektorat, w tym - co komentator uznał za zaskakujące - mieszkańców kibuców z okolic Gazy, które padły ofiarą ataku. „Ten hardcore, ten diehard elektorat się utrzymał" - podsumował.
Według jego interpretacji kampania sprowadziła się do podziału na zwolenników i przeciwników premiera. „Bibi i anty-Bibi" - tak określił oś sporu, w której opozycja nie zdołała wykorzystać ani efektu świeżości, ani błędów urzędującego szefa rządu.
Arabski przełom przy urnach
Najważniejszą zmianą okazał się jednak wynik partii arabskich. Rekordowa frekwencja w tym sektorze przełożyła się na blok liczący niemal tyle mandatów, co Likud. Rakowski określił to jako „wywalenie systemu izraelskiego" - całkowite.
Komentator wskazał, że dotąd elektorat arabski pozostawał rozproszony między niewielkie ugrupowania. Tym razem skupił się wokół dwóch sił: większej partii zjednoczeniowej, współtworzonej m.in. przez Ahmeda Tibiego, byłego doradcę Jasira Arafata, oraz partii o konotacjach islamskich, na czele której stoi Mansur Abbas.
Różnica między nimi jest zasadnicza. Ugrupowanie Abbasa - jak zaznaczył Rakowski - zachowuje zdolność koalicyjną, ponieważ jego lider „nigdy nie był nakryty na tym, żeby negował sens istnienia państwa Izrael" i zasiadał już w rządzie Jaira Lapida i Naftalego Bennetta w latach 2021-2022.
Blok zjednoczeniowy pozostaje natomiast poza możliwością jakichkolwiek porozumień. Rakowski opisał go jako zlepek frakcji o niejasnej tożsamości, w którym dominują nurty skrajnie lewicowe i radykalne. Sam Netanjahu już w dniu wyborów oskarżył przeciwników, że głosy zostały „kupione", a Tibiego wskazał jako nowego głównego rywala.
Matematyka koalicyjna i scenariusz irański
Arytmetyka parlamentarna komplikuje sytuację wszystkim stronom. Partie arabskie są niekoalicyjne zarówno dla obozu Netanjahu, jak i dla podzielonej opozycji, złożonej z pięciu ugrupowań o rozbieżnych programach.
Kluczową postacią może okazać się Awigdor Lieberman, weteran izraelskiej polityki, który - jak ujął to Rakowski - zaliczył „wielki comeback". Lieberman i Netanjahu teoretycznie dopełnialiby się mandatowo, lecz dzielą ich dwie przeszkody. Pierwsza to osobista wrogość: zdaniem komentatora Lieberman był „ofiarą" premiera, który „tych wszystkich swoich koalicjantów zżerał".
Druga bariera jest poważniejsza. Lieberman to zdeklarowany antyklerykał, skonfliktowany z ortodoksami, których partie - Szas i Zjednoczona Tora Judaizmu - dają Netanjahu 16 mandatów i stabilność. „Bibi nie jest samobójcą" - zauważył Rakowski, tłumacząc, dlaczego premier nie porzuci religijnych sojuszników. Lieberman miał natomiast po wyborach apelować najpierw o wykluczenie Arabów, a następnie o rząd jedności narodowej, lecz świeckiej - bez ortodoksów.
Komentator przedstawił alternatywny scenariusz, forsowany według izraelskich mediów przez Waszyngton. Zakłada on rezygnację z Itamara Ben Gwira i Becalela Smotricza na rzecz rządu jedności z Gadim Eisenkotem i Bennettem - na dwa lata, do końca kadencji Donalda Trumpa. Rakowski uznał jednak, że taki układ pozbawiłby Eisenkota znaczenia, bo jego elektorat jest „skrajnie anty-Bibi" i nie zaakceptowałby porozumienia z premierem.
Dlatego - jak ocenił gość programu - bardziej prawdopodobne są przedterminowe wybory wiosną, a wraz z nimi powrót do cyklu kryzysów politycznych z lat 2019-2021. Netanjahu będzie miał 28 dni na sformowanie rządu, z możliwością przedłużenia o 14 i - zdaniem Rakowskiego - w tym czasie może sięgnąć po atut zewnętrzny: wojnę z Iranem.
Komentator zastrzegł, że inicjatorem ewentualnego uderzenia byłby Trump, a izraelski premier pozostałby „osobą towarzyszącą". Celem miałoby być „precyzyjne, krótkie, ale bardzo skuteczne bombardowanie kilku ośrodków w Iranie", związane z kwestią irańskiego programu nuklearnego. Rakowski przypomniał zarazem, że dwie dotychczasowe kampanie przeciw Iranowi przyniosły Netanjahu niejednoznaczne rezultaty - druga z nich pozostaje „nierozpoznana", a Amerykanie byli nią „mocno zbulwersowani".
Prawicowy dryf i pytanie o następcę
Rakowski podkreślił, że wyniki obnażyły słabość koncepcji „Wielkiego Izraela". Jej najgłośniejsi orędownicy, Ben Gwir i Smotricz, wyszli z wyborów osłabieni: gdyby frekwencja odpowiadała tej z 2022 roku, każdy z nich zdobyłby 10-11 mandatów, tymczasem Ben Gwir „bije się o ósmy mandat".
To właśnie wysoka mobilizacja Arabów ich pogrążyła. Ben Gwir zareagował zapowiedzią delegalizacji partii arabskich. Komentator przewiduje, że jeśli polityk ten ponownie obejmie resort bezpieczeństwa wewnętrznego, skupi się na konfrontacji z arabskimi obywatelami Izraela.
Rakowski przypomniał genezę sporu, sięgając do idei „transferu" wysuniętej przez Liebermana jeszcze w latach 2005-2007. Chodziło o wymianę terytoriów: przyłączenie dużych osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu w zamian za oddanie arabskich enklaw po izraelskiej stronie bariery granicznej. Projekt uznano za rasistowski, a sami Arabowie izraelscy go odrzucili - jak zauważył komentator, korzystają oni z funkcjonowania w nowoczesnym państwie, gdzie „karetka przyjedzie, bank nie oszuka".
Gość programu nakreślił także demografię konfliktu. W Izraelu mieszka około 10 milionów ludzi, w tym 2 miliony Arabów. Ci ostatni - w odróżnieniu od Druzów służących w armii - nie odbywają służby wojskowej, co zamyka im dostęp do części świadczeń oraz prestiżowych, technicznych kierunków studiów. W ocenie Rakowskiego 20-mandatowy blok arabski teoretycznie uprawniałby do najwyższych stanowisk, lecz „nikt im tego nie da", ponieważ „Izrael jest państwem żydowskim i rządzą nim Żydzi".
Komentator wskazał wreszcie na głębszy trend. Pytany o następcę premiera, wymienił Ben Gwira, tłumacząc, że bez Netanjahu Likud traci rozpoznawalność, a najbardziej żywiołowa, młoda część elektoratu - według niego w 80 procentach prawicowa - naturalnie przesunie się ku radykalnej prawicy. Zaznaczył przy tym, że pojęcia europejskie, takie jak „faszyzm", nie przystają do realiów bliskowschodnich.
Kontekst: Izrael wraca na Bliski Wschód
Rakowski umieścił wynik wyborów w szerszej perspektywie. Netanjahu - jego zdaniem „rottweiler” izraelskiej polityki - pozostaje u władzy od lat, łącząc zarządzanie wojną regionalną z nieustannymi intrygami wewnątrz własnej koalicji oraz postępowaniem prokuratorskim. „A i tak wygrywa" - podsumował fenomen premiera.
Komentator zwrócił uwagę, że kampania toczyła się nie wokół debat programowych, lecz wokół samej osoby Netanjahu i wizyt polityków na bazarach, gdzie najcieplej przyjmowano Ben Gwira. To właśnie tam - wśród klasy średniej i niższej średniej - Rakowski lokuje „prawdziwy Izrael".
Z analizy gościa płynie wniosek, że kraj coraz wyraźniej staje się częścią świata, do którego należy geograficznie, a jego związki z Europą i Zachodem odchodzą w przeszłość. Zmienia się Bliski Wschód - i zmienia się Izrael.