Niemcy dostrzegają rosnącą siłę Polski, ale też budzi ona niepokój
Postrzeganie Polski w Niemczech przeszło w ostatnich dekadach głęboką zmianę - od obrazu kraju zacofanego i niepewnego partnera po świadomość rosnącej gospodarczej i politycznej wagi Warszawy - ocenia Mateusz Fałkowski z Instytutu Pileckiego w Berlinie. W rozmowie zwraca uwagę, że polski sukces bywa źródłem respektu, ale i obaw, szczególnie w sektorach, w których polskie firmy stają się realną konkurencją dla niemieckich. Jednocześnie relacje polsko-niemieckie obciąża brak zaufania w kluczowych kwestiach historycznych i majątkowych.
Koniec obrazu „kraju złodziei”, ale spojrzenie z góry pozostało
Fałkowski przypomina, że przez lata po 1989 roku dominował w Niemczech stereotyp Polski jako kraju drobnych złodziejaszków - utrwalany hasłem, że „przyjeżdżaj do Polski, bo tam twój samochód już jest”. Ten obraz, jak podkreśla, dziś już nie funkcjonuje. Pozostał jednak inny, głębiej zakorzeniony rys.
„Patrzą z góry” - mówi wprost o niemieckiej perspektywie wobec Polski. Wskazuje, że taki sposób patrzenia na wschód ma długą tradycję i nie ograniczał się do środowisk skrajnych. Także przedstawiciele liberalnych elit niemieckich, jak Max Weber, patrzyli na Polskę z rezerwą, traktując ją jako obszar do „podporządkowania”. Charakterystyczny dla niemieckiego spojrzenia jest według rozmówcy „rys pedagogiczny” - przekonanie, że trzeba innych nauczyć, jak powinno być. Nowością jest to, że Niemcy coraz częściej dopuszczają myśl, iż sami mogą się od Polski czegoś nauczyć.
Renta zapóźnienia i przewagi infrastrukturalne
Fałkowski wskazuje, że zmiana postrzegania Polski wynika w dużej mierze z niemieckiej samoświadomości kryzysowej. Pociągi w Niemczech spóźniają się notorycznie, infrastruktura latami nie była właściwie utrzymywana, a Niemcy „za to teraz płacą”. Polska korzysta natomiast z „renty zacofania” - późniejsze inwestycje oznaczają nowszą infrastrukturę.
Rozmówca przywołuje przykład mostu w centrum Drezna, który zawalił się kilka lat temu nad Łabą, „na szczęście w środku nocy”, ponieważ przerdzewiał. „Oni to widzą i widzą też, że w Polsce te mosty się nie zawalają” - mówi. Ostrzega jednocześnie, że polski awans zobowiązuje: infrastruktury, która powstaje dziś, nie wolno w przyszłości zaniedbać, aby nie powtórzyć błędu Niemiec.
Podobnie wygląda kwestia cyfryzacji. W Niemczech nadal są miejsca bez zasięgu telefonii komórkowej, kłopoty z internetem są powszechne, a płatności kartą upowszechniły się dopiero podczas pandemii. Do dziś funkcjonuje odrębny standard karty EC, który utrudnia obsługę zagranicznych klientów. Aplikacje w rodzaju mObywatela, według Fałkowskiego, „budzą zazdrość w Niemczech”.
Wymiana handlowa rośnie, świadomość nadąża wolniej
Polska stała się jednym z najważniejszych partnerów handlowych Niemiec - dziś zajmuje drugie lub trzecie miejsce w Europie, choć jeszcze kilkanaście lat temu plasowała się na dziesiątej-dwunastej pozycji. Rozmówca zaznacza, że świadomość tego faktu wśród niemieckich elit rośnie, ale nadal nie odpowiada skali zjawiska.
„My jesteśmy ważniejsi niż wymiana z Rosją” - podkreśla, wskazując, że Polska może być ważniejszym partnerem także niż Chiny czy Holandia, choć jeszcze tego statusu nie osiągnęła. Świadomość polskiego sukcesu nie zawsze bywa jednak przyjmowana pozytywnie. Porty w Gdańsku, Świnoujściu i Gdyni są traktowane jako konkurencja dla Hamburga i Rostocku. Podobnie planowany Centralny Port Komunikacyjny postrzegany jest jako zagrożenie dla niemieckich lotnisk.
Fałkowski przekonuje, że najważniejsza jest zmiana polskiego podejścia: „Trzeba po prostu robić swoje”. Odradza obsesyjne pytanie o to, jak nas widzą sąsiedzi, i wskazuje, że skuteczne budowanie pozycji odbywa się przez fakty dokonane - akwizycje polskich firm w Niemczech, jak zakup przez Pesę producenta tramwajów, czy stopniowe pojawianie się polskich marek, na przykład stacji Orlen.
Rola państwa i akumulacja kapitału
Rozmówca zwraca uwagę na fundamentalną różnicę historyczną. W XIX wieku, gdy Niemcy budowały uniwersytety, muzea i kolekcje sztuki, Polska była pod zaborami. „Wtedy państwa polskiego nie było i w tym sensie to było rozproszone” - zauważa, dodając w innym miejscu, że część polskiego dziedzictwa została „zabrana lub, mówiąc wprost, ukradziona”.
Ta asymetria akumulacji kapitału - materialnego i symbolicznego - trwa do dziś. Fałkowski wskazuje, że nawet gdyby wskaźnik PKB per capita Polski dogonił kraje zachodnie, „zakumulowanego bogactwa mamy cały czas bardzo mało”. Dlatego przywraca znaczenie odzyskiwania utraconych dzieł sztuki i budowania nowych instytucji: portów, giełd, muzeów, systemów administracji cyfrowej.
Zauważa jednocześnie, że Niemcy weszły w moment „zadyszki” - kończy się era taniego rosyjskiego gazu, następuje głęboka zmiana w gospodarce globalnej, do której Berlin nie potrafi się dostosować. „Polska jako ta, która nadgania, ma szansę wykorzystać ten kryzys lepiej niż Niemcy, które bronią swojej pozycji” - mówi.
Rosyjski sentyment części elit gospodarczych
Fałkowski wskazuje, że w niemieckich strukturach politycznych i gospodarczych nadal funkcjonuje wpływowe środowisko sentymentalne wobec Rosji. Ośrodkiem tego myślenia jest Ost-Ausschuss der Deutschen Wirtschaft - Komitet Wschodni Niemieckiej Gospodarki, zrzeszający wielkie koncerny energetyczne, chemiczne i samochodowe. Dla ich kadr Rosja była „tradycyjnym punktem wielkich pieniędzy”, także dzięki znanym sobie mechanizmom, „również korumpowania”.
W debacie publicznej pojawiają się głosy sugerujące potrzebę zachowania „kanałów kontaktu” w perspektywie powrotu do relacji sprzed wojny. Rozmówca podkreśla, że polsko-niemiecka współpraca gospodarcza nigdy nie była oparta na tak silnych, oligarchicznych powiązaniach jak niemiecko-rosyjska czy niemiecko-czeska (przez Volkswagena i Škodę). Zdywersyfikowana struktura polskiej gospodarki, oparta na małych i średnich firmach, „to całe szczęście”, bo daje odporność, choć utrudnia budowanie globalnych czempionów.
Reparacje, restytucja i „melancholia zawiedzionego zaufania”
Jednym z najbardziej krytycznych fragmentów rozmowy jest ocena podejścia Niemiec do zadośćuczynienia za zbrodnie II wojny światowej. Fałkowski celowo unika terminu „reparacje” - mówi o odszkodowaniach. Zwraca uwagę, że przez 35 lat od podpisania traktatu polsko-niemieckiego o dobrym sąsiedztwie Niemcy nie wyszły z żadną poważną inicjatywą.
Obecne deklaracje o potrzebie „gestu humanitarnego” określa jako spóźnione i niepoważne. „Ten problem zaraz się biologicznie brzydko mówiąc rozwiąże” - zauważa, wskazując, że żyjące ofiary wojny odchodzą. Analogicznie jak niegdyś publicyści mówili o „kiczu pojednania”, dziś według niego grozi nam „kicz gestu humanitarnego”. Propozycję jednorazowej wypłaty 10 tys. zł dla żyjących ofiar określa jako „żenadę”, wskazując, że godniej byłoby, gdyby świadczenie sfinansowało samo państwo polskie.
Podobnie wygląda kwestia zwrotów dzieł sztuki. Ostatnia pula obejmowała pierścień królewski oraz egzemplarz „Gaude Mater Polonia” skradziony z biblioteki seminaryjnej w Płocku. „Ta melancholia wynika z tego, że my musimy naszym przyjaciołom co i raz to przypominać” - mówi, apelując o stworzenie mechanizmu systemowego przeszukania niemieckich zbiorów muzealnych.
Bezpieczeństwo, Bundeswehra i zbrojenia
Zapowiadana przez kanclerza Olafa Scholza „Zeitenwende” - zwrot w polityce obronnej - nie przyniosła w Niemczech głębokiej zmiany mentalnej. Fałkowski wskazuje, że społeczne przyzwolenie na wydatki zbrojeniowe jest tam znacznie mniejsze niż w Polsce. Polskie zakupy uzbrojenia w Stanach Zjednoczonych i Korei Południowej są w Niemczech przyjmowane sceptycznie, ponieważ oznaczają rezygnację z niemieckich producentów.
Rozmówca zauważa, że istniał moment, w którym możliwe było powiązanie kwestii zadośćuczynienia z zamówieniami na niemieckie uzbrojenie - okręty podwodne, fregaty, czołgi, działa samobieżne. Propozycja padła ze strony polskiego prezydenta, ale „ten moment już minął”. Podpisano niedawno polsko-niemiecką umowę o współpracy wojskowej, na niższym poziomie niż analogiczna umowa z Francją. Sam obecność Bundeswehry na Litwie pokazuje, że niemiecka armia „musi się dopiero w tym odnaleźć”.
Wołyń i ukraiński kontekst
Fałkowski przyznaje, że w niemieckiej debacie pojawia się świadomość, iż nacjonaliści ukraińscy kolaborowali z hitlerowskimi Niemcami i dopuścili się czystek etnicznych oraz ludobójstwa na Wołyniu. Jednocześnie widać „autocenzurę wynikającą z sytuacji wojennej” i medialne uprzywilejowanie Ukrainy. Decyzję prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA niemieckie media prezentowały niejednokrotnie jako spór polsko-ukraiński, choć - jak podkreśla rozmówca - chodzi o prawdę historyczną, nie o stanowiska stron.
Także tutaj apeluje o wewnętrzne działanie: „Mniej patrzmy, jak oni piszą. Bardziej starajmy się zastanowić, co możemy zrobić”. Polskie instytucje powinny konsekwentnie przedstawiać rzetelną narrację historyczną na Zachodzie - co według niego wyjdzie ostatecznie na dobre także Ukrainie.
Polska po stronie Zachodu - ale z historycznym opóźnieniem
Podsumowując zmianę pozycji Polski, Fałkowski stawia tezę, że wejście do Unii Europejskiej było „przekroczeniem granicy Zachodu”. „Francuzi zawsze byli po tej stronie limes karolińskiego. Polacy nie byli” - zauważa. Dziś rosnąca siła gospodarcza, obecność na arenie międzynarodowej i asertywność polityczna sprawiają, że Polska staje się częścią klubu, do którego wcześniej należały Francja, Włochy czy Wielka Brytania.
Ostrzega jednak przed złudzeniami: bogactwo symboliczne - kolekcje muzealne, prestiżowe instytucje, kapitał kulturowy - buduje się przez pokolenia. „Myśmy Akwizgranu razem nie mieli, a Francuzi mieli, nazwijmy to, razem z Niemcami” - mówi, przypominając o strukturalnej różnicy w historii Europy.
Rozmowa odbyła się w Berlinie, gdzie działa Instytut Pileckiego reprezentowany przez Fałkowskiego. Instytut prowadzi działalność edukacyjną wśród niemieckich nauczycieli historii i dąży do trwałego wpisania polskich wątków w niemiecką kulturę pamięci. Rozmówca zwraca uwagę na paradoks wynikający z badań: pytani, skąd pochodziło 6 milionów zamordowanych w Holokauście Żydów, niemieccy respondenci wskazują głównie na Niemcy - co pokazuje, jak łatwo uniwersalizacja pamięci może wypaczyć obraz historii. „Kultura pamięci, która nie bazuje na wiedzy” - ostrzega - pozostawia lukę, w którą wchodzi wygodna, autocentryczna narracja.