Powrót

Niemcy przejmują inicjatywę na Ukrainie, Polska zwalnia tempo

Polska, która w 2022 roku była kluczowym partnerem Stanów Zjednoczonych i Ukrainy oraz węzłem logistycznym wojennej pomocy, traci inicjatywę na rzecz Niemiec - ocenia profesor Andrew Michta z University of Florida, doradca Strategicznego Instytutu Wolności. W rozmowie nagranej 27 lipca analityk przekonuje, że gra o pozycję głównego partnera Ukrainy wciąż trwa, a przewagę Berlina buduje nie tyle wroga strategia, ile bierność Warszawy w Waszyngtonie i w regionie.

Nie „ograni", lecz nieaktywni

Michta odrzuca popularną tezę, że Niemcy celowo zepchnęli Polskę na boczny tor. „Żeby być ogranym, to trzeba grać" - mówi analityk, wskazując, że problemem jest przede wszystkim mała aktywność strony polskiej. Jego zdaniem Berlin nie kierował działań przeciwko Warszawie, lecz traktuje Europę Środkową, w tym Polskę, jako pewną całość.

Zdaniem eksperta Niemcy dopiero teraz zaczynają wyprzedzać Polskę, a werdykt nie zapadł. „Ja bym nie powiedział, że Niemcy przeskoczyły, ale raczej, że przeskakują w tej chwili. To znaczy, że sprawa jest nadal w grze" - podkreśla.

Kluczowym argumentem Michty jest nieobecność Polski w stolicy USA. Jak zauważa, kanclerz Niemiec i prezydent Francji regularnie przyjeżdżają do Waszyngtonu, tymczasem polski premier ani razu nie odwiedził amerykańskiej stolicy od początku nowej administracji Donalda Trumpa. Analityk przypomina jednocześnie, że prezydent Karol Nawrocki utrzymuje bardzo dobre relacje z Trumpem - atut, którego, w jego ocenie, Polska dostatecznie nie wykorzystuje.

Od pięciu tysięcy hełmów do roli głównego donora

Michta przypomina, że początkowo Niemcy nie potrafiły odnaleźć się w nowej sytuacji i poniosły straty wizerunkowe - symbolem stała się oferta pięciu tysięcy hełmów dla Ukrainy. Za rządów Angeli Merkel, a wcześniej Gerharda Schrödera, funkcjonowała, jak to ujmuje, „oś Berlin-Moskwa ponad głowami państw w regionie", a zależność Niemiec od rosyjskiego gazu dochodziła do niemal 60 procent.

Punktem zwrotnym była decyzja prezydenta Joego Bidena o zakończeniu polityki ustępstw wobec Rosji oraz amerykański nacisk na jednoznaczne opowiedzenie się po jednej ze stron. Odpowiedzią Berlina było przemówienie kanclerza Olafa Scholza o „Zeitenwende". Zdaniem Michty przełomowa retoryka nie przełożyła się na czyny: „to przemówienie Zeitenwende poza zakupem F-35 tak bardzo nie ciągnęło za sobą nic".

W tym czasie Polska odegrała, według analityka, rolę kluczową - nie tylko jako państwo mobilizujące innych, w czym istotny był udział prezydenta Andrzeja Dudy, ale i jako dostawca sprzętu oraz gospodarz łańcuchów logistycznych. Michta przypomina, że amerykański wywiad w większości ocen zakładał wówczas załamanie się państwa ukraińskiego. „Ukraińcy trochę wszystkich zadziwili, ale przy pomocy Polski" - zaznacza.

Zmiana nastąpiła z dwóch powodów. Pierwszym była zmiana administracji w USA i początkowa chęć Trumpa do resetu z Rosją, zwieńczona napięciem między Wołodymyrem Zełenskim a amerykańskim prezydentem w Białym Domu. Drugim - bierność Warszawy w budowaniu regionalnych struktur bezpieczeństwa. „Polska w mojej ocenie nie wykorzystała tego momentu organizowania regionu" - ocenia Michta.

Ukraina jako państwo stowarzyszone i plac budowy

Analityk kreśli obraz niemieckiej strategii wobec powojennej Ukrainy. Berlin, jego zdaniem, widzi w niej państwo stowarzyszone z Unią Europejską, ale niewłączone w pełni w unijne regulacje - a więc rynek, na którym „można taniej pewne rzeczy" produkować, szczególnie w rolnictwie, przy niższych normach.

Drugim filarem jest odbudowa. Michta wskazuje, że Niemcy odwołują się do własnego doświadczenia z lat pięćdziesiątych - powojennego cudu gospodarczego. „Jest oczekiwanie, że jeżeli dojdzie do zawieszenia broni albo jakiegoś bardziej trwałego status quo z Rosją, to Ukraina bardzo szybko się będzie modernizować i stanie się rzeczywiście poważnym partnerem handlowym dla Niemiec".

Trzeci wymiar ma charakter bezpieczeństwa. Zdaniem analityka Berlin zdaje sobie sprawę, że przez najbliższą dekadę prawdopodobnie nie będzie dysponował własnymi zdolnościami bojowymi na wypadek gwałtownego zmniejszenia obecności amerykańskiej w Europie. Deklaracje ministra obrony Borisa Pistoriusa o gotowości armii w 2039 roku Michta traktuje jako „ciekawy public relations wyskok". W tym kontekście podkreśla znaczenie ukraińskich sił zbrojnych: „te 110 brygad ukraińskich jest kluczowe, dlatego że Ukraina ma największą armię europejską".

Michta zwraca uwagę na trwające, jak twierdzi, zakulisowe negocjacje między Berlinem a Moskwą, o których - jak zauważa - publicznie wspomniała strona azerska. Jego zdaniem Niemcy przygotowują się na różne scenariusze geopolityczne po zamrożeniu wojny, ponieważ nie mają pewności, że Stany Zjednoczone wybrałyby ich na głównego partnera w regionie.

Konstytucyjny klincz i słabość w Waszyngtonie

Analityk wskazuje na strukturalne ograniczenie polskiej polityki zagranicznej. Gdy prezydent i rząd pochodzą z różnych obozów, „wszystko się zakleszcza", a zdolności wykonawcze pozostają po stronie rządu. Efektywność wymagałaby zatem współpracy obu ośrodków - dziś nieobecnej.

Michta wielokrotnie wraca do zaniedbania obecności Polski w Waszyngtonie. Zwraca uwagę na brak ambasadora - jest jedynie chargé d'affaires - oraz brak silnej polskiej instytucji lobbingowej w amerykańskiej stolicy. „Jeżeli cię nie ma, to nie jesteś częścią rozmowy. I Polski w Waszyngtonie tak naprawdę nie ma" - podkreśla.

Krytycznie ocenia sposób negocjowania kontraktów zbrojeniowych. Odnosząc się do doniesień o wizycie wiceminister obrony w Waszyngtonie w sprawie produkcji pocisków do systemów Patriot w Polsce, Michta zauważa, że tego rodzaju ustalenia zapadają przy zakupie systemu, a nie po nim. Analogicznie przestrzega w przypadku koreańskiego sprzętu: bez produkcji w Polsce „w wypadku wojny na Półwyspie Koreańskim tutaj żaden pocisk nie przyjedzie". Za największy błąd uznaje brak udziału w dalszym rozwoju technologicznym platform, co uczyniłoby amerykańskie koncerny zbrojeniowe naturalnym rzecznikiem polskich interesów.

Historia jako odskocznia, nie kamień

Zdaniem Michty ciężar historyczny - sprawa Wołynia, UPA, nieprzepracowane rozliczenia - obciąża relacje polsko-ukraińskie, podczas gdy Berlin buduje pozycję dzięki większej głębi kapitałowej. Analityk apeluje jednak, by historia stała się „odskocznią na przyszłość", a nie przeszkodą.

Wskazuje na brak w Europie Środkowej pojednania na wzór francusko-niemieckiego po drugiej wojnie światowej - nie w sensie deklaracji sympatii, lecz „bolesnego przerobienia tego, co się stało". Decyzję prezydenta Nawrockiego, będącą odpowiedzią na działania strony ukraińskiej, uznaje za słuszną: „tej decyzji Zełenskiego nie można było zostawić bez odpowiedzi".

Paradoksalnie, jak zauważa, spór wokół Wołynia sprawił, że temat ten zaistniał w świadomości części amerykańskich elit. Za istotny moment Michta uznaje głosowanie w Parlamencie Europejskim przeprowadzone głównie przez większość rządową. „Okazało się, że dało się to przeprowadzić. Czyli mamy karty do tego, żeby nimi grać".

Analityk sygnalizuje jednocześnie narastające zmęczenie części polskiego społeczeństwa obecnością zamożniejszych Ukraińców, przy jednoczesnej akceptacji dla pracujących imigrantów. Zwraca też uwagę na wysoki poziom korupcji na Ukrainie oraz na to, że po ogromnej ofierze krwi Ukraińcy mogą czuć się co najmniej równorzędnymi partnerami.

Kompleks biednego państwa

Michta diagnozuje głębszą przyczynę polskiej niepewności - „kompleks państwa biednego", obecny, jego zdaniem, po obu stronach sceny politycznej. Jedni wyrażali go marzeniem o dołączeniu do bogatszego Zachodu, drudzy - demonstracyjną nieufnością wobec sąsiadów.

Analityk dostrzega zmianę pokoleniową. Trzydziesto- i czterdziestolatkowie, z którymi spotyka się w Szkole Przywództwa, „czują się pewnie", ponieważ dojrzewali w zamożniejszym kraju i pytają wyłącznie o to, z kim opłaca się robić interesy. Ta zmiana mentalna musi, jego zdaniem, dokonać się także w klasie politycznej.

Michta krytykuje dwie skrajne postawy wobec historii - nadmierne rozliczanie własnych win oraz odmawianie przyznania jakichkolwiek błędów. Obie uznaje za oznakę niedojrzałości. Przypomina, że tragedią II Rzeczypospolitej było wycięcie elit, i wyprowadza z historii jasną lekcję: „Polska została pokonana, bo była sama". Stąd nacisk na regionalną współpracę wojskową ze Skandynawią i państwami bałtyckimi, opartą na wspólnych ćwiczeniach, jako zabezpieczenie na wypadek osłabienia sojuszu.

Trzy priorytety i wyścig z czasem

Analityk formułuje trzy zalecenia dla polskich władz: obecność w Waszyngtonie, współpraca regionalna oraz dalsze wspieranie Ukrainy w wojnie z Rosją. Realną obecność w USA proponuje budować konkretnie - poprzez inwestycję rzędu 200 milionów dolarów w instytucję zatrudniającą amerykański personel z kontaktami w Kongresie i mediach, programy wymiany oraz stałe bazy wojskowe integrujące bezpieczeństwo obu państw, tak jak w Niemczech.

Michta wskazuje listopad jako nieformalny termin dla przesunięcia części amerykańskich wojsk z Niemiec do Polski, wiążąc go z wyborami w USA, które mogą zmienić układ sił w Kongresie. Zaznacza, że nad tym celem trzeba pracować nieprzerwanie i popierać deklaracje konkretami - ćwiczeniami, propozycjami dotyczącymi sensorów czy udziału w nuclear sharing.

W kwestii bezpieczeństwa apeluje o wyłączenie go z rozgrywek partyjnych i przypomina fiński model powszechnej służby wojskowej. „Polska potrzebuje rezerw na przynajmniej milionową armię na wypadek konfliktu" - mówi, opowiadając się za wprowadzeniem narodowej służby wojskowej. Reparacje od Niemiec uznaje za rzecz oczywistą, lecz możliwą do wyegzekwowania jedynie za pośrednictwem Waszyngtonu - na wzór, jak wskazuje, sposobu, w jaki środki odzyskiwał Izrael.

Michta przestrzega przy tym przed antyamerykańskimi tonami, które zaskoczyły go podczas pobytu w Polsce. Podkreśla, że Polska ma relacje ze Stanami Zjednoczonymi, a nie z konkretnym prezydentem czy partią, i za nierealne uznaje budowanie europejskich struktur bezpieczeństwa w oderwaniu od NATO. Największym ryzykiem dla Polski pozostaje, w jego ocenie, utrata suwerenności w razie wycofania się USA z regionu - scenariusz wynikający nie z woli Waszyngtonu, lecz z przeciążenia na innych frontach, wśród których wymienia Zatokę Perską, Europę, Indo-Pacyfik i Półwysep Koreański.

Rozmowa, w której padły te oceny, została nagrana 27 lipca, wkrótce po kulminacji napięcia w relacjach polsko-ukraińskich. Michta konsekwentnie stawia tezę, że Polska wykorzystała jedną historyczną szansę - nie pozwoliła Ukrainie się załamać - lecz nie zdyskontowała jej politycznie. Jego zdaniem to niedokończone zadanie, a nie brak potencjału, decyduje dziś o tym, kto rozdaje karty w regionie.