Powrót

Niemiecki biznes wraca do Rosji, Zełenski zaognia spór z Polską

Niemiecka Izba Handlu Zagranicznego potwierdziła udział firm z RFN w Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu, które rozpoczyna się w piątek. Równolegle prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednostce wojskowej imię bohaterów UPA, wywołując najpoważniejszy od lat kryzys w relacjach z Warszawą. Według analityka Marka Budzisza z ośrodka Strategy and Future obie sprawy są elementem szerszej rekonfiguracji bezpieczeństwa w Europie, a polska klasa polityczna nie jest na nią przygotowana.

Berlin między Bismarckiem a Mitteleuropą

Decyzję niemieckich firm o powrocie na petersburskie forum zapowiedział prezes Izby Handlu Zagranicznego Niemiec Matthias Schepp, argumentując, że Berlin nie powinien „oddawać Rosji Azji". Schepp wskazał, że po inwazji w Rosji powstało 14 400 firm chińskich, co jego zdaniem stanowi sygnał do działania.

Budzisz interpretuje ten ruch jako odsłonę trwającego od dekad sporu wewnątrz niemieckiego establishmentu. „W niemieckiej polityce ścierają się dwa główne nurty" - mówi analityk. Pierwszy określa mianem „polityki Bismarcka", czyli szukania porozumienia z Rosją ponad głowami państw leżących pomiędzy Berlinem a Moskwą, w tym Polski. Drugi to nawiązanie do koncepcji Mitteleuropy Friedricha Naumanna, zakładającej utrzymanie niemieckich wpływów w Europie Środkowej i krajach bałtyckich przy jednoczesnej rywalizacji z Rosją.

Według Budzisza linię bismarckowską reprezentowała Angela Merkel, podczas gdy obecny kanclerz Friedrich Merz skłania się ku podejściu rywalizacyjnemu. Podział nie pokrywa się jednak z liniami partyjnymi - przebiega także wewnątrz SPD, AfD i Sojuszu Sahry Wagenknecht. „To dotyczy również perspektywy zakończenia wojny na Ukrainie i porządku bezpieczeństwa w Europie" - zaznacza analityk.

Powrót niemieckiego biznesu do Rosji ma też wymiar ekonomiczny. Niemiecka gospodarka tkwi w kryzysie, koncerny tracą rynek chiński, są wypierani przez chińskich konkurentów również w Europie. Szukają zatem alternatywy. „W interesie Rzeczypospolitej leży to, żeby w Berlinie rządziła opcja, którą dziś reprezentuje kanclerz Merz" - ocenia Budzisz, dodając, że jesienne wybory w Saksonii-Anhalt mogą przynieść zwycięstwo AfD i pierwszego premiera tej partii w landzie.

Apel o suwerenną dyplomację

Analityk wzywa polską klasę polityczną do prowadzenia aktywnej polityki wobec Niemiec - szukania sojuszników także na poziomie landów, tak jak robi to prezydent Francji Emmanuel Macron. Wytyka jednocześnie brak polskich kanałów komunikacji z Białorusią. „Macron dzwoni do Łukaszenki, a nie premier czy prezydent Rzeczypospolitej. Nie mamy interesów na Białorusi?" - pyta.

Według Budzisza to symptom głębszego problemu: Polska traktuje politykę zagraniczną jako wybór orientacji sojuszniczej, a nie narzędzie realizacji własnych interesów. „Wysoki moralny diapazon, który u nas się lubi przywoływać, jest w gruncie rzeczy usprawiedliwieniem abdykacji z samodzielnej polityki państwa polskiego" - diagnozuje.

Analityk przypomina, że Polska należy do dwudziestki największych gospodarek świata, jednak jej dyplomacja pod względem zasobów i możliwości jest znacznie słabiej rozwinięta. Postuluje także zmianę w obszarze obronności - przejście od roli importera bezpieczeństwa do projekcji siły. „Bałtyk nie stanie się natowskim jeziorem, jeżeli Polska nie będzie skłonna wysłać żołnierzy na Gotlandię, estońską Hiumę lub Saaremę albo zwiększyć kontyngentu w Adaży" - wskazuje.

Decyzja Zełenskiego: kalkulacja, nie pomyłka

W ubiegłym tygodniu prezydent Ukrainy nadał jednostce wojskowej imię bohaterów UPA. Decyzję poprzedził państwowy pogrzeb Andrija Melnyka, założyciela formacji. W odpowiedzi prezydent Karol Nawrocki zapowiedział starania o odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego, a były ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki zwrócił swoje ukraińskie odznaczenie.

Strona ukraińska reaguje równie ostro. Publicysta Witalij Portnikow, niegdyś współprzewodniczący polsko-ukraińskiej komisji do spraw trudnych, napisał: „Ukraina Polsce nie narzuca swoich bohaterów. A Polska Ukrainie narzuca schizofrenię na państwowym poziomie".

Budzisz odrzuca tezę o pomyłce ukraińskiego prezydenta. „To jest działanie o charakterze politycznym, związane z relacją sił, z perspektywą zakończenia wojny i z oddalającą się perspektywą ukraińskiego członkostwa w Unii Europejskiej" - twierdzi. Analityk łączy decyzję Zełenskiego z jego niedawnymi wypowiedziami o „okienku negocjacyjnym" do późnej jesieni oraz z postulatem rozszerzenia zespołu negocjacyjnego o przedstawicieli Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Według Budzisza Zełenski próbuje równoważyć pozycję amerykańską obecnością państw zachodnioeuropejskich, których interesy w sprawie zakończenia wojny są sprzeczne z Waszyngtonem. Obecność Polski - „modelowego sojusznika Stanów Zjednoczonych" - wzmocniłaby stronę amerykańską, czego ukraiński prezydent chce uniknąć. Konflikt z Warszawą stanowi zatem polityczne uzasadnienie dla wykluczenia Polski z tego formatu. Analityk nie wyklucza również, że Zełenski szuka pretekstu, by nie przyjeżdżać na czerwcową konferencję odbudowy Ukrainy w Gdańsku.

Decyzja ma też wymiar wewnątrzukraiński. Partia Sługa Narodu utraciła większość w Radzie Najwyższej, a kolejne ukraińskie jednostki wojskowe przyjmują patronów związanych z UPA - istnieją oddziały imienia Romana Szuchewycza, Wasyla Kuka i Jewhena Konowalca. „To będzie siła polityczna, która będzie rządzić Ukrainą" - zauważa Budzisz, wskazując, że Zełenski przygotowuje się również do rywalizacji o poparcie środowisk wojskowych z generałem Wałerijem Załużnym w wyborach prezydenckich na początku przyszłego roku.

„Strategiczny błąd" Kijowa

Mimo politycznej racjonalności tych ruchów Budzisz uznaje je za fundamentalną pomyłkę strategiczną. „Przedkładając rozgrywki taktyczne nad strategiczny interes Ukrainy, Zełenski popełnia strategiczny błąd, jeśli chodzi o przyszłość Ukrainy" - ocenia.

Analityk twierdzi, że ukraińska elita kalkuluje, iż zbuduje pozycję Kijowa jako zwornika bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO w porozumieniu z Niemcami i Europą Zachodnią, z pominięciem Polski. „To bardzo poważny błąd. Ukraina w tej konstrukcji będzie miała większą szansę wypchnięcia przez Europę Zachodnią poza obręb wspólnoty" - przewiduje. Bez współpracy z Warszawą Kijów nie zrealizuje też planu odbudowy, a jego armia, dziś atut, jutro może stać się czynnikiem destabilizującym, jeśli wstrzymane zostaną transfery finansowe z Europy.

Budzisz wskazuje, że Polska nie wykorzystała dotychczasowych okazji do budowy strategicznego zaplecza we współpracy z ukraińskim sektorem zbrojeniowym. Miesiąc temu ukraiński minister Mychajło Fedorow podpisał w Niemczech sześć kontraktów z tamtejszymi firmami zbrojeniowymi. „Dlaczego Polska, która ma lepszą pozycję niż Niemcy, nie podpisała wcześniej dziesięciu kontraktów?" - pyta analityk. Wskazuje na ukraińskie firmy obecne w Polsce: Swarmer, mający tu centrum badań i rozwoju, oraz FirePoint, wyceniany na 7-10 miliardów dolarów, którego właściciel Denys Sztilerman opowiada się za bliską współpracą polsko-ukraińską w ramach koncepcji Międzymorza.

Asymetria pamięci i wzajemne nieporozumienia

Zapytany o ukraińskie zdziwienie skalą polskiej reakcji, Budzisz wymienia kilka strukturalnych różnic. „Polska jest państwem i społeczeństwem znacznie bardziej konserwatywnym niż Ukraina" - wskazuje, przypominając, że wybory prezydenckie w Polsce od dwudziestu lat wygrywają zwolennicy prawicy. W polskiej polityce historia odgrywa rolę osi organizującej życie publiczne; w ukraińskiej - znacznie mniejszą.

Analityk przyznaje, że Polska jeszcze niedawno również borykała się z dysfunkcjonalnością i korupcją, a Polacy wyjeżdżali do pracy w Holandii czy Niemczech. Dziś jednak chce widzieć się przez inny pryzmat. Na napięcia nakładają się czynniki rynkowe: rywalizacja o pracę, nadreprezentacja kobiet związana z napływem uchodźczyń z Ukrainy, a także obecność rosyjskiej agentury wpływu, która ma interes w skłóceniu obu narodów.

Budzisz przestrzega przed polityką radykalizacji opinii publicznej i wzajemnych retorsji. Jednocześnie odrzuca politykę ustępstw. „Musimy twardo bronić naszych interesów, ale wszystkie interesy mają pewną hierarchię" - zaznacza. Według niego polska klasa polityczna nie zbudowała takiej hierarchii w relacjach z Kijowem, przez co prowadzona polityka jest „jednowymiarowa".

Analityk podkreśla asymetrię: niemieccy partnerzy honorują postaci historyczne kontrowersyjne dla Polski - istnieją jednostki Bundeswehry imienia Erwina Rommla - a mimo to relacje gospodarcze i polityczne się rozwijają. „Tam pamięć historyczna, nadal ważna i często bolesna, nie odgrywa już takiej roli" - mówi, postulując podobne podejście wobec Ukrainy: nie zapominać o ofiarach, ale jednocześnie budować wspólnoty interesów strategicznych i ekonomicznych.

Pytanie o przywództwo

Budzisz powraca do tezy, którą formułował już w 2022 roku - o potrzebie strategicznej, federacyjnej koncepcji współpracy polsko-ukraińskiej. Zastrzega, że nie chodziło i nie chodzi o doraźny plan negocjacyjny, lecz o wizję ideową porównywalną z koncepcją Roberta Schumana i Jeana Monneta, którzy w 1951 roku powołali Europejską Wspólnotę Węgla i Stali zaledwie sześć lat po wojnie. „Nie będzie bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO bez współpracy strategicznej między Polską a Ukrainą" - twierdzi, choć przyznaje, że jest dziś „znacznie mniejszym optymistą".

Analityk uznaje, że ani ukraińska, ani polska klasa polityczna nie jest dziś przygotowana do tej roli. „Czy mamy polityków formatu Churchilla, czy niestety polityków formatu graczy wyborczo-parlamentarnych?" - pyta retorycznie. Wskazuje, że Amerykanie zaczynają redukować zaangażowanie w Europie, a sojusznicy zachodnioeuropejscy nie są gotowi przejąć ich roli ze względu na ograniczenia budżetowe.

Spór wokół UPA i powrót niemieckich firm na rosyjskie forum gospodarcze są - zdaniem Budzisza - symptomami zmiany, która dopiero się rozwija. „Stary porządek już gołym okiem widać, że się kończy" - konkluduje. Tym, co przesądzi o pozycji Polski w nowym układzie, będzie zdolność do trzeźwej oceny sytuacji, hierarchizacji interesów i wypracowania instrumentów polityki wykraczających poza horyzont najbliższych wyborów.