Powrót

Nowa żelazna kurtyna. Od Narwy po Gołdap NATO umacnia granicę

Wzdłuż wschodniej flanki NATO - od estońskiej Narwy, przez Łotwę i Litwę, aż po polską Gołdap - powstaje system umocnień graniczących z Rosją i Białorusią. Dziennikarze Igor Janke i Grzegorz Ślubowski przejechali tę linię w ramach reportażu „Misja Bałtyk”, dokumentując zamknięte przejścia, zasieki, incydenty z udziałem uzbrojonych ludzi oraz presję migracyjną, którą Alaksandr Łukaszenka kieruje kolejno na sąsiadów. Ich wniosek: zagrożenie jest realne, choć na co dzień pozostaje ukryte pod pozorem spokoju.

Narwa: dwa światy w jednym mieście

Punktem docelowym podróży była Narwa - estońskie miasto na najdalej wysuniętej flance NATO, tuż przy granicy z Rosją. Zamieszkuje je około 50 tysięcy osób, w przeważającej większości rosyjskojęzycznych.

„Gdyby zamknąć oczy, to można by pomyśleć, że się jest w Rosji, bo ludzie mówią tylko po rosyjsku” - relacjonuje Ślubowski. Napisy urzędowe i sklepowe są po estońsku, ale językiem codziennej rozmowy pozostaje rosyjski. Reporterzy odwiedzili nawet lokal opisywany jako miejsce spotkań „prawdziwych Estończyków” - i tam także wszyscy mówili po rosyjsku.

Narwa jest polem wojny o świadomość mieszkańców. Rosja narzuca narrację, w której wyzwolenie miasta przez Armię Czerwoną w II wojnie światowej stanowi najważniejszy moment jego historii, a 9 maja - Dzień Zwycięstwa - nabiera szczególnego znaczenia. Po rosyjskiej stronie rzeki organizowane są koncerty adresowane do widowni zgromadzonej na estońskim brzegu. Według rozmówców reporterów w tym roku publiczności było więcej niż w poprzednim.

Jeden z rozmówców opisał scenę, w której czołg ustawiony po rosyjskiej stronie oddał pozorowany, „fejkowy” wystrzał w kierunku brzegu estońskiego. Zebrane po drugiej stronie rodziny obserwowały to zdarzenie, a jedna z matek miała powiedzieć dzieciom: „zobaczcie, faszyści strzelają”.

Zwolennicy Putina i „ludzie straceni”

Obraz nie jest jednak jednoznaczny. Rosjanie i osoby rosyjskojęzyczne, z którymi reporterzy rozmawiali w samej Narwie, byli w większości nastawieni antyputinowsko. „Większość tego miasta nie jest zwolennikami przyłączenia do Rosji” - ocenia Ślubowski, wskazując, że nostalgia wobec Związku Radzieckiego działa przede wszystkim na starsze pokolenie.

Kontrast był widoczny w kolejce do przejścia granicznego z Rosją, gdzie ludzie stali po kilka godzin. „To, co zobaczyliśmy, to ludzie, którzy stali pięć godzin w kolejce i którzy mówią, że w Rosji jest wszystko dobrze, że wojnę wywołał zły Zachód” - mówi Janke. Zaznacza jednak, że w większości nie byli to mieszkańcy Narwy.

Podobny podział reporterzy zaobserwowali w łotewskim Dyneburgu (Daugavpils), dawnym mieście założonym przez Stefana Batorego. Cytowany polityk dzielił miejscową ludność na trzy grupy: lojalnych obywateli Łotwy, „ludzi straconych”, którzy „mają Putina w głowie” i winą za wojnę na Ukrainie obarczają Zachód, oraz „magmę” - ludzi, „nad którymi trzeba pracować”. Około 13 procent mieszkańców identyfikuje się z narodowością polską, a miejscowe gimnazjum imienia Józefa Piłsudskiego uchodzi za prestiżową szkołę, w której dzieci uczą się dobrej polszczyzny.

Zamknięte drogi i incydent z uzbrojonymi ludźmi

Wzdłuż granicy pozory spokoju wielokrotnie ustępowały napięciu. W miejscowości Wasknarwa, tuż przy rzece Narwie, reporterzy zastali sielski krajobraz - po jednej stronie flagi NATO, Estonii i Unii Europejskiej, po drugiej ogromną flagę rosyjską nad twierdzą Iwangorod. „Jeszcze kilka lat temu kontakty ludzi po obu stronach były intensywne. Dzisiaj to praktycznie żelazna kurtyna” - relacjonuje Ślubowski.

Najbardziej wymowna okazała się droga nr 179 prowadząca do estońskiej wioski Saatse. Odcinek tej trasy przebiega przez terytorium Rosji; na mocy porozumienia z 1991 roku Estończycy przejeżdżali tamtędy bez zatrzymywania się. Droga została zamknięta w październiku 2025 roku, gdy pojawili się na niej uzbrojeni, nieoznakowani ludzie.

Rosja twierdziła, że była to straż graniczna. Estończycy wskazywali, że mężczyźni nie nosili mundurów formacji granicznej, lecz ubrania cywilne i broń - i przywoływali analogię do „zielonych ludzików” znanych z Krymu. Droga została natychmiast zamknięta, pojawiły się wojsko i policja.

Reporterów, którzy filmowali w tym miejscu, wkrótce wylegitymowała estońska straż graniczna, a kilkanaście minut później - już w drodze na południe - zatrzymała ich łotewska policja. „Czuć, że to nie jest takie normalne miejsce” - podsumowuje Janke. Według ustaleń dziennikarzy wzdłuż estońskiej granicy powstało około 600 bunkrów, a także zęby smoka, rowy przeciwczołgowe i magazyny materiałów fortyfikacyjnych. Umocnień tych reporterzy nie mogli sfilmować.

Presja migracyjna z Białorusi uderza w Łotwę

Zdaniem obu dziennikarzy realnym, bieżącym zagrożeniem nie jest atak zbrojny, lecz wojna hybrydowa prowadzona przez Białoruś. „Łukaszenka testuje po kolei swoich sąsiadów i teraz padło na Łotwę” - mówi Ślubowski. Reporterzy oceniają, że Ryga radzi sobie z tą presją „bardzo średnio”.

W czasie ich pobytu w okolicy miejscowości Silena odkryto wybetonowany tunel o wysokości około półtora metra, którym z Białorusi przedostawali się nielegalni migranci. Zatrzymano kilkunastu z nich. Według lokalnych mediów doszło do starcia - migranci mieli pochwycić łotewskiego pogranicznika i próbowali wciągnąć go tunelem z powrotem na Białoruś. Władze ogłosiły operację „Wilkołak”.

Od początku roku odnotowano na łotewskiej granicy około dziewięciu tysięcy prób jej przekroczenia. Problem wykracza poza Łotwę: migranci są przewożeni dalej przez siatki przemytników - do Finlandii albo na południe, przez Litwę w stronę Polski. Litwa zapowiedziała kontrole na granicy z Łotwą, a nawet rozważa jej zamknięcie, co byłoby ciosem w solidarność państw bałtyckich. Temat presji migracyjnej stał się głównym wątkiem październikowej kampanii wyborczej na Łotwie.

Skutki są odczuwalne także na granicy polsko-litewskiej. Wjazd z Polski na Litwę odbywa się bez zatrzymania, ale w drugą stronę pojawiają się kolejki i kontrole, zwłaszcza większych pojazdów - z obawy przed przewozem nielegalnych migrantów.

Tarcza Wschód i pole minowe pod Kaliningradem

Po polskiej stronie, na granicy z obwodem kaliningradzkim, powstaje Tarcza Wschód. Kamila Baranowska, towarzysząca ekipie reportażu, pokazała teren przygotowany pod potencjalne pole minowe między dwoma rzędami zapór.

Miejsce ma być w razie ataku zaminowane systemem minowania narzutowego BAOBAB, będącym na wyposażeniu 16 Dywizji Zmechanizowanej. „Jest on w stanie 600 min wystrzelić w ciągu 20-22 minut” - wyjaśniała rozmówczyni. Możliwość użycia min wiąże się z wypowiedzeniem przez Polskę konwencji ottawskiej.

Rozmówczyni podkreśliła, że mur na granicy z Białorusią nie jest elementem Tarczy Wschód, lecz zaporą powstrzymującą nielegalną migrację. Budowa Tarczy ma zakończyć się do 2028 roku, a prace prowadzone są przez wszystkie dni tygodnia przy wsparciu sojuszników z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Według rozmówczyni państwa bałtyckie „trochę uczą się od Polski”, która jako pierwsza została zaatakowana hybrydowo na granicy z Białorusią i pierwsza zaczęła budować umocnienia. Estońskie, łotewskie i litewskie inwestycje tworzą Baltic Defence Line, skoordynowaną z polską Tarczą Wschód w drodze rozmów dwustronnych.

„To jest realne”

Reporterzy podkreślają, że umocnienia nie tworzą jednolitego muru na wzór berlińskiego, lecz rozproszony system punktów oporu, zapór i przeszkód, często niewidocznych na pierwszy rzut oka. W wielu miejscach granica wygląda naturalnie - miejscami rzekę mógłby pokonać pojedynczy człowiek.

Głównym wnioskiem obu dziennikarzy jest realność zagrożenia. „Ci ludzie, z którymi rozmawialiśmy, wszyscy mówili, że to jest realne. Nie mówili, że się tego boją, ale że to może się zdarzyć i że muszą się do tego przygotowywać” - relacjonuje Janke. Zdaniem Ślubowskiego najbardziej narażone na dywersję i akty sabotażu są Estonia i Łotwa, ze względu na liczną mniejszość rosyjskojęzyczną, którą Kreml może próbować wykorzystać.

Za najważniejszy czynnik odstraszający reporterzy uznają jedność Zachodu. „Każdą granicę, nawet ogrodzoną, można przejść. Natomiast pewność tego, że państwa bałtyckie nie zostaną same, to jest to, co jest najważniejsze” - ocenia Ślubowski. Dziennikarze zwracają uwagę, że kraje bałtyckie liczą na pomoc Polski, którą - jak podkreślają - postrzegają z szacunkiem i respektem.

Kontekst tych obserwacji wykracza poza samą podróż. Po powrocie reporterów NATO przeprowadziło nad obwodem kaliningradzkim operację powietrzną, którą Janke opisuje jako „manifestację siły”, a nie standardowe ćwiczenia. O ryzyku ataku na państwa bałtyckie lub przesmyk suwalski mówili także politycy i przedstawiciele wywiadów wielu państw; przywoływana jest również wizyta szefa CIA w Moskwie. Umocnienia od Narwy po Gołdap powstają - nie jako gwarancja, że najgorszy scenariusz się ziści, lecz jako świadectwo, że wschodnia flanka NATO traktuje to zagrożenie poważnie.