Talaga: interesem Kremla jest wojna, a nie pokój
Rosja przestawiła gospodarkę, politykę i pamięć historyczną na tryb wojenny, a zakończenie konfliktu na Ukrainie oznaczałoby dla Władimira Putina zagrożenie utraty władzy - ocenił Andrzej Talaga z Warsaw Enterprise Institute w rozmowie w Kanale Otwartym. Analityk wskazał, że najbliższa dekada jest okresem podwyższonego ryzyka, w którym Rosja może zdecydować się na uderzenie hybrydowe lub lokalne przeciwko państwom NATO.
Punktem wyjścia dyskusji była wypowiedź prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz z uroczystości na Westerplatte, upamiętniającej rocznicę wybuchu II wojny światowej. Dulkiewicz przywołała blokadę Leningradu, mówiąc o niemal 900 dniach, podczas których ludność zmagała się z głodem i mrozem sięgającym minus 40 stopni. Zdaniem Talagi takie odwołanie, choć zapewne niezamierzone, wpisuje się w rosyjską narrację.
Spór o pamięć Leningradu
„Wszelkie odwołania do II wojny światowej w wykonaniu armii sowieckiej, rosyjskiej, jakkolwiek ją wtedy nazwać, są niebezpieczne” - stwierdził analityk. Podkreślił, że nawet jeśli intencje prezydent Gdańska były inne, tego typu wypowiedzi mogą zasilać propagandę, którą określił jako „niezwykle groźną”.
Talaga zwrócił uwagę, że fakty historyczne rzucają inne światło na oblężenie Leningradu. Jak zaznaczył, dramatyczne sceny głodu w dużym stopniu wynikały z decyzji władz partyjnych i wojskowych ZSRR, a nie wyłącznie z działań niemieckich. „Koncept był taki, żeby zagłodzić Leningrad po to, żeby oddać wyniszczoną ludność i wyniszczone miasto Niemcom” - wyjaśnił, dodając, że Niemcom nie udało się zająć miasta.
Prowadzący rozmowę, który - jak sam podał - spędził kilka lat w Petersburgu, potwierdził, że pamięć o blokadzie wciąż funkcjonuje w rodzinach mieszkańców. Wspomniał relacje osób, które jako dzieci przeżyły oblężenie, oraz opowieści o działającym wówczas NKWD i aresztowaniach prowadzonych w oblężonym mieście.
Analityk wskazał, że kult Leningradu jest dziś instrumentalnie wykorzystywany. Jako przykład podał nazwę okręgu wojskowego: „My mamy leningradzki, a nie petersburski okręg wojskowy” - jeden z najważniejszych, z którego, jego zdaniem, może kiedyś wyjść uderzenie na zachód. W rozmowie przywołano także wyrok sądu w Petersburgu, który uznał blokadę za zbrodnię przeciwko ludzkości i wśród odpowiedzialnych narodów wymienił między innymi Polaków - co, jak podkreślono, jest historycznym fałszem obliczonym na bieżące potrzeby polityczne.
Mit założycielski i militaryzacja państwa
Według Talagi mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” to fundament, na którym opiera się legitymizacja władzy Putina oraz roszczenie Rosji do własnej strefy wpływów. „Bo była wśród zwycięzców. Bo myśmy was wyzwolili” - tak analityk zrekonstruował sposób myślenia obecny w rosyjskiej narracji, którą określił jako nacjonalistyczną i militarystyczną.
Rozmówca oszacował, że narracja ta trafia na podatny grunt: „Zarażonych jest, rzucam teraz, 20 procent, odpornych jest 1 procent, a cała reszta jest dość obojętna”. Zastrzegł, że są to jego szacunki. Wskazał jednocześnie na wychowanie młodzieży w duchu militarystycznym - ubieranie dzieci w mundury nawiązujące do czasów wojny oraz eksponowanie symboliki sowieckiej rozumianej jako symbol zwycięstwa, a nie komunizmu.
Analityk porównał współczesną Rosję do Prus Fryderyka Wielkiego, „kiedy państwo było odpryskiem armii, a nie armia była organem państwa”. Jego zdaniem podobny proces zachodzi obecnie: to armia staje się jednostką organizującą państwo. Talaga podał, że według dostępnych danych na obronność przeznacza się około 40 procent budżetu, a rzeczywiste wydatki są wyższe, ponieważ część finansowania ukryto w innych pozycjach - na przykład w Gwardii Narodowej, która dysponuje czołgami i artylerią, lecz formalnie nie jest wojskiem.
Rozmówcy zauważyli, że w rosyjskim aparacie władzy pojawiają się głosy krytyczne. Wskazano mera Moskwy Siergieja Sobianina, który miał ostrzegać przed podporządkowaniem wszystkiego potrzebom armii, oraz szefową banku centralnego, sygnalizującą, że gospodarka nie pociągnie długo w trybie wojennym. Talaga zaznaczył, że są to głosy racjonalne z punktu widzenia rosyjskiej racji stanu, lecz - jak dodał - trwa równolegle wywłaszczanie oligarchów pod pretekstem „strategicznego” charakteru zakładów, a majątki przejmują nowi, bardziej lojalni ludzie.
Bilans strat i odtwarzanie armii
Analityk przytoczył dane, które opatrzył zastrzeżeniem co do ich pochodzenia. Powołując się na brytyjskie źródła wywiadowcze publikowane w źródłach otwartych, oszacował rosyjskie straty na 500-600 tysięcy zabitych i około 800 tysięcy rannych - łącznie około 1,4 miliona żołnierzy. Dla porównania armia rosyjska przed wojną liczyła ponad 800 tysięcy.
Mimo to Rosja odtwarza siły. Talaga wskazał, że werbuje około 400 tysięcy ludzi rocznie, a w lipcu Putin podpisał dekret zwiększający liczebność wojsk do 1,5 miliona. Werbunek prowadzony jest przede wszystkim w najbiedniejszych regionach, gdzie żołd i dodatki bojowe stanowią - jak ujął analityk - „piramidę pieniędzy”. Problemem nie jest brak chętnych, lecz konkurencja o ludzi między armią a przemysłem zbrojeniowym w warunkach złej demografii.
Sama motywacja finansowa - zdaniem Talagi - nie wystarcza wobec ryzyka śmierci na froncie. Uzupełnia ją propaganda o nowej wojnie ojczyźnianej i walce z faszyzmem oraz z całym Zachodem. Analityk zwrócił uwagę na historyczne analogie wykorzystywane przez Kreml: podobnie jak w narracji o marszu Napoleona, przekonanie, że „Europa na nas szła”, ma uzasadniać obronny charakter obecnej agresji.
Okno możliwości i groźba uderzenia na NATO
Talaga ocenił, że Rosja znajduje się w pacie na Ukrainie i potrzebuje znaczącego zwycięstwa - porzucenia Ukrainy na kolana lub zajęcia Donbasu. Dopóki 80 procent rosyjskiego potencjału bojowego jest zaangażowane na Ukrainie, ryzyko wojny z NATO pozostaje - jego zdaniem - niewielkie. „Brutalne to, co powiem, ale prawdziwe: niech walczą jak najdłużej” - stwierdził.
Zagrożenie miałoby narastać po zakończeniu wojny, gdy Rosja mogłaby przesunąć siły do okręgów leningradzkiego, moskiewskiego i południowego. Talaga wskazał, że z planowanego zwiększenia liczebności około 180 tysięcy etatów ma trafić właśnie na kierunek natowski. Odtworzenie zdolności do dużej wojny konwencjonalnej zajęłoby, według jego szacunków, od pięciu do siedmiu lat, a przy niedoborach kadrowych nawet dziesięć.
Analityk zauważył, że wojna na Ukrainie skompromitowała rosyjskie koncepcje taktyczne i strategiczne, sprowadzając walkę do starć małych grup. Rosja miała utracić zdolność manewrowania dużymi związkami, a Ukraińcy - eliminując doświadczonych oficerów - pozbawili przeciwnika kadr zdolnych dowodzić w wielkiej wojnie. Naukę tych umiejętności trzeba będzie podjąć od nowa.
W ocenie Talagi mobilizacja nie jest Rosji potrzebna, skoro werbunek za pieniądze funkcjonuje, a wojsko zmobilizowane ma niższą wartość bojową. Zamiast tego prawdopodobne są działania mające zniechęcić Zachód do wspierania Ukrainy - od ataków hybrydowych po prowokacje w rejonach takich jak estońska Narwa czy łotewska Łatgalia. Analityk uznał jednak, że zastraszanie nie przyniesie efektu, ponieważ postawa państw zachodnich się zmieniła. Przywołał rozmowy z przedstawicielami służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, w tym z Belgami, którzy - jak relacjonował - mówią wprost, że pierwszego dnia wojny staną się celem i wezmą w niej udział.
Finanse wojny i rola Chin
Kluczem do trwałości rosyjskiego wysiłku wojennego jest - zdaniem Talagi - zdolność samofinansowania. „Rosja się finansuje sama” - podkreślił, zaznaczając, że Ukraina bez zachodnich dotacji nie mogłaby prowadzić wojny. Sankcje działają, zwłaszcza w obszarze wysokich technologii i półprzewodników, lecz skala potrzebnego przemytu przekracza możliwości Kremla.
Analityk zwrócił uwagę na kwestię parytetu siły nabywczej. Rosyjskie wydatki na obronność, szacowane na 180-190 miliardów dolarów, po uwzględnieniu tego, że Rosja płaci surowcami, kryptowalutami i rublem, odpowiadają realnie 400-500 miliardom - zbliżając się do poziomu europejskiego.
Talaga zdecydowanie odrzucił tezę o chińskim finansowaniu wojny. „Chiny nie finansują wojny” - stwierdził, dodając, że Pekin dostarcza technologie podwójnego zastosowania obu stronom, a ukraiński przemysł dronowy nie istniałby bez chińskich procesorów. Jego zdaniem przeciągająca się wojna jest dla Chin korzystna, bo coraz bardziej uzależnia od nich Rosję - czego dowodem ma być twardy chiński dyktat cenowy w negocjacjach o gazociągu Siła Syberii 2.
Dlaczego wojna się opłaca reżimowi
W ocenie Talagi Putinowi łatwiej i bezpieczniej jest wojnę prowadzić niż zakończyć. Wojna pozwala konsolidować reżim, dyscyplinować społeczeństwo odporne na straty i konfiskować majątki pod pretekstem stanu wyjątkowego. Zakończenie konfliktu odsłoniłoby natomiast skutki sankcji i groziłoby - na wzór Iranu - rewoltą społeczną.
Analityk wskazał na dodatkowy, osobisty wymiar: obawę przed fizyczną eliminacją. „Koniec wojny to jest koniec Putina” - ocenił, dodając, że czyni to zachowanie reżimu potencjalnie irracjonalnym. Jednocześnie nie wykluczył innej Rosji w przyszłości - autorytarnej, lecz reformistycznej, skupionej na odbudowie państwa zamiast na agresji. Jak zauważył, w rosyjskiej historii okresy zamordyzmu przeplatały się z próbami reform, a głęboka myśl polityczna istnieje dziś raczej wewnątrz reżimu niż w osłabionej opozycji.
Talaga podkreślił, że polityka Putina okazała się przeciwskuteczna: zamiast rozszerzyć „ruski mir”, doprowadziła do przystąpienia Finlandii i Szwecji do NATO oraz zmiany mentalności zachodnich społeczeństw. Odwołując się do Clausewitza, przypomniał, że wynik wojny rzadko odpowiada jej pierwotnym celom. „W interesie Rosji jest wojna, a nie pokój” - tak analityk podsumował paradoks, w którym przetrwanie reżimu wymaga podtrzymywania konfliktu.