Powrót

Paweł Kowal odrzuca reset Kosiniaka-Kamysza: wzmacnia prezydenta

Paweł Kowal z Koalicji Obywatelskiej, przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, skrytykował propozycję resetu konstytucyjnego zgłoszoną przez wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. W rozmowie z Igorem Janke na Kanale Otwartym ocenił, że pomysł - mimo że pochodzi od członka tego samego rządu - faktycznie poszerzyłby władzę prezydenta i dlatego jest, jego zdaniem, nie do przyjęcia.

Kosiniak-Kamysz zaproponował, by nowych członków Trybunału Konstytucyjnego wybierał parlament większością kwalifikowaną, a kandydatów wskazywali wspólnie marszałek Sejmu i prezydent. Kowal od początku rozmowy określił tę koncepcję jako „nonsensowną”. Jego główny zarzut dotyczy mechaniki rozwiązania: zdaniem polityka wymóg akceptacji prezydenta dla każdego kandydata zablokowałby możliwość zgłaszania sędziów bez jego zgody.

„Dzisiaj można zgłosić kandydata - może go zgłosić Kaczyński, może go zgłosić Tusk, może go zgłosić Czarzasty - a ta propozycja zmierza do zmiany, która polega na tym, że nie można żadnego zgłosić bez prezydenta” - argumentował Kowal. Podkreślał, że analiza takiego dokumentu wymaga spojrzenia „na osi czasu”: skoro Sejm już dziś ma wpływ na wybór, a prezydent go nie ma, nowe rozwiązanie dodaje władzy wyłącznie głowie państwa.

Spór o Trybunał: fakty, nie symetria

Znaczną część rozmowy zajął spór o sposób opisywania konfliktu wokół Trybunału. Prowadzący przywoływał dwa stanowiska prawników - jedni uznają, że ośmiu sędziów na piętnastu stanowi wymagane kworum, inni twierdzą, że konieczna jest większość dwóch trzecich. Kowal zbagatelizował wymiar prawny sporu.

„Nie ma tam sporu prawnego przecież” - stwierdził polityk, porównując go do rutynowych zastrzeżeń notariusza przy zakupie działki. Jego zdaniem sprawa jest „banalnie prosta”: członków Trybunału wybiera Sejm, a prezydent powinien ten wybór uznać i zaczekać na wyłonienie prezesa. Dodał, że obecny skład Trybunału jest „dość zrównoważony”, bo poprzedni Sejm wybrał siedmiu sędziów, a obecny - ośmiu.

Kowal konsekwentnie odrzucał to, co nazywał „dorobionym symetryzmem”. Przyznał, że geneza kryzysu sięga 2015 roku, gdy ówczesna większość wybrała pięciu sędziów, z czego co do dwóch istniały rzeczywiste wątpliwości dotyczące terminu. Zarazem podkreślał, że trzej pozostali zostali wybrani legalnie, a prezydent Andrzej Duda nie zaprzysiągł żadnego z całej piątki.

„Prezydent Duda miał pięciu sędziów, z których co do trzech nie miał wątpliwości - i ich nie uznał” - mówił Kowal. Wyciągał z tego wniosek, że to prezydenci wskazani przez Jarosława Kaczyńskiego „pilnują tego, żeby nie oddać Trybunału”. Jednocześnie zastrzegał: „Ja we wszystkim przyznałem rację, tylko z drugiej strony nie mogę tego usłyszeć”.

Spór o aktualnie wybranych sędziów

Polityk zwrócił uwagę na niekonsekwencję w obecnym postępowaniu prezydenta Karola Nawrockiego. Jak wskazywał, od sędzi Bentkowskiej prezydent przyjął ślubowanie, natomiast od wybranych w tym samym trybie sędzi Korwin-Piotrowskiej oraz sędziego Berka - już nie.

Prowadzący bronił tezy o istnieniu wątpliwości, zwłaszcza wobec Berka, który „przyszedł prosto z polityki”. Kowal odpowiadał, że to samo kryterium należałoby stosować do wszystkich - przypomniał, że w Trybunale zasiadali wcześniej politycy, jak Krystyna Pawłowicz czy Stanisław Piotrowicz. „To nie jest kwestia obrony, tylko powiedzenia, że te same kryteria stosują się do innych, a do drugich nie” - zaznaczył.

Prowadzący zajął odmienne stanowisko. „Ja uważam, że jest przeszkoda w obydwu przypadkach” - stwierdził, opowiadając się za szukaniem porozumienia, które sprawi, że większość klasy politycznej uzna wybór sędziów. W jego ocenie propozycja Kosiniaka-Kamysza - wymagająca zgody prezydenta, marszałka Sejmu i większości trzech piątych - jest „super propozycją”, bo zabezpiecza obie strony i utrudnia przyszłe przejęcie Trybunału przez jedno ugrupowanie.

Mediacja tak, zmiana konstytucji - nie

Kowal zadeklarował, że nie jest przeciwnikiem mediacji politycznej, lecz odróżnia ją od zmiany prawa. „Mediacja polityczna to jest co innego niż zmienienie prawa” - podkreślał. Jako przykład takiego mechanizmu wskazał wzajemne ustępstwa między urzędami oraz czekanie na dogodny moment, przypisując tę intuicję premierowi Donaldowi Tuskowi.

Polityk przywołał poniedziałkowy przypadek Narodowego Banku Polskiego: premier złożył kontrasygnatę przy powołaniu członków zarządu, choć mógł tego nie robić. „Wyobraziłem sobie przez moment, że skoro prezydent zobaczył, że premier nie nadużywa tej władzy, to sam też podpisze to, co do niego należy” - mówił. Uznał to za przykład możliwej mediacji „z dobrego serca”.

Kowal ostrzegał przed precedensem, jaki mogłaby stworzyć propozycja resetu. „Stworzy się taki precedens, że jak ktoś ma siłę w jakimś urzędzie, to go zablokuje i zażąda zmiany konstytucji” - argumentował. Pytał retorycznie, czy przy każdej blokadzie - na przykład niepodpisaniu nominacji ambasadorskich, których, jak twierdził, prezydent Nawrocki nie podpisał ani jednej - należałoby sięgać po „deal konstytucyjny”.

Odwołał się też do własnego doświadczenia u boku prezydenta Lecha Kaczyńskiego. „Jemu też kiedyś nie podobała się jedna sędzia. Zaznaczył to, poczekał, ale w końcu podpisał” - wspominał, uznając to za wzór szacunku dla zapisów konstytucji.

Spór o „zamach stanu”

Osobnym wątkiem rozmowy była kwestia wkroczenia policji do Trybunału. Kowal zdecydowanie odrzucił określenie tych wydarzeń mianem zamachu stanu, wskazując na niespójność narracji jednego z obozów politycznych.

„Jeżeli ktoś w piątek mówi, że ma zamach stanu i chce to jeszcze opowiedzieć Amerykanom i wszystkim naszym sojusznikom, a w poniedziałek śpiewa piosenki” - mówił Kowal, uznając to za „cyrk” szkodzący interesowi narodowemu, zwłaszcza w sprawach bezpieczeństwa. Zgadzał się, że samo użycie policji nie było „szczęśliwą sytuacją”, podkreślał jednak, że do stosowania przemocy, rozumianej szeroko, uprawniony jest wyłącznie rząd.

Prowadzący odczytał definicję zamachu stanu, wskazując na jedną z cech - przejęcie władzy w państwie. Kowal odpowiedział, że pierwsze kryterium nie zostało spełnione, bo prezydent pozostał prezydentem. Zauważył przy tym, że gdyby definicję rozciągać szeroko, „pierwszy zamach stanu dokonał Andrzej Duda, kiedy nie wpuścił trzech sędziów” - co uznał za „nonsens”.

Polityk odróżnił trzy poziomy analizy: ustalenie faktów, formułowanie opinii oraz działanie w interesie narodowym. Faktem, jak wskazał, jest to, że prezes Trybunału Bogdan Święczkowski nie chciał wpuścić wybranych sędziów i wkroczyła policja. Oceny tej sytuacji - czy należało czekać, negocjować, czy wykonać konstytucję - pozostają według niego kwestią opinii.

Trzy scenariusze i pesymistyczna prognoza

Kowal zarysował trzy możliwe drogi wyjścia z kryzysu. Pierwsza, najbardziej naturalna, to rozwiązanie polityczne - moment, w którym prezydentowi z jakichś powodów będzie wygodniej wykonać konstytucję. Druga to bezruch: Trybunał pozostaje sparaliżowany od 2015 roku, a ponad tysiąc nierozpatrzonych spraw czeka. Trzecia to rozwiązanie prawne przedstawiane jako reset.

Istotą każdego dobrego rozwiązania powinno być, jego zdaniem, niezwiększanie władzy prezydenta przy jednoczesnym znalezieniu „jakiegoś innego motywu, który dałby satysfakcję drugiej stronie”. Prawdziwy kompromis - zauważył - nie polega na tym, by ustępowała tylko strona rządząca, lecz by również obóz, który dziś ma wpływy, był gotów z czegoś zrezygnować.

Prowadzący i Kowal zgodzili się co do pesymistycznej prognozy. „Obstawiam opcję dwa. Nic nie będzie, będzie magma, będzie bałagan, będzie paraliż” - przewidywał prowadzący, oceniając, że do porozumienia nie dojdzie przed kolejnymi wyborami, bo nie leży ono w interesie obozu rządzącego. Kowal odpowiedział, że sam dostrzega możliwości wyjścia, choć nie przez obecną propozycję.

W tle rozmowy pojawiło się szersze zjawisko - pogłębiająca się polaryzacja dwóch największych ugrupowań, do których Kowal należał - wcześniej do PiS, dziś do KO. Jako przykład „zwycięzca bierze wszystko” przywołał media publiczne, które po przejęciu przez kolejne władze pozostają, jego zdaniem, „podobnie propagandowe” niezależnie od obozu u steru.

Kowal podsumował, że obecna propozycja wygląda bardziej jak hasło rzucone do negocjacji niż poważne rozwiązanie - i to zgłoszone przez przedstawiciela koalicji rządzącej. „Teraz może druga strona coś zaproponuje. Zobaczymy” - zakończył.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter