Pełczyńska-Nałęcz odchodzi z rządu, PSL przegrywa kluczowe głosowanie
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz w czwartek późnym wieczorem ogłosiła w serwisie X rezygnację z funkcji w rządzie Donalda Tuska. Decyzja zapadła tuż po głosowaniu nad dwukadencyjnością w samorządach - w tym samym dniu, w którym koalicja poniosła nieoczekiwaną porażkę, a premier przebywał z wizytą w Indiach. Wydarzenia tygodnia podsumowała na Kanale Otwartym Kamila Baranowska.
„Odchodzę z rządu Donalda Tuska, bo wartości są dla mnie ważniejsze niż stołki” - napisała Pełczyńska-Nałęcz. Podziękowała współpracownikom i dodała, że partię pozostawia w rękach jej założyciela, „który odszedł, ale jednak wrócił” - czyli Szymona Hołowni.
Szymon Hołownia odpowiedział również w mediach społecznościowych. Przyznał, że o rezygnacji i przekazaniu mu partii dowiedział się z wpisu na platformie X, a decyzji nikt z nim nie konsultował. Hołownia podkreślił, że był tym zaskoczony.
Dlaczego teraz?
Moment dymisji wywołał falę spekulacji. Pełczyńska-Nałęcz nie poczekała, aż premier sam odwoła ją z rządu, co pozwoliłoby jej na korzystniejsze politycznie uzasadnienie odejścia. Powszechnie wiadomo było, że z Tuskiem się nie dogadywała.
Według części komentatorów bezpośrednim powodem miała być decyzja o awansie ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego na stanowisko wicepremiera. To właśnie tę rangę miała obiecaną Pełczyńska-Nałęcz, lecz premier nie był skłonny jej go zapewnić.
Była minister uchodziła za jedną z wyrazistszych postaci rządu - przekorną, ale z konkretnymi pomysłami. Politycy koalicji zarzucali jej jednak, że funkcjonowała „jedną nogą w opozycji” i krytykowała gabinet, w którym zasiadała. Jej deklaracja o prymacie wartości nad stołkami pozostaje jednak dwuznaczna: nie wiadomo, czy odeszłaby, gdyby otrzymała upragnione stanowisko wicepremiera.
PSL traci twarz w głosowaniu o dwukadencyjność
Rezygnacja Pełczyńskiej-Nałęcz zbiegła się z drugim głośnym wydarzeniem tygodnia - wizerunkową porażką PSL w sprawie zniesienia dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Ograniczenie, wprowadzone przez PiS, ma obowiązywać od 2029 roku i uderza przede wszystkim w samorządowców związanych z ludowcami.
Partyjne doły naciskały na centralę, by ta - dysponując wicepremierem i ministrami w rządzie - doprowadziła do zniesienia przepisu. Ani Donald Tusk, ani Lewica nie wykazywali jednak zainteresowania tą sprawą.
Rozwiązaniem miało być nieformalne porozumienie z Lewicą. Żadna ze stron nie przyznaje się do negocjacji, lecz logika układu była czytelna: PSL poparłby ważną dla Lewicy ustawę częściowo depenalizującą aborcję, a w zamian Lewica miała pomóc znieść dwukadencyjność. Wcześniej ludowcy traktowali projekt aborcyjny jako źródło poważnych kontrowersji i odmawiali jego poparcia.
Obie strony zakładały, że ustawy i tak zawetuje prezydent Karol Nawrocki, więc chodziło głównie o demonstrację skuteczności wobec własnego elektoratu. Marszałek Włodzimierz Czarzasty z Nowej Lewicy zarządził jednak najpierw głosowanie w sprawie aborcji. Ludowcy dotrzymali umowy - ustawa Lewicy przeszła.
„Cnotę stracili, rubla nie zarobili”
Kolejne głosowanie, nad zniesieniem dwukadencyjności, wydawało się formalnością. Rozważano nawet jego przeniesienie z powodu nieobecności kilku posłów, w tym przebywającego w Indiach premiera oraz ministra Domańskiego. Ostatecznie uznano, że głosów wystarczy.
Rządzący to głosowanie przegrali. Zabrakło dwóch głosów, a sam marszałek Czarzasty się wstrzymał. Lewica nie odwdzięczyła się ludowcom, którzy poparli wcześniej jej projekt aborcyjny.
W mediach społecznościowych nie zostawiono na PSL suchej nitki. Powtarzano, że ludowcy „cnotę stracili, a rubla nie zarobili” - porzucili deklarowane wartości konserwatywne, zgadzając się na projekt aborcyjny, i nie otrzymali w zamian niczego. Paweł Kukiz opublikował prześmiewczy wpis ze zdjęciem wicepremiera i ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza telefonującego po głosowaniu.
W odpowiedzi ludowcy zapowiedzieli złożenie wniosku o wprowadzenie dwukadencyjności również dla posłów i senatorów, a także ewentualne referendum w tej sprawie. Problem w tym, że politycy PSL promujący ten postulat sami mają za sobą po kilka kadencji w parlamencie. Koszt wizerunkowy całej rozgrywki pozostanie dla partii dotkliwy - na jednej szali stały wartości, na drugiej partykularny interes, a ludowcy nie zrealizowali ani jednego, ani drugiego.
Awans Domańskiego jako test dla prezydenta
Trzecim wydarzeniem tygodnia była decyzja Tuska o awansie Andrzeja Domańskiego na wicepremiera. Tło stanowił wniosek PiS o wotum nieufności wobec ministra finansów - bez szans na przyjęcie, lecz symbolicznie wskazujący go jako odpowiedzialnego za sytuację budżetową. Premier odpowiedział na to awansem cenionego przez siebie polityka.
Politycy Koalicji Obywatelskiej zaczęli przedstawiać nominację jako sprawdzian dla Pałacu Prezydenckiego. Spodziewali się, że Karol Nawrocki może odmówić podpisu lub kwestionować decyzję, co pozwoliłoby zarzucić mu łamanie konstytucji i zaognić spór z rządem.
Przedstawiciele Pałacu Prezydenckiego oceniają jednak ten ruch zupełnie inaczej. Awans ministra odpowiedzialnego za gospodarkę w momencie pogarszających się nastrojów może stać się pułapką dla samego premiera. Według badania Ogólnopolskiej Grupy Badawczej z piątku negatywne oceny kierunku spraw gospodarczych sięgają 53,3 procent - o 5,6 punktu procentowego więcej niż w kwietniu. Uczynienie Domańskiego twarzą rządu leży więc raczej w interesie obozu prezydenckiego, dlatego nominacja może zostać podpisana bez oporów.
Telewizja publiczna pod ostrzałem
Dwa ostatnie wątki dotyczą TVP. W poniedziałkowym porannym przeglądzie prasy jedną z czołowych informacji uczyniono zakup kwiatów przez premiera dla żony z okazji imienin. Dziennikarka relacjonowała temat z entuzjazmem, poprzedzając go odliczaniem i zapowiedzią „czegoś bardzo przyjemnego”.
„Jeżeli państwo usłyszycie, że któryś z polityków zasypał swoją żonę kwiatami, czy to nie będzie miła informacja w poniedziałek z rana?” - mówiła prowadząca, cytując tabloid, który pierwotnie opisał zdarzenie. Poseł Paweł Jabłoński skomentował materiał ironicznie, pisząc o „prawdziwej miłości dziennikarki TVP w likwidacji”. Za produkcję takich treści, co przypomniano, płacą podatnicy.
W piątym wątku Dorota Wysocka-Schnepf na antenie ubolewała nad przewagą oglądalności telewizji Republika nad TVP Info. „Przychodzi po drugiej stronie ktoś taki i robi taką wolną amerykankę i dewastuje, bo przyciąga emocjami widzów do siebie, a my nie jesteśmy w stanie na to odpowiedzieć” - stwierdziła, przyznając, że jej redakcja nie chce naśladować konkurencji.
Wypowiedź ta obnaża fundamentalny problem publicznego nadawcy. Mimo znacznego finansowania i nowych etatów TVP nie potrafi konkurować z Republiką, która utrzymuje się ze środków widzów. Założenie, że po zmianie linii programowej dotychczasowi odbiorcy pozostaną wierni stacji, okazało się błędne. Widzowie - jak pokazuje spadek oglądalności - mają własne poglądy, własne emocje i piloty w rękach.