Rafał Ziemkiewicz: Polska może powtórzyć błędy Zachodu w polityce migracyjnej
Na fali protestów i zamieszek w kilku krajach Europy Zachodniej publicysta Rafał Ziemkiewicz w rozmowie z Igorem Janke na Kanale Otwartym ostrzega że Polska nie ma spójnej polityki migracyjnej, a debata o imigracji sprowadza się do wzajemnego "pałowania się" przez polityków zamiast poważnej rozmowy o tym, jakich pracowników potrzebuje gospodarka i jak nimi zarządzać.
Rozmowa odbyła się w kontekście erupcji protestów, podpaleń i włamań we Francji, Włoszech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Janke zapytał, gdzie leżą źródła europejskiego chaosu i jakie wnioski płyną z niego dla Polski. Zdaniem Ziemkiewicza nie ma jednej przyczyny: rację ma zarówno ten, kto wskazuje na narastający deficyt budżetowy, jak i ten, kto mówi o blokadzie dróg awansu społecznego, a także ten, kto twierdzi, że "nie trzeba było tylu imigrantów przyjmować".
Spór polityczny zamiast polityki migracyjnej
Publicysta krytykuje poziom krajowej debaty, którą nazywa "wrzawą" o charakterze "skrajnie kretyńskim". Jak mówi, "z tej imigracji zrobiono taką pałę do walenia przeciwników".
Zarzuca obu głównym obozom hipokryzję. Z jednej strony przywołuje deklaracje premiera Donalda Tuska o obronie wschodniej granicy i ograniczeniu napływu migrantów, konfrontowane przez przeciwników z wcześniejszymi wypowiedziami o obowiązku pomocy. Z drugiej - przypomina, że poprzedni rząd również wystawiał wizy i nie kontrolował napływu ludzi spoza wschodniej granicy.
"PiS wygrał wybory w 2015 roku, strasząc imigrantami, ale uznał, że straszy nielegalnymi imigrantami, więc jak są legalni, to w ogóle nie ma problemu. I w związku z tym nic z tym nie zrobił" - ocenia Ziemkiewicz. Jego zdaniem winne są obie strony, a trzecia - Konfederacja - przyjmuje fundamentalistyczny ton całkowitego odrzucenia imigracji.
Publicysta lokuje polską debatę między dwoma skrajnościami. Pierwszą jest przekaz, który przypisuje środowisku Janiny Ochojskiej - język "obowiązków sumienia" i dzielenia się bogactwem z przybyszami. Drugą - fundamentalistyczne odrzucenie "żadnego jednego imigranta". Takim rozmówcom odpowiada pytaniem, czy sami gotowi są wsiąść na rower i rozwozić pizzę.
Brak kontroli nad agencjami i umowami
Ziemkiewicz wskazuje, że przedsiębiorcy mają realne trudności ze znalezieniem pracowników gotowych podejmować gorzej płatne prace. Jednocześnie, jak twierdzi, państwo polskie nie kontroluje mechanizmu sprowadzania ludzi do pracy.
Opisuje praktykę, w której firma składa zapotrzebowanie na pracownika, a agencja sprowadza człowieka z Bangladeszu czy Pakistanu. "Dalej państwo polskie nie istnieje nawet teoretycznie, odwołując się do klasyka" - mówi. Powołując się na ustalenia dziennikarzy, wskazuje na "rekordzistów, którzy powystawiali tysiące takich zaproszeń", nigdy nikogo nie zatrudniając, bez żadnych konsekwencji, ponieważ nie istnieje inspekcja weryfikująca, czy sprowadzony pracownik w ogóle się pojawił.
Osobny problem stanowią umowy międzynarodowe. Ziemkiewicz wymienia Kolumbijczyków, "do niedawna zupełnie egzotyczną dla nas nację", która zaczyna być widoczna w statystykach przestępczości. Jego zdaniem są oni sprowadzani przez mafie na zasadach na wpół niewolniczych, a na mocy umowy Kolumbii z Unią Europejską wjeżdżają bez wiz. Publicysta deklaruje, że popiera wypowiedzenie tej umowy, choć - jak zastrzega - z innych powodów niż sama kwestia Kolumbijczyków.
Jako przeciwległy model przywołuje Zjednoczone Emiraty Arabskie - państwo - jak mówi - o około dwóch milionach ludności rdzennej i dziewięciu milionach ludności napływowej pod ścisłą kontrolą. "Jeżeli tracisz pracę, to na przykład natychmiast tracisz prawo pobytu" - opisuje, dodając, że ukarany zostaje także pracodawca, który sprowadził przestępcę. Zaznacza jednak, że to model polityczny "raczej u nas nie do powtórzenia i nie chcielibyśmy takiego".
Uberyzacja pracy i jej źródła
Publicysta łączy kryzys zachodni z procesem, który nazywa "uberyzacją pracy". Jego korzeni szuka w tzw. opcji menedżerskiej, wywodzonej z teorii ekonomistów Michaela Jensena i Williama Mecklinga z lat 70.
Mechanizm ten - polegający na wynagradzaniu zarządu akcjami spieniężanymi po zakończeniu kadencji - jego zdaniem złamał zasadę, o której pisał Peter Drucker: że zarząd musi myśleć "w dwóch czasach", o zysku teraz i o przyszłości. W efekcie korporacje zarządza się "w perspektywie dwóch, trzech lat, żeby wyssać jak najwięcej", a koszty przerzuca się na następców.
To, zdaniem Ziemkiewicza, zrodziło model masowego sprowadzania ludzi "za przysłowiową czapkę śliwek z zupełnie obcej kultury", przy założeniu, że "zyski są prywatne, a koszty są społeczne". Opisuje pracownika, który "mentalnie siedzi w tym Bangladeszu cały czas", po utracie pracy osiada w pustostanach i popada w przestępczość. Jako nieoczywistą implikację dodaje, że patronem światowym uberyzacji był Barack Obama - "ikona światowej lewicy" - co ma odbić argument o samej tylko "chciwości kapitalizmu".
Zdaniem publicysty polskie prawodawstwo migracyjne wywodzi się z czasów PRL-u gdy jedynymi migrantami byli studenci z krajów socjalistycznych. Postuluje stworzenie mechanizmu, który odróżniałby realne potrzeby gospodarki od dumpingowego sprowadzania obcokrajowców. Przyznaje przy tym, że sam nie ma gotowych rozwiązań, a istniejące opracowania - wymienia Macieja Duszczyka, eksperta od migracji i wiceministra spraw wewnętrznych - "w obiegu publicznym za bardzo nie funkcjonują i nie przekładają się w konkret".
Dlaczego imigracja udała się w USA, a zawiodła we Francji
Centralnym wątkiem rozmowy jest pytanie, dlaczego losy drugiego i trzeciego pokolenia imigrantów potoczyły się tak różnie w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej.
Zdaniem Ziemkiewicza w Ameryce działał otwarty mechanizm awansu społecznego - "krążenie elit". "Nieważne, jaki masz kolor skóry, skąd jesteś. Jeżeli szanujesz prawo, jeżeli jesteś gotowy iść do armii (…), to jesteś Amerykaninem" - opisuje dawny model. Jako przykład udanej integracji wskazuje też Australię, gdzie - jak twierdzi na podstawie własnych obserwacji i statystyk - potomkowie imigrantów azjatyckich identyfikują się z państwem.
Na przeciwnym biegunie stawia Francję, która "przez kilkadziesiąt lat robiła to, co my robimy teraz, czyli zamykała oczy na wszelkie pytania". Każdy, kto wskazywał na błędy, "zostawał lepenistą, faszystą, był kancelowany z debaty publicznej", aż - jak mówi - "wzięło i w tej chwili na naszych oczach wywaliło".
Publicysta zaznacza, że zdolność do asymilacji różni się między kulturami. Za najtrudniejsze uznaje społeczności z Maroka i Algierii, wskazuje też na problemy z częścią migrantów z Pakistanu, Bangladeszu, Rumunii i Bułgarii oraz z gruzińskimi grupami przestępczymi w Polsce. Jako przykłady udanej integracji podaje Wietnamczyków w Polsce oraz dawną emancypację polskich Żydów, którzy "wskakiwali w polską kulturę, ponieważ ta kultura była dla nich kulturą wyższą".
Kluczową różnicę między USA a Europą Zachodnią upatruje w dwóch czynnikach. Pierwszym jest biurokratyczna stratyfikacja społeczna - w Wielkiej Brytanii, jak mówi, "kluczową sprawą" jest to, "kto z kim do jakiej szkoły chodził", przez co dziecko imigranta "nigdy nie będzie w tym układzie". Drugim są zasiłki: "Jak dajesz komuś zasiłek, to więzisz go w tym" - twierdzi, powołując się na amerykańskie badania, według których po roku bezrobocia szanse na znalezienie pracy drastycznie spadają.
Ukraińcy, polskie bariery awansu i ryzyko powtórki
Jako pozytywny kontrprzykład Ziemkiewicz wskazuje Ukrainki i Ukraińców, którzy przyjechali do Polski po inwazji. "One pierwszą rzeczą, jaką chciały zrobić, (…) szukały pracy. Znajdowały w większości tę pracę. I się wtopiły" - mówi, podkreślając, że mimo rosnących napięć ta grupa najlepiej zintegrowała się z polskim społeczeństwem. Zastrzega, że kłopoty mogą pojawić się w przyszłości, a na pogorszenie nastrojów wpłynęły działania prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i władz Lwowa.
Publicysta diagnozuje, że Polska coraz bardziej przypomina Francję niż Stany Zjednoczone. Kanały awansu, jego zdaniem, zamykają się - otwarte pozostają głównie w drobnym biznesie i w sektorze IT, gdzie jednak cudzoziemcy rzadko wchodzą do zarządów. Winą obarcza odtworzenie struktur rodem z PRL. "Właściwie obecna władza to jest grupa rekonstrukcyjna PZPR-u, tylko bez ideologii sowieckiej" - twierdzi, dodając zasadę przypisywaną Sławomirowi Nowakowi: "kto jest nasz, tego bronimy".
Pogardę nomenklatury wobec ludzi spoza układu ilustruje reakcją na to, że prezydent "pracował na bramce". Jego zdaniem bariery są nieprzenikalne nawet dla etnicznych Polaków z prowincji, więc tym bardziej zamkną drogę przybyszom. Ziemkiewicz przywołuje badanie Eurostatu sprzed lat, z którego - jak relacjonuje - wynikało, że Niemcy i Francuzi akceptowali polskiego pracownika, ale tylko na pozycji niższej od siebie, i obawia się, że Polacy mogą reagować podobnie.
Warunkiem akceptacji szefa-cudzoziemca jest, według niego, przekonanie, że zasłużył on na swoją pozycję uczciwie. Dlatego ostro krytykuje akcje afirmatywne, które Amerykanie nazywają "reverse discrimination". "Parytet dla jednych to jest to znienawidzone numerus clausus dla drugich" - zauważa, porównując współczesne mechanizmy do przedwojennego getta ławkowego widzianego z drugiej strony.
Recepta: państwo sukcesu bez zasiłków i akcji afirmatywnych
Pytany o konkretne rozwiązania, Ziemkiewicz wymienia kilka warunków. Polska musi stać się "państwem niesocjalistycznym", nieetatystycznym - "miejscem postrzeganym z całego świata jako miejsce otwartych szans". Postuluje "zero zasiłków, zero akcji afirmatywnych, zero zamykania przybyszów w socjalnych gettach".
Jednocześnie, jak podkreśla, muszą istnieć otwarte drogi awansu oraz ścieżka do obywatelstwa wzorowana na duńskiej - z egzaminem z języka i kultury po kilku latach. Niezbędny jest też, jego zdaniem, "kanał do dołu": mechanizm deportacji oraz karania przestępców. Krytykuje stan, w którym "jedyną karą dla cudzoziemców jest deportacja", a policja poprzestaje na wezwaniu do opuszczenia kraju. Postuluje powstanie ośrodków dla przebywających nielegalnie, by ustalić ich tożsamość.
Publicysta opowiada się za integracją przez centra nauki języka polskiego, odwołując się do słów Wincentego Lutosławskiego, że "bycie Polakiem to jest kwestia przyjęcia polskiej kultury". Jako historyczny wzór "imperium wolności" przywołuje I Rzeczpospolitą, która - w odróżnieniu od narzucających tożsamość siłą Krzyżaków - przyciągała ludzi niskimi podatkami oraz wolnością wyznania i osobistą.
Na koniec Ziemkiewicz wskazuje na dwie kwestie, które uznaje za fundamentalne. Pierwszą jest demografia: cały region jest w "implozji demograficznej", a imigracja może być - przy właściwym zarządzaniu - źródłem korzyści, podobnie jak dla Stanów Zjednoczonych. Drugą jest, jak mówi, obrzydliwe traktowanie przez państwo Polaków urodzonych za granicą, którym "jak psu buda z mocy prawa należy polskie obywatelstwo", a którzy latami czekają na dokumenty.
Odpowiadając na pytanie, czy młodzi mężczyźni o ukraińskich czy białoruskich korzeniach, którzy dorastają w Polsce, powinni służyć w wojsku, publicysta podkreśla, że obowiązek wobec państwa musi dotyczyć wszystkich obywateli na równi. "To nie może być różnicowane teraz, który obywatel skąd pochodzi" - mówi, dodając, że osoby o ukraińskim pochodzeniu mogłyby być w jednostkach bojowych nawet bardziej wartościowe ze względu na "rodzinne porachunki z naszym potencjalnym głównym przeciwnikiem". Konkluzja rozmowy sprowadza się do ostrzeżenia, że bez oprzyrządowania prawnego, nowej elity politycznej i odejścia od modelu "Rzeczpospolitej partyjnej" Polska ryzykuje powtórzenie zachodnioeuropejskiego scenariusza.