PiS przed rozłamem. Kaczyński postawił Morawieckiemu ultimatum
Jarosław Kaczyński dał środowisku Mateusza Morawieckiego siedem dni na wycofanie się ze stowarzyszenia zakładanego przez byłego premiera. Ultimatum, przyjęte na zamkniętym posiedzeniu komitetu politycznego, prowadzi Prawo i Sprawiedliwość ku rozłamowi, którego - zdaniem politologa Tomasza Synowca z Klubu Jagiellońskiego - nie wygra żadna ze stron sporu, a największym beneficjentem może okazać się Konfederacja.
Obie strony tracą, wygrywają konkurenci
W rozmowie w kanale otwartym Synowiec ocenia, że konflikt między prezesem PiS a byłym premierem osiągnął punkt, z którego trudno się wycofać. - Przegrają obie strony, jeżeli chodzi o ten spór. Wygrają ewentualnie konkurenci Prawa i Sprawiedliwości, być może Konfederacja, być może Koalicja Obywatelska - stwierdza politolog.
W jego ocenie celem Morawieckiego nigdy nie było rozbicie partii, lecz jej przejęcie. - Mateusz Morawiecki też przegra, bo celem Mateusza Morawieckiego nie jest rozłamanie PiS-u, tylko jest przejęcie Prawa i Sprawiedliwości - zaznacza gość programu.
Bilans strat zależy jednak od perspektywy czasowej. Krótkoterminowo więcej ryzykuje PiS, który zachowuje status głównej partii opozycyjnej i realnego pretendenta do władzy. W dłuższym horyzoncie większym przegranym może być Morawiecki - traci szansę na przywództwo w największej formacji prawicowej i na powrót do fotela premiera.
Kalkulacja Kaczyńskiego: teraz albo nigdy
Wybór momentu na eskalację sporu wydaje się dla obserwatorów nieracjonalny. Rząd zmaga się z aferą szpitala południowego, ma problem z narracją wokół relacji polsko-ukraińskich, a raport Najwyższej Izby Kontroli obciąża koalicję rządzącą.
Synowiec sugeruje jednak, że Kaczyński mógł kalkulować odwrotnie: późniejsze terminy byłyby jeszcze gorsze. Sezon ogórkowy pozwala Morawieckiemu zdominować nagłówki, ale kolejne odsłony afery szpitalnej stopniowo tracą siłę rażenia. Odkładanie decyzji tylko zwiększałoby dynamiczny potencjał emocji „niesprawiedliwego wyrzucenia” bliżej wyborów.
Politolog przypomina słowa, które prezes PiS miał wygłosić na zamkniętym posiedzeniu: woli mieć mniejszy klub parlamentarny niż nie mieć partii wcale. To sygnał, że Kaczyński zdecydował się na twardy kurs, choć zdaniem gościa jego pozycja wizerunkowa przetrwałaby także drugie wycofanie się z ultimatum - pierwsze, podobne w treści, padło trzy miesiące wcześniej i nie zostało zrealizowane.
Dwie fundamentalne różnice wobec dawnych rozłamów
Zwolennicy usunięcia Morawieckiego wskazują na historyczne precedensy - PJN i Porozumienie Jarosława Gowina - dowodząc, że dla umiarkowanej prawicy nie ma miejsca na scenie politycznej. Synowiec kwestionuje tę analogię, wskazując dwie zmiany strukturalne.
Po pierwsze, gdy dochodziło do wcześniejszych rozłamów, PiS miał około 30 procent poparcia, a jedyną prawicową konkurencją był Janusz Korwin-Mikke z jednoprocentowym wynikiem. Dziś w kilku sondażach obie Konfederacje razem wzięte notują wynik wyższy niż Prawo i Sprawiedliwość, a sama Konfederacja osiągnęła nawet 18 procent w pojedynczym badaniu.
Po drugie, zmienił się krajobraz medialny. - Jarosław Kaczyński był w stanie jednym porozumieniem odciąć swoją konkurencję od dostępu do mediów - mówi politolog o czasach poprzednich rozłamów. Dziś, przy rozbudowanej sieci telewizji i kanałów prawicowych w internecie, taka blokada jest niewykonalna. Morawiecki nie ma wprawdzie własnej silnej „tuby”, ale kanałów dystrybucji jego przekazu jest wiele.
Skąd Morawiecki może brać wyborców
Synowiec studzi oczekiwania co do potencjału nowej formacji. - Nie uważam, żeby Mateusz Morawiecki miał jakąś fantastyczną przestrzeń na nowy, wielki ruch, który zrobi świetne wyniki, ale wydaje mi się, że jednak przekroczenie progu wyborczego zdecydowanie jest w jego zasięgu - ocenia.
Sondaże z kwietnia, gdy temat wyjścia byłego premiera z PiS był aktualny, dawały jego potencjalnej partii nieco ponad 5-6,5 procent. Główny rezerwuar głosów to elektorat PiS. Drugim, wbrew potocznym opiniom, jest Konfederacja - nie ten sam elektorat co przed 2023 rokiem, lecz w dużej części nowi wyborcy, mniej negatywnie nastawieni do byłego premiera.
Politolog zaznacza, że przestrzeń „sierot po Trzeciej Drodze” istnieje, lecz jest ograniczona. - To jest staw, z którego można wyżyć, ale nie dorobić się bogactwa - opisuje. Wyborcy Koalicji Obywatelskiej postrzegają Morawieckiego jako „zło ucieleśnione”, a jego przekaz nie jest wymierzony w tradycyjny elektorat PSL czy Nowej Lewicy.
Efekt Czarnka może zadziałać odwrotnie
Zwolennicy rozłamu argumentują, że pozbycie się frakcji Morawieckiego pozwoli PiS zbudować spójną tożsamość wokół kandydatury Przemysława Czarnka. Synowiec uważa, że efekt może być dokładnie odwrotny.
Wiarygodniejszy przekaz nie oznacza jeszcze wiarygodnego. Konfederacja bez trudu przypomni, że Czarnek stał za wieloma politykami rządu, przed którymi teraz próbuje wykonywać „kampanijne fikołki”. Politolog porównuje jego manewry do zachowania Rafała Trzaskowskiego, który w kampanii prezydenckiej „zaczął puszczać oczko do prawicowego wyborcy”.
Dziś wyborcy PiS rozczarowani kursem Czarnka nie mają dokąd pójść - nie odejdą ani do Konfederacji, ani do Tuska. Gdy jednak pojawi się partia Morawieckiego, ci sami wyborcy dostaną alternatywę, a negatywne efekty wystąpień kandydata PiS na premiera zaczną się przekładać na sondaże.
Premier Czarnek? Politolog studzi entuzjazm
Nawet gdyby Czarnek pozostał kandydatem PiS, jego szanse na fotel premiera są niewielkie. Jeśli po wyborach powstanie prawicowa większość, będzie ona wymagała koalicji z Konfederacją, a ta - po miesiącach kampanijnych ataków - nie zaakceptuje jego kandydatury. Jeśli większości nie będzie, decyzja o desygnowaniu premiera przejdzie do prezydenta Karola Nawrockiego.
Synowiec zwraca uwagę na scenariusz, w którym nowa Rada Ministrów, wskazana przez prezydenta w trzecim kroku konstytucyjnej procedury, staje się „kulawą kaczką”, która jednak przez pół roku dysponuje realnymi narzędziami budowania kandydatów wyborczo.
Pakt senacki: możliwy tylko punktowo
Rola prezydenta jako spoiwa podzielonej prawicy jest ograniczona. Synowiec wyklucza szeroką koalicję sejmową obejmującą PiS, obie Konfederacje i środowisko Morawieckiego - to „scenariusz science fiction”.
Poważniej wygląda kwestia paktu senackiego, choć każda ze stron ma powody, by go blokować. Braun zapowiada karę śmierci dla polityków PiS - to sprawia, że współpraca z nim byłaby dla części elektoratu prawicy nieakceptowalna. Konfederacja z kolei buduje wizerunek „trzeciej drogi” gotowej rządzić z każdym; pakt z PiS uwiarygodniłby narrację o „cichym koalicjancie”.
Politolog rozważa formułę punktowego porozumienia - w około 20 najbardziej newralgicznych okręgach, przy pozostawieniu wolnej rywalizacji w miejscach, gdzie i tak wyniki są przesądzone. Alternatywa to „totalny pogrom” w wyborach do izby wyższej, gdzie prawica może liczyć nawet na tylko 20 mandatów.
Rząd może odetchnąć - ale tylko chwilowo
Czy Donald Tusk zyska na wewnętrznym kryzysie największej partii opozycyjnej? Synowiec ocenia, że skutki dla obozu rządzącego są pośrednie, lecz istotne.
Po pierwsze, medialne przykrycie - kłótnia w PiS zepchnęła z pierwszych stron raport NIK dotyczący szpitala południowego. - To już jest tak, że mleko się rozlało, a kolejne ciosy tak naprawdę tylko utwierdzają - zastrzega politolog, ale zauważa, że każdy nieponiesiony dalszy cios jest dla rządu dobrą wiadomością.
Po drugie, ordynacja d’Hondta premiuje duże ugrupowania. Nawet jeśli sumarycznie PiS i partia Morawieckiego uzyskałyby razem więcej głosów niż zjednoczony PiS, mandatowo mogą stracić. - W wielu okręgach głosy na Mateusza Morawieckiego dałyby mu przekroczenie progu ogólnokrajowego, ale nie dałoby mu mandatu w tych okręgach - tłumaczy Synowiec.
Konfederacja to nie wzór
Politolog odrzuca analogię do rozłamu w Konfederacji, po którym łączne poparcie obu formacji wzrosło. Tam odejście Brauna przebiegło stosunkowo bezkonfliktowo, a rezerwuarem dla obu partii był PiS w kryzysie. Dziś Konfederacje nie przeżywają kryzysu, a poziom wzajemnych zarzutów między obozem Morawieckiego a Kaczyńskim jest znacznie wyższy niż kiedyś w Konfederacji.
By podwójny start prawicy się „kalkulował” mandatowo, partia Morawieckiego musiałaby oscylować w okolicach 10 procent - wynik znacznie wyższy od tego, który pokazują dotychczasowe badania.
Tło i perspektywa
Kwietniowe ultimatum Kaczyńskiego wobec grupy skupionej wokół Morawieckiego - zwanej przez oponentów „maślarzami” - zakończyło się bez konsekwencji. Nowe, ogłoszone na przełomie lipca, ma zapaść w ciągu tygodnia. Środowisko byłego premiera zaplanowało na 31 lipca spotkanie, które w praktyce może przyjąć charakter zgromadzenia założycielskiego nowej partii.
Synowiec przypomina, że dwudziestoletnia dominacja Kaczyńskiego w PiS opierała się na braku silnej wewnętrznej opozycji. Dopiero ostatnie lata przyniosły bunty na poziomie, z jakim prezes nie musiał się dotąd mierzyć - tym razem ze strony premiera z najdłuższym stażem w historii partii. Napięcia narastały tak długo, że - jak ocenia gość programu - „prędzej czy później musiało eksplodować”. Zaskakuje jedynie moment: temat, który wydawał się wyciszony, wrócił bez wcześniejszej zapowiedzi.
Najbliższy tydzień pokaże, czy Kaczyński konsekwentnie przeprowadzi wykluczenie, czy - jak w kwietniu - ultimatum ponownie okaże się gestem bez pokrycia. Politolog skłania się ku pierwszemu scenariuszowi. Konsekwencje - od układu mandatów po los prawicowej hegemonii - będą jednak widoczne dopiero po wyborach.