Powrót

Płk Lewandowski: Redzikowo to baza polska, a nie amerykańska

Płk Piotr Lewandowski, były dowódca bazy w Redzikowie, w rozmowie na Kanale Otwartym zdementował powielaną w mediach tezę o „amerykańskiej bazie" na Pomorzu, ocenił szanse na stałą obecność wojsk USA w Polsce oraz przeanalizował sytuację na froncie ukraińskim, w tym ofensywę Azowa i powrót czołgów na pole walki. Oficer, który dowodził bazą ponad dwa lata, wskazał także, że Rosja nie jest gotowa do rozmów pokojowych i konsekwentnie dąży do militarnego pokonania Ukrainy.

Redzikowo - baza polska z instalacją amerykańską

Lewandowski od początku rozmowy prostuje przekaz, który - jak twierdzi - utrwala się w opinii publicznej. „Baza w Redzikowie nie jest bazą amerykańską. Baza w Redzikowie jest bazą polską, na terenie której znajduje się instalacja przeciwrakietowa systemu Aegis Ashore obsługiwana przez Amerykanów" - mówi.

Konsekwencją tego statusu jest odpowiedzialność za ochronę. Według oficera spoczywa ona po stronie polskiej we wszystkich obszarach - lądowym, powietrznym, a nawet podziemnym. „Ten obszar jest też chroniony w bazie" - zaznacza. Amerykanie tę ochronę współdzielą, jednak podstawowy pierścień ochronny należy do strony polskiej.

Lewandowski przypomina, że przejmował bazę od gen. Witolda Bartoszka, jej pierwszego dowódcy i świeżo mianowanego dowódcy polskich wojsk dronowych. Był drugim w kolejności dowódcą; baza znajdowała się wówczas w fazie budowy zarówno po stronie polskiej, jak i amerykańskiej. Batalion ochrony był wtedy zakwaterowany poza bazą, choć w pełni ją chronił.

Oficer sprzeciwia się też porównaniu dowódcy bazy do „ciecia pilnującego lotniska", które - jak twierdzi - pojawiło się w publikacji jednego z think tanków. „Nic bardziej mylącego" - komentuje, wskazując, że stanowisko łączy funkcję dowódcy bazy i dowódcy batalionu ochrony, a strona polska odpowiada za bardzo wiele obszarów.

Dron nad bazą i procedura reagowania

Pojawienie się drona nad Redzikowem wywołało falę komentarzy sugerujących bezradność wojska. Lewandowski nazywa taki przekaz manipulacją. „W skrócie pojawia się dron, Wojsko Polskie dzwoni na 112" - tak, jego zdaniem, sprowadzano całą sprawę do obrazu bezwładu i niedostosowanego prawa.

Baza jest objęta strefą zakazu lotów. Decyzję o jej wprowadzeniu - jak podkreśla oficer - procedowano podczas jego kadencji. Strefa pozwala na obezwładnianie dronów szerokim spektrum środków, włącznie z działaniem kinetycznym, czyli zestrzeliwaniem.

Lewandowski zwraca uwagę na kolejną manipulację - zdjęcia przedstawiające płot i system Aegis Ashore tuż obok. „To nie wygląda w taki sposób, że to jest płot, który rozgranicza obszar cywilny z amerykańskim systemem rakietowym. To jest obszar głęboko w środku bazy" - wyjaśnia. Dron znajdował się w odległości między kilometrem a 500 metrów od zewnętrznego ogrodzenia.

Reakcja, według oficera, musi być adekwatna do stanu - pokoju, kryzysu lub wojny. „Nadal mamy pokój. Z bazy nie wyjadą opancerzone humvee z wielkokalibrowymi karabinami maszynowymi, żeby strzelać do drona, który jest ileś set metrów od bazy" - mówi. Otoczenie bazy stanowią czteropiętrowe bloki, uczęszczane drogi i sklepy. „Wszystko, jeżeli z czegoś strzelisz, to gdzieś to spadnie" - podkreśla.

Batalion ochrony utrzymuje siły w permanentnej gotowości, więc oficer dyżurny nie podrywa oddziału alarmowego jak w zwykłej jednostce. Jednym z elementów procedury jest powiadomienie policji jako służby najbardziej adekwatnej do poszukiwania operatora drona. Lewandowski odrzuca też pojawiającą się w komentarzach liczbę „ośmiuset żołnierzy, którzy nic nie zrobili": „Możesz wygooglować z dupy po prostu".

Zestrzeliwać czy nie? Kwestia bezpiecznego obszaru

Oficer odniósł się także do incydentu z rosyjskim śmigłowcem, który przekroczył polską przestrzeń powietrzną w pobliżu obwodu kaliningradzkiego. Maszyna leciała trasą o niewielkim nasyceniu jednostkami - polskie siły koncentrują się obecnie na kierunku białoruskim.

Lewandowski deklaruje się jako zwolennik zestrzeliwania na obecnym etapie konfliktu, ale pod jednym warunkiem. „Jeżeli robimy to nad bezpiecznym obszarem, tak" - mówi. Trafiony śmigłowiec może wejść w autorotację i spaść w przypadkowym miejscu, a zestrzelenie szybkiego pocisku manewrującego lecącego z prędkością 600 km/h jest - jak zaznacza - „ekstremalnie trudne".

Proces decyzyjny przesunął się ze szczebla politycznego na operacyjny. Kluczem pozostaje identyfikacja celu, dokonywana przez zasobnik doczepiony do samolotu lub śmigłowca, a nie „własnymi oczami" pilota. Lewandowski sygnalizuje, że rozbudowywane systemy będą z wysokim prawdopodobieństwem określać rodzaj celu jeszcze przed przekroczeniem granicy.

Za wzór wskazuje działanie Turków, którzy śledzili maszynę i zestrzelili ją tuż po naruszeniu przestrzeni. Ostrzega jednak przed ryzykiem błędnej identyfikacji: „Gorzej jak walniemy w ukraińskiego EF-a albo MiG-a". Jako przykład przywołuje straty od friendly fire wśród Amerykanów. Rozwiązaniem mogłoby być ustalenie z Ukraińcami przygranicznej strefy, gdzie „nie będziemy się liczyć co do 10 metrów".

Baza amerykańska w Polsce - najwyższe szanse od lat

Kluczowym wątkiem rozmowy była perspektywa utworzenia stałej bazy amerykańskiej. Lewandowski przypomina, że planowana wizyta ministra obrony w Waszyngtonie została odwołana, a nieprzewidywalność amerykańskiego prezydenta pozostaje istotnym czynnikiem. „Dla Amerykanów nie ma problemu, żeby przerwać projekt nawet w trakcie jego fizycznej budowy” - zauważa.

Mimo to ocenia szanse jako realne. „To jest deklaracja polityczna na piśmie i dokument powstał (…) w kooperacji z polską stroną" - mówi. Jego zdaniem prawdopodobieństwo stałej obecności jest „najwyższe, odkąd sięgam pamięcią". Podkreśla, że Redzikowo, wbrew mitom, nie jest obecnością stałą - instalacja jest stała, ale załoga amerykańska rotacyjna.

Oficer zwraca uwagę, że amerykański prezydent kieruje się sympatiami osobistymi, a te - przynajmniej według oświadczeń obu stron - sprzyjają obecnie stronie polskiej. Co do lokalizacji, Lewandowski stwierdza jasno: „Nie ma idealnych rozwiązań".

Baza na zachodzie kraju byłaby postrzegana jako mniej narażona, ale mogłaby stanowić podstawę do przyjmowania sił drogą powietrzną. Kluczowe - jak podkreśla - jest, by miała zdolność utworzenia mostu powietrznego. Baza na wschodzie byłaby trudniejsza do ominięcia, ale mogłaby okazać się nieoperacyjna, gdyby znalazła się bezpośrednio w strefie działań wojennych.

Sam oficer opowiada się za rozbudową istniejącego huba, a nie budową od zera. „Mnie się najbardziej podoba pomysł, że nie tworzymy coś zupełnie od zera, tylko rozbudowujemy jakiś istniejący hub" - mówi. Argumentuje, że jest to tańsze, korzystne dla lokalnego biznesu i osadza personel na stałe w Polsce. Rozwiązanie od zera byłoby „mniej spektakularne politycznie, ale bardziej uzasadnione militarnie".

Znaczenie stałej bazy oficer widzi przede wszystkim w sygnale politycznym. „Tam będą mężowie, żony, dzieci (…) to jest taki kawałek Stanów Zjednoczonych w państwie, które jest kluczowym sojusznikiem" - wyjaśnia. To potwierdzenie, że rolę flanki, którą pełniły niegdyś Niemcy, przejmuje Polska. Sygnał, jak zaznacza, kierowany jest „głównie do Władimira".

Lewandowski dodaje jednak, że sama baza to za mało. „To musi iść cała melodia, a to jest nuta ważna" - mówi. Kolejnymi nutami mają być tempo dostaw zamówionego uzbrojenia - patriotów, amunicji, F-35 - oraz to, czy Waszyngton uzna Polskę za priorytet przed Arabią Saudyjską. „Kreml będzie to pilnie śledził" - konkluduje.

Armia na wojnę, nie na defiladę - potrzeba szkolenia powszechnego

Oficer z uznaniem odniósł się do raportu ugrupowania Rozwój Plus, postulującego trzymiesięczne przeszkolenie wojskowe każdej kobiety i mężczyzny po szkole średniej. „Szanuję za odwagę, gdzie się mówi głośno, że jeżeli chcemy w relatywnie krótkim czasie zbudować silne rezerwy, to (…) ludzi do tego szkolenia trzeba zmusić, a nie prosić" - mówi.

Kluczowe, jego zdaniem, jest utrzymanie zasobów mimo strat. „Nie sztuka jest mieć 500 tysięcy żołnierzy na początku wojny. Sztuka jest, żeby po pół roku wojny mieć dalej co najmniej te 500" - podkreśla. Wskazuje na doświadczenia Finów i Szwajcarów, przestrzegając jednocześnie przed kopiowaniem ich modeli. „To byłby fatalny błąd, tylko przyjrzeć się (…) i znaleźć własną polską drogę".

Warunkiem powodzenia jest zaufanie społeczne - nie do rządu, lecz do aparatu odpowiedzialnego za obronność. Szkolenie nie może być odbierane jako opresja państwa. Oficer sam nie jest zwolennikiem przymusu, ale ocenia, że Polska „jest na takim zakręcie historii, że nie mamy innego wyjścia".

Lewandowski wskazuje na barierę kadrową i materiałową. Zdradza, że w oddziałach przygotowania wojskowego, które sam prowadzi, uczniowie wciąż ćwiczą na makietach kopii radzieckiego karabinka AK-74. „Naszego państwa nie stać na to, żeby wyprodukować dla klas mundurowych makietę" karabinka Grot - mówi. „Cały czas podstawowym karabinkiem, na którym uczymy klasy OPW, to jest kopia radzieckiego AK-74".

Odnosząc się do krytycznych głosów o mentalnym nieprzygotowaniu armii i finansowej motywacji żołnierzy, oficer nie zaprzecza problemowi. „Jeżeli główną motywacją mają być kwestie finansowe, no to tak się armii nie zbuduje. Zbuduje się armię, tylko nie taką, która będzie bronić kraju" - ocenia. Zachęty finansowe mają budować motywację zewnętrzną, ale nie zastąpią wewnętrznej gotowości do poświęcenia.

Ofensywa Azowa i powrót czołgów na pole walki

Przechodząc do Ukrainy, Lewandowski potwierdza, że operacja zaczepna trzeciego korpusu armijnego, tzw. azowskiego, przynosi efekty - źródła ukraińskie i rosyjskie są w tej ocenie zgodne. Ruszył drugi etap operacji, już bardziej przełamujący, po tym jak pierwszy oczyścił pas przesłaniania z rozproszonych posterunków.

Oficer studzi jednak entuzjazm. „Nie idźmy w wizję, że ukraiński trzeci korpus armijny rozbija trzy armie" - mówi. Korpus naciera na odcinku 20-30 kilometrów, likwidując zagrożenie głębokiego oskrzydlenia aglomeracji słowiańsko-kramatorskiej od północnego wschodu. Rosjanie atakują ją jeszcze z trzech innych kierunków.

Najciekawszym zjawiskiem jest powrót czołgów. „Po obu stronach zaczęły się pojawiać czołgi" - zauważa Lewandowski, przypominając, że ostatnie starcia pancerne na większą skalę miały miejsce w bitwie o Awdijiwkę. Od tamtego czasu dominacja dronów rozpoznawczych i uderzeniowych wykluczyła użycie zgrupowań pancernych.

Zmianę umożliwiły rosyjskie systemy hard kill montowane na czołgach, zestrzeliwujące zbliżające się drony. Strona ukraińska potwierdziła ich parokrotne skuteczne użycie, choć mowa na razie o pojedynczych maszynach. „Czołg nie wrócił do roli głównej siły przełamującej, ale wrócił jako licząca się broń pozwalająca piechocie na dotarcie do linii styczności" - precyzuje oficer.

W Dobropolu na północ od Pokrowska sytuacja pozostaje niejasna - Ukraińcy zaprzeczają oskrzydleniu, Rosjanie je potwierdzają. „W ciągu tygodnia będziemy wiedzieć" - mówi Lewandowski, dodając, że położenie strony ukraińskiej tam się pogorszyło.

Oficer zdradza kulisy „flagowania" terenu przez obie strony: „To nie patriotyzm, tylko kasa. Ukraińcy i Rosjanie płacą za skuteczne działania szturmowe. Podstawą wypłaty premii jest powieszenie flagi".

Bezradność piechoty wobec dronów i nowy model batalionu

Zapytany o obronę przed dronami FPV, Lewandowski jest bezlitosny. „Pojedynczy żołnierz piechoty, jeżeli nie jest rozwinięty system, jest tylko ofiarą" - mówi. Doświadczony operator wykonuje 20-30 uderzeń na dobę, a jego sprawność sprawia, że „pojedynczy żołnierz nie ma szans go zestrzelić".

Oficer przyznaje z pokorą, że współczesne pole walki wykracza poza jego doświadczenia z Iraku i Afganistanu. „Dla mnie to jest równie obce (…) jak dla każdego, kto nie walczył nigdy" - mówi o strachu przed dronami. „Ja coraz mniej komentuję pewne sprawy, bo (…) nie nadążam za pewnymi zmianami".

Rozwiązaniem ma być dronizacja pola walki i nowy model batalionu, w którym część czołgów zastępuje kompania bezzałogowców. „To jest jedyna droga, żeby przywrócić manewr" - ocenia oficer. Drony wpięte w system zapewnią czołgom obserwację na 20 kilometrów zamiast 2000 metrów oraz wsparcie ogniowe.

Lewandowski postuluje, by drony zeszły do szczebla kompanii w przypadku broni pancernej i do szczebla drużyny w piechocie. Zastrzega jednak, że ukraińskich rozwiązań nie należy kopiować. „Ukraińcy nie wymyślili nowej wojny. Dostosowali się (…) doskonale znaleźli rozwiązania, które pozwalają kompensować" braki. „Nikt w czasie pokoju nie będzie produkował 5 milionów dronów".

Kolejna wojna, jak przewiduje, będzie inna niż obecna. Rosjanie będą dążyć do zmasowanego rażenia z powietrza tańszymi, ale bardziej zaawansowanymi środkami oraz do przywrócenia manewru wojsk pancerno-zmechanizowanych. Co do śmigłowców Apache, oficer ma wątpliwości: sprawdzą się jako latająca artyleria, ale ich dawna rola „raczej już nie wróci". Rozsądną liczbę czołgów szacuje na około 800 w pierwszej linii i 400-600 w rezerwie.

Rosja nie chce pokoju, a Ukraina pozostaje uzależniona od Zachodu

W ocenie Lewandowskiego Kreml „absolutnie nie jest gotowy obecnie do jakichkolwiek rozmów pokojowych". Nadal panuje przekonanie, że drogą militarną uda się osiągnąć znaczącą część celów. Rosja na każdy cios odpowiada silniejszym - na ukraińskie uderzenia w rafinerie odpowiada niszczeniem stacji benzynowych, a według przywoływanych danych Ukraina straciła 90 proc. magazynów wielkopowierzchniowych.

Oficer zgadza się z tezą, że wojna to dla Rosji „faza zero". „Federacja Rosyjska nie prowadzi piąty rok wojny z Ukrainą po to, żeby zdobyć Donbas" - mówi. Celem jest przebudowa porządku, najpierw europejskiego. „Nie po to stracili ponad milion ludzi (…) żeby zająć Donbas". Głównym celem kolejnych ruchów, jak zaznacza, będzie rozbicie NATO.

Rosyjskie wyposażenie zmieniło się „drastycznie" na plus - zbrojeniówka zatrudnia 3,5 miliona ludzi. Nie zniknęła jednak korupcja i fałszowanie raportów o działaniach szturmowych, którymi dzielą się kolejne szczeble dowodzenia. Armia rosyjska nadal traktuje szeregowego „jak towar, który ma przynosić dochód", a diedowszczyzna przetrwała poza jednostkami kontraktowymi.

Patologie dotykają też Ukrainy. Lewandowski wskazuje, że skoro Wołodymyr Zełenski próbował ograniczyć samodzielność NABU, a jednym z pierwszych zdymisjonowanych przez gen. Drapatego był szef logistyki, korupcja „nadal ma się nieźle". Potwierdza z własnego doświadczenia relacje żołnierzy: „Jak zostawisz w sztabie brygady, to trafi do nas tylko najgorsza część. Przywieź bezpośrednio do nas".

Sposób prowadzenia wojny przez Ukrainę jest możliwy wyłącznie dzięki wsparciu - militarnie pomaga jej 30 państw, finansowo około 50. „Gdyby Ukraińcy mieli to pokryć z własnego budżetu (…) powodzenia życzę" - mówi oficer. Głównym obszarem działań Rosji staje się zniechęcenie Zachodu do pomocy finansowej, a chęć jej udzielania - jak przewiduje Lewandowski - będzie malała.

Rozmowa zamknęła się pytaniem, które oficer pozostawił otwarte: czy w interesie europejskiego NATO leży obecnie zakończenie wojny. „To jest coś, o czym można dyskutować" - powiedział, odkładając odpowiedź na kolejną rozmowę. Jedno pozostaje dla niego pewne - rzeczywistość bezpieczeństwa zmieniła się nieodwracalnie, a każda wojna, nawet wygrana, byłaby „absolutną tragedią dla narodu".

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter