Płonący ratusz, grabione sklepy. Francja sześć miesięcy przed wyborami
Pół miliona osób demonstrowało w weekend w całej Francji przeciwko polityce gospodarczej prezydenta Emmanuela Macrona. Protesty, które zaczęły się we wrześniu od buntu licealistów, przerodziły się w akty przemocy: w podparyskiej miejscowości Limeil spalono ratusz, w kilku miastach plądrowano sklepy, a według Bieleckiego rannych zostało około 500 funkcjonariuszy, a zatrzymano blisko 2 tys. osób. O skali kryzysu i jego politycznych konsekwencjach mówił w rozmowie z Igorem Janke na Kanale Otwartym Jędrzej Bielecki z „Rzeczpospolitej”, znawca Francji.
Od protestu licealistów do zniszczonych budynków
Ruch rozpoczął się pod koniec września od sprzeciwu uczniów wobec zbyt niskich wydatków na szkoły, braku nauczycieli i perspektyw zawodowych. Z czasem dołączyły kolejne grupy zawodowe - także te, które w 2018 roku tworzyły ruch żółtych kamizelek, czyli głównie mieszkańcy prowincji, a nawet strażacy.
To była pokojowa część manifestacji. Stopniowo pojawiły się jednak niewielkie grupy tzw. casseurs - przeważnie młodych ludzi z zakrytymi twarzami, w czarnych strojach, którzy wdzierali się do budynków publicznych, niszczyli je i podpalali.
„Na pierwszym miejscu jest nie tyle okradanie, co po prostu niszczenie" - podkreślił Bielecki. Jak wyjaśnił, policji trudno było sobie z nimi poradzić, ponieważ tym razem nie szturmowali oni symbolicznych miejsc większymi grupami, lecz działali niemal pojedynczo, koordynując akcje przez media społecznościowe. Celem byli przedstawiciele władzy: w Paryżu atakowano lepsze dzielnice, komisariaty policji, a nawet agencje turystyczne - wszystko, co jest symbolem obecnego porządku.
Mimo drastycznych obrazów bilans ofiar pozostał stosunkowo umiarkowany. W Saint-Étienne jeden nastolatek stracił rękę wskutek eksplozji ładunku; nie odnotowano ofiar śmiertelnych.
Słabnący prezydent i granica możliwości budżetowych
Zdaniem Bieleckiego protesty mają dwie główne przyczyny. Pierwszą jest przekonanie Francuzów, że Macron „w chwili próby jest słaby, w chwili próby nie stawia oporu". Prezydent, którego poparcie spadło do zaledwie 15 procent, wielokrotnie wycofywał się ze swoich reform.
Tak było w 2018 roku, gdy pod presją żółtych kamizelek cofnął podwyżkę cen paliwa, a także później, gdy zgodził się na zawieszenie reformy podnoszącej wiek emerytalny z 62 do 64 lat. Bielecki zestawił tę postawę z zachowaniem Margaret Thatcher, która przetrzymała strajk górników i przeprowadziła swoje reformy.
Drugą przyczyną jest brak pola manewru. Polityka Macrona - obniżanie podatków dla firm przy jednoczesnym utrzymaniu, a nawet zwiększeniu wydatków socjalnych - doprowadziła do rozwarcia nożyc między malejącymi dochodami państwa a rosnącymi wydatkami.
Dziś francuski dług sięga 120 procent PKB, a inwestorzy mają coraz większe opory przed jego kupowaniem. Rentowność obligacji francuskich przewyższa hiszpańską i grecką. „Zaufanie do Francji jest mniejsze niż do Grecji i do Hiszpanii" - zauważył Bielecki. Rynki finansowe uznają pożyczanie Francji za bardziej ryzykowne niż pożyczanie najbardziej zadłużonym państwom Europy.
Mélenchon, Le Pen i walka o drugą turę
Protesty rozgrywają się sześć miesięcy przed wyborami prezydenckimi. Jeden z ich głównych uczestników, Jean-Luc Mélenchon, lider radykalnej lewicy, przedstawia je jako rewolucję. Bielecki przypomniał, że polityk jest wielbicielem Robespierre'a i najbardziej radykalnej fazy rewolucji francuskiej. Zacytował jego słowa: „potencjał wielkiego terroru jeszcze się nie wyczerpał".
Mélenchon musi utrzymywać delikatną równowagę. Z jednej strony chce stać na czele protestu socjalnego, z drugiej - nie przestraszyć umiarkowanych wyborców. Dlatego o przemocy mówi: „my nic nie mamy z tym wspólnego". Jednocześnie Bielecki przytoczył wypowiedź jednego z burmistrzów z Francji Niepokornej, który stwierdził, że „pewna dawka przemocy jest usprawiedliwiona".
Układ sił przed wyborami jest jednoznaczny tylko w jednym punkcie: do drugiej tury niemal na pewno wejdzie Marine Le Pen, zbierająca regularnie około 35 procent głosów. O drugie miejsce walczą trzej kandydaci z poparciem po 15-16 procent: były premier Édouard Philippe, kandydat umiarkowanej lewicy Raphaël Glucksmann oraz Mélenchon.
Bielecki zwrócił uwagę, że wejście Mélenchona do drugiej tury byłoby dla Le Pen scenariuszem wymarzonym. Jego program - wyjście z NATO, skasowanie długu, nacjonalizacja części przemysłu - budzi większy strach niż oferta Zjednoczenia Narodowego. Le Pen od 2011 roku konsekwentnie stara się „dediabolizować" swoje ugrupowanie, czyli uczynić je bardziej akceptowalnym dla umiarkowanych Francuzów.
Komu służy chaos
Na pytanie, komu sprzyjają sceny grabieży i podpaleń, Bielecki wskazał na dwa precedensy. W 2023 roku zastrzelenie nastolatka pochodzenia algierskiego wywołało rozruchy, choć nie było wtedy wyborów. Bliższy obecnej sytuacji jest rok 2005, gdy po śmierci dwóch nastolatków porażonych prądem w transformatorze przez trzy tygodnie płonęły samochody w całym kraju.
Wówczas minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy przejął retorykę skrajnej prawicy i dwa lata później został prezydentem. Zdaniem Bieleckiego mechanizm może się powtórzyć - poczucie braku kontroli sprzyja Le Pen, zwłaszcza że obecne protesty są „skażone" radykalną lewicą, głównym wrogiem Zjednoczenia Narodowego.
Bielecki podkreślił, że kwestia bezpieczeństwa jest - obok drożyzny i imigracji - kluczowym czynnikiem decydującym o wyborach. Im silniejsze wrażenie, że państwo nie panuje nad sytuacją, tym większe poparcie dla skrajnej prawicy.
Łącznie partie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy zbliżają się do dwóch trzecich poparcia. „Sześćdziesiąt parę procent Francuzów chce po prostu wywrócić stolik" - ocenił Bielecki, wymieniając programowy zwrot przeciwko Unii Europejskiej, zapowiedzi wyjścia z NATO przez Mélenchona oraz zakończenia wsparcia dla Ukrainy przez Le Pen.
Dwie Francje i groźba terapii szokowej
Przemoc ma - zdaniem Bieleckiego - głębsze tło społeczne. Znaczną część uczestników zamieszek stanowi młodzież z przedmieść wielkich miast, często z rodzin migracyjnych, pozbawiona perspektyw zawodowych i codziennie stykająca się z przestępczością gangów narkotykowych. W Marsylii tzw. dzielnice północne pozostają w dużej części „terytoriami straconymi dla Republiki", kontrolowanymi przez mafie.
Jako symptom pogarszającego się bezpieczeństwa Bielecki wskazał wyprowadzanie się francuskich Żydów z niektórych podparyskich departamentów. Przypomniał, że Francja z około pół milionem Żydów ma największą tę mniejszość w Europie.
Gospodarkę opisał jako podzieloną na „dwie Francje". Z jednej strony kraj pozostaje jednym z największych eksporterów świata; z drugiej wielkie firmy, takie jak Michelin, inwestują za granicą i zamykają zakłady w kraju. Delokalizacja, napędzana kosztami i regulacjami, jest jednym z głównych źródeł frustracji.
Pytany o przyszłość, Bielecki nakreślił scenariusz grecki: bankructwo państwa i narzucenie drakońskich warunków przez wierzycieli. Francja potrzebuje terapii szokowej, lecz - w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy Niemiec - nigdy jej nie przeprowadziła. Kolejni prezydenci dochodzili do władzy pod hasłem reform, by wycofać się, gdy przychodziło do ponoszenia kosztów.
Problemem jest też, jak zauważył Bielecki, francuska tradycja „monarchii republikańskiej", w której wyborcy oczekują zbawcy na miarę de Gaulle'a. Dziś takich polityków brakuje, a prezydent dysponuje mniejszą władzą, niż się powszechnie wydaje - część kompetencji przejęła Bruksela i rynki finansowe. Rozczarowanie jest więc wpisane w sam system.