Powrót

Sikorski kontra Pentagon, Waszyngton łagodzi sankcje, Europa w ogniu protestów

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski skrytykował w weekend szefa Pentagonu Pete'a Hegsetha za umniejszanie roli polskich i sojuszniczych żołnierzy w Afganistanie, podczas gdy Stany Zjednoczone zawiesiły część sankcji wobec Rosji, a przez Francję, Włochy i Portugalię przetoczyła się fala protestów przeciwko rosnącym kosztom życia, miejscami przeradzających się w zamieszki.

Sikorski odpowiada szefowi Pentagonu

Sekretarz wojny USA Pete Hegseth, przemawiając na Uniwersytecie Tennessee, nawiązał do własnej służby w Afganistanie. Stwierdził, że w kwaterze głównej w Kabulu znajdowało się 50 flag państw koalicji, choć realnie w walkach uczestniczyło zaledwie pięć z nich. Zdaniem Hegsetha o przebiegu konfliktu ostatecznie zadecydowały tylko dwa kraje.

Na słowa amerykańskiego polityka zareagował wicepremier Radosław Sikorski. Za pośrednictwem portalu X napisał, że sekretarz wojny powinien powiedzieć to rodzinom 44 poległych Polaków. Większość z nich zginęła w afgańskiej prowincji Ghazni, za której bezpieczeństwo odpowiadali Polacy.

Cytowany przez portal interia.pl europoseł Koalicji Obywatelskiej Krzysztof Brejza zapowiedział wystąpienie do prezydenta Karola Nawrockiego z pytaniem o jego reakcję na wypowiedź Hegsetha. Polityk uznał wystąpienie szefa Pentagonu za krzywdzące dla Polaków, ponieważ oznacza ono wymazywanie ich z historii.

Ukraiński dron rozbił się na Litwie

Dron wysłany przez siły zbrojne Ukrainy rozbił się w nocy z soboty na niedzielę we wschodniej części Litwy, w okolicach miejscowości Jodańce w rejonie wileńskim. Władze Litwy wydały czerwony alert dla północnych regionów kraju, wstrzymały pracę lotnisk w Kownie i Szawlach, a myśliwce państw NATO zostały poderwane w powietrze.

Litewski minister obrony Robertas Kaunas twierdził początkowo, że dron nadleciał z terytorium Polski, i zaproponował polskiemu rządowi przeprowadzenie wspólnego śledztwa. Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzeczyło tym doniesieniom, powołując się na brak wykrycia obiektów przez krajowe systemy radarowe.

W niedzielę po południu Ukraina oficjalnie przeprosiła Litwę za incydent. Rzecznik ukraińskiego MSZ Heorhij Tychyj przekazał, że maszyna najprawdopodobniej została przekierowana w stronę Litwy przez rosyjskie systemy walki elektronicznej, a jej celem były obiekty wojskowe w Rosji.

Tego samego dnia w pobliżu Zalewu Zemborzyckiego w Lublinie prowadzono poszukiwania niezidentyfikowanego obiektu latającego. Żołnierze i policjanci działali na podstawie kilkunastu zgłoszeń mieszkańców, którzy słyszeli odgłosy nadlatującej maszyny. Wojsko Polskie nie wyklucza naruszenia przestrzeni powietrznej, choć informacja ta nie została potwierdzona.

USA wznawiają wymianę danych i łagodzą sankcje

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył, że Stany Zjednoczone wznowiły wymianę informacji wywiadowczych z jego krajem. W rozmowie z telewizją NBC News przekazał, że ukraińska armia ponownie otrzymuje dane o nadlatujących z Rosji rakietach. Zdaniem Zełenskiego wyłącznie USA dysponują tego rodzaju unikalnymi informacjami.

Problemem pozostaje dostęp do systemu satelitarnego Starlink. Ukraińskie drony tracą połączenie wideo po przekroczeniu prędkości 160 kilometrów na godzinę. Sekretarz stanu USA Marco Rubio odpowiedział, że władze amerykańskie nie odpowiadają za ograniczenia prędkości, a ukraińska armia nigdy nie otrzymała dostępu do wojskowych systemów Starshield.

W wymiarze gospodarczym Waszyngton zdecydował się na złagodzenie polityki wobec Moskwy. W piątek prezydent Donald Trump ograniczył stosowanie sankcji wprowadzonych na mocy ustawy Lindseya Grahama, dotyczącej Rosji oraz Iranu. Rozporządzenie wykonawcze zawiesiło przewidziane w ustawie cła w wysokości 500 proc. na import rosyjskiej ropy naftowej, gazu ziemnego i produktów naftowych.

Marco Rubio podkreślił, że chodzi o 60-dniową przerwę w egzekwowaniu ograniczeń, która ma pokazać, czy nałożenie sankcji i opłat wpłynęłoby negatywnie na światową gospodarkę. Tydzień wcześniej Trump zawarł porozumienie z Władimirem Putinem, na mocy którego Rosja w najbliższych miesiącach ma dostarczyć na światowe rynki 4,8 miliona ton oleju napędowego.

Atak na dyplomatów na Zachodnim Brzegu

W sobotę izraelscy osadnicy zaatakowali misję dyplomatyczną złożoną z przedstawicieli Polski, Belgii i Francji. Delegacja przybyła z okazji zbioru oliwek do miejscowości położonej niedaleko Ramallah na Zachodnim Brzegu. Kilku zamaskowanych napastników otoczyło dyplomatów, żądając okazania dokumentów.

Na nagraniach z miejsca zdarzenia widać leżącego na ziemi francuskiego dyplomatę oraz wybitą szybę w samochodzie belgijskiej ambasady. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zażądało pilnych wyjaśnień; z jego komunikatu wynika, że za atak odpowiadają najprawdopodobniej izraelscy osadnicy, a polscy dyplomaci nie byli głównym celem.

Izrael zapowiedział zbadanie sprawy. Siły obronne Izraela zaznaczyły, że wizyta na Zachodnim Brzegu nie została wcześniej uzgodniona. Do podobnego incydentu doszło w piątek, gdy zaatakowano między innymi fotoreporterkę dziennika „The Washington Post". Ambasador USA w Izraelu Mike Huckabee zażądał ukarania winnych, określając zdarzenie mianem terroru dokonanego przez zamaskowanych tchórzy.

Fala protestów przeciwko kosztom życia

Sobotnie ogólnokrajowe protesty przeciwko rosnącym kosztom utrzymania we Francji przerodziły się w brutalne zamieszki. Manifestacje zwołane przez związki zawodowe i organizacje uczniowskie zgromadziły, według związkowców z CGT, blisko pół miliona osób. Demonstranci obarczali prezydenta Emmanuela Macrona winą za drożyznę i pogarszającą się sytuację w systemie edukacji.

W wielu miastach doszło do wielogodzinnych starć z policją i licznych podpaleń. Spłonął ponad 140-letni zabytkowy ratusz w Limoges, a w Lyonie podpalono miejskie biuro informacji turystycznej. Aresztowano blisko 1800 osób, a rannych zostało około 150 policjantów. Francuskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych twierdzi, że zamieszki wywołały celowo zamaskowane grupy młodych ludzi.

Protesty objęły także Włochy i Portugalię. W ramach akcji „Włochy na placu" demonstrowano przeciwko polityce rządu Giorgii Meloni; w Mediolanie i Turynie manifestacje przerodziły się w starcia, podczas których zatrzymywano głównie nieletnich. Premier Meloni oświadczyła, że rozumie gniew młodych, lecz nie może on przeradzać się w przemoc. W Lizbonie rozbito miasteczko namiotowe po marszu przeciwko kryzysowi mieszkaniowemu, a premier Luís Montenegro przyznał się do zaniedbań w polityce publicznej.

Wspólnym mianownikiem wydarzeń z minionego weekendu jest narastające napięcie - od sporu o pamięć o poległych żołnierzach, przez przesunięcia w polityce Waszyngtonu wobec Moskwy, po masowe protesty, które w kilku krajach Europy wymknęły się spod kontroli. Reakcje rządów na te wyzwania w najbliższych dniach pokażą, jak głęboki jest kryzys zaufania między obywatelami a władzą.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter