Powrót

Policja zablokowała Trybunał, prezydent przerwał lot do Senegalu

W nocy z piątku na sobotę - o czym rozmawiano w specjalnym wydaniu na żywo na Kanale Otwartym - policja w pełnym wyposażeniu zablokowała wejście do Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, uniemożliwiając wejście urzędującemu prezesowi Bogdanowi Święczkowskiemu. Prezydent Karol Nawrocki zawrócił samolot lecący do Senegalu, wrócił do Warszawy i wszedł do gmachu Trybunału, gdzie doszło do szarpaniny z osobami broniącymi wejścia. Na sobotę prezydent zwołał konsultacje z przedstawicielami partii politycznych. Tłem wydarzeń jest spór o obsadę Trybunału oraz decyzja o zawieszeniu prezesa Święczkowskiego, podjęta tuż przed eskalacją.

Przebieg nocy i decyzja o zawieszeniu prezesa

Bezpośrednim zapalnikiem była decyzja sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej o odsunięciu Bogdana Święczkowskiego od wykonywania obowiązków prezesa. Równolegle w Ministerstwie Sprawiedliwości przygotowano wnioski o uchylenie immunitetu prezesowi oraz wiceprezesowi Trybunału. Policja zabezpieczyła budynek, a przed gmachem od kilku dni gromadzili się ludzie.

Prezydent Nawrocki, informowany w trakcie podróży, podjął decyzję o natychmiastowym powrocie. Jego samolot zawrócił z trasy do Senegalu, co śledziło na serwisie Flightradar - jak podano w rozmowie - około 120 tys. osób. Tuż przed godz. 1 w nocy prezydent pojawił się w Trybunale, a przy wejściu doszło do przepychanki z osobami, które próbowały go zatrzymać.

Na jednym z rozpowszechnianych zdjęć widać prezydenta i kobietę - prawdopodobnie sędzię - która trzyma go za ręce. Obrazy policji w hełmach i z tarczami przed siedzibą sądu konstytucyjnego stały się głównym tematem relacji medialnych i dyskusji w mediach społecznościowych.

Według cytowanego raportu Res Futura, spośród reakcji w sieci w nocy około 83 procent wpisów było przeciwnych rządowi, a 17 procent go popierało. Rozmówcy zastrzegali, że ruch w sieci nie jest odpowiednikiem reprezentatywnego sondażu i może być częściowo kreowany.

Prof. Piotrowski: „granica została przekroczona"

Pierwszym gościem programu był prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista, który określił wydarzenia jako „pokaz bezprawia” i „upokorzenie dla Rzeczypospolitej”. - Granica została przekroczona - powtórzył. Jego zdaniem sytuacja, w której prezydent „wdziera się do Trybunału" i dochodzi do fizycznej konfrontacji z sędzią, nie zdarza się w państwie demokratycznym.

Prawnik zakwestionował podstawy zawieszenia prezesa Święczkowskiego. Wskazał łańcuch odesłań prawnych: ustawa o statusie sędziów Trybunału odsyła „odpowiednio" do przepisów o Sądzie Najwyższym, a te z kolei do prawa o ustroju sądów powszechnych. Przepis przewidujący przerwę w czynnościach służbowych sędziego - na przykład po schwytaniu na gorącym uczynku lub gdy powaga sądu wymaga natychmiastowego odsunięcia - jego zdaniem nie może mieć zastosowania do prezesa Trybunału.

- Taki pomysł, że minister sprawiedliwości sprawuje nadzór nad Trybunałem Konstytucyjnym, jest z konstytucyjnego punktu widzenia absurdalny, bo to jest sprzeczne z zasadą podziału władz - mówił Piotrowski. Argumentował, że minister jest członkiem rządu, którego akty prawne Trybunał może uchylać, więc pełni wobec niego rolę „klienta".

Cały plan, zdaniem prawnika, opierał się na założeniu, że po odsunięciu prezesa jego obowiązki przejmie sędzia o najdłuższym stażu. - Problem polega na tym, że nie ma wakatu. I dlatego potrzebna była policja - stwierdził. - Prawo tak nie stanowi, tak stanowi pięść.

Na pytanie, kto formalnie jest dziś prezesem Trybunału, odpowiedział jednoznacznie: - Pan prezes Święczkowski, to jest zupełnie oczywiste. Osobę, która nie złożyła ślubowania wobec prezydenta, uznał za niemogącą pełnić funkcji sędziego.

Odpowiedzialność prezydenta i wybór sędziów

Piotrowski przypisał odpowiedzialność za kryzys wszystkim stronom, poczynając od końcówki rządów Platformy Obywatelskiej, przez rządy Prawa i Sprawiedliwości, po obecnego prezydenta. Zapytany, czy Nawrocki miał podstawy, by nie odebrać ślubowania od czterech sędziów, odpowiedział: - Ja tych podstaw nie widzę.

W tym punkcie jego ocena była niejednoznaczna. Z jednej strony stwierdził, że prezydent miał obowiązek powołania sędziów i odebrania ślubowania. Z drugiej - że formalnie żadnego prawa ani obyczaju nie złamał, ponieważ nigdy oficjalnie nie odmówił. - Oni po prostu byli niecierpliwi - mówił o sędziach elektach, którzy jego zdaniem pobiegli ślubować przed marszałkiem Sejmu.

Krytycznie ocenił także Sejm, który - jak podkreślał - dokonał wyboru sędziów. - Oczywiście, że Sejm ich wybrał, oczywiście, że wybrał źle - stwierdził. Przypomniał zasadę z orzecznictwa: - Sejm może dużo, ale nie może wszystkiego.

Prawnik odniósł się również do zarzutów wobec Bogdana Święczkowskiego, formułowanych przez obóz rządzący. Jego zdaniem właściwą drogą jest wszczęcie postępowania i uchylenie immunitetu, czego dotąd nie udało się przeprowadzić. Za niedopuszczalne uznał wszczynanie postępowań karnych wobec urzędników Trybunału wykonujących polecenia prezesa - nazwał to „weaponizing justice", czyli traktowaniem postępowania karnego jako narzędzia walki politycznej.

Pytany o wyjście z sytuacji, Piotrowski wskazał na zapowiedziane przez prezydenta konsultacje. Podkreślił jednak, że zbliżają się wybory, co jego zdaniem utrudnia rozsądny scenariusz. - Powinni ustalić, że Konstytucja Rzeczpospolitej obowiązuje - mówił, dodając, że jeśli prezydent bezpodstawnie blokowałby odbieranie ślubowania od poprawnie wybranych sędziów, otwarta byłaby droga do Trybunału Stanu. Zastrzegł zarazem, że odpowiedzialność karna i Trybunał Stanu grożą także tym, którzy „psują ten Trybunał".

Chrabota i Baranowska: dwie interpretacje tych samych obrazów

Redaktor Bogusław Chrabota i dziennikarka Kamila Baranowska przedstawili rozbieżne oceny. Chrabota uznał działania sędzi Korwin-Piotrowskiej za prawdopodobnie legalne i bronił obecności policji. - Policja zabezpieczała bezpieczeństwo budynku i grupy ludzi, która tam jest - mówił, zaznaczając, że przed Trybunałem gromadziła się jego zdaniem „bojówka czysto prawicowa", a nie przypadkowi protestujący.

Baranowska oceniła wydarzenia „skrajnie odmiennie". Zakwestionowała istnienie zagrożenia uzasadniającego sprowadzenie setek policjantów. - Nie było żadnego zagrożenia jakimiś tłumami pod Trybunałem Konstytucyjnym - stwierdziła, wskazując na kilkunastu lub kilkudziesięciu koczujących tam ludzi.

Jej zdaniem działania zaplanowano z wyprzedzeniem, a politycy koalicji zapowiadali, że sprawa Trybunału zostanie „załatwiona" do grudnia. - Jak można byłoby ją inaczej załatwić (…) jeśli nie siłowo? - pytała. Zawieszenie prezesa uznała za pozbawione podstawy prawnej, powołując się także na krytyczne głosy prawników, w tym prof. Marcina Matczaka.

Baranowska wskazała jeden, jej zdaniem, pozytywny efekt: wymuszenie debaty o resecie konstytucyjnym. - Jak nie teraz, to kiedy? - pytała, przypominając wcześniejsze propozycje środowiska Mateusza Morawieckiego, Konfederacji i Klubu Jagiellońskiego.

Oboje rozmówcy zgodzili się co do jednego: sytuacja dojrzała do próby uzgodnienia zmian dotyczących Trybunału. Chrabota wskazał na rolę prezydenta jako potencjalnego mediatora. - Jeśli tak się zachowa, będę bił brawo - mówił, przeciwstawiając tę ścieżkę roli lidera prawicy.

Myślecki: koniec „duopolu" i zmiana pokoleniowa

Strateg polityczny prof. Wojciech Myślecki, współzałożyciel Solidarności Walczącej, ocenił, że wydarzenia go nie zaskoczyły - zaskakujący był jedynie termin. Jego zdaniem konsekwencje będą inne, niż zakładali inicjatorzy akcji.

Myślecki opisał polską scenę jako zablokowaną przez „duopol" PiS i Platformy, który - jak twierdził - jest trwały, ale wyczerpuje swoje możliwości. - To POPiS spowodował zniszczenie struktury republikańskiej - mówił, wskazując na niezależne sądownictwo konstytucyjne jako element kontroli władzy ustawodawczej.

Wprowadził rozróżnienie między obywatelem a elektoratem. - Politycy muszą zacząć nas traktować jako obywateli, bo się przejadą na tym, że zbyt długo już nas traktują jako wyłącznie elektorat - stwierdził. Zacytował słowa prezydenta Johna F. Kennedy'ego o pytaniu, co obywatel może zrobić dla państwa.

Myślecki ujawnił, że sprawdzał kwestię rozporządzenia dotyczącego wyposażenia oddziałów policji w broń ostrą. Według jego informacji decyzja ta nie była związana z wydarzeniami wokół Trybunału, a prezydent miał być o niej wcześniej informowany; w dokumencie miała być mowa o sabotażach i dywersji. - Coś się szykuje - ostrzegał, zaznaczając, że to niepotwierdzona interpretacja.

Największy potencjał do kierowania państwem przypisał Mateuszowi Morawieckiemu, powołując się na wieloletnią znajomość. Wskazał też na Krzysztofa Bosaka jako polityka, który „bardzo dużo się uczy". Zapowiadał zmianę pokoleniową związaną z wejściem do polityki pokoleń Y i Z, które nazwał „cyfrowymi".

Sadura: niesymetryczny rozpad duopolu

Socjolog prof. Przemysław Sadura z Uniwersytetu Warszawskiego zakwestionował tezę, że scenę polityczną da się jeszcze „przełamać". - Polska scena polityczna nie potrzebuje już przełamywania, ona jest przełamana - mówił, zapowiadając raczej eskalację polaryzacji.

Powołał się na badania prowadzone z Instytutem Krytyki Politycznej, z których wynika, że elektorat Koalicji Obywatelskiej się utwardza. Odsetek wyborców uznających tę partię za „najlepszą, jaka się mogła wydarzyć" miał przekroczyć 50 procent. - Im bardziej radykalny kurs, (…) tym bardziej elektorat koncentruje się wokół tej partii, a sondaże nie spadają, tylko rosną - stwierdził.

Sadura przewidział, że na kryzysie skorzysta nie nowa lewica, lecz skrajna prawica. Wskazał Konfederację oraz Grzegorza Brauna, który w niektórych sondażach miał osiągać 10 procent. Opisał zjawisko „niesymetrycznej repolaryzacji": słabnięcia pozycji PiS wewnątrz prawicy przy równoczesnym wzroście partii radykalnych, przy czym analogiczne procesy po stronie liberalnej zachodzą wolniej.

Odnosząc się do najmłodszych wyborców, zauważył, że w wyborach prezydenckich wybieraliby oni między Sławomirem Mentzenem a Adrianem Zandbergiem. Zastrzegł jednak: - Młodych jest mało, a w dodatku to jest jeszcze ten wiek, w którym poglądy polityczne się krystalizują. Jego zdaniem nie należy liczyć na depolaryzację - jesteśmy w „epoce populistycznej, opartej na eskalowaniu różnic".

Sokołowski: wiara w prawo jako fundament, który się rozwiewa

Prawnik i socjolog Jacek Sokołowski, autor książki „Transnaród", zdefiniował istotę kryzysu jako załamanie wiary. - Konstrukty takie jak prawo, państwo prawa albo pieniądze istnieją, dopóki wierzymy, że istnieją - mówił. Jego zdaniem w Polsce ostatniej dekady ta wiara się rozwiewa, a swój udział mają w tym zarówno politycy, jak i prawnicy.

Państwo prawa - argumentował - opiera się na zgodzie elit politycznych, że arbitrem granic będzie elita prawnicza, oraz na wierze ludu, że prawnicy rozpoznają „święte prawo". Głównym sprawcą załamania tej fikcji nazwał Jarosława Kaczyńskiego, który przekształcił Trybunał „w instytucję całkowicie podporządkowaną polityce". Dodał, że ten sam cel można było osiągnąć zgodnie z literą konstytucji, obsadzając Trybunał w ciągu ośmiu lat rządów.

Donald Tusk - zdaniem Sokołowskiego - uchwałą Sejmu przestał uznawać ten Trybunał, przez co instytucja funkcjonalnie zniknęła z systemu już wcześniej. Pytanie, dlaczego rząd postanowił wygenerować obecny kryzys, pozostawił bez jednoznacznej odpowiedzi. - Nie widzę w tym żadnego subtelnego planu szachów 5D, tylko (…) stała za tym zła kalkulacja - ocenił.

W jego bilansie niemal każda strona odniosła korzyść. Koalicja Obywatelska pokazała sprawczość, Kaczyński zyskał efekt mobilizacyjny, a najwięcej - zdaniem Sokołowskiego - ugrał prezydent. - To jest jedyny silny człowiek na polskiej scenie politycznej - stwierdził. Najsłabiej miała wypaść Konfederacja Mentzena i Bosaka, zmuszona do przyklejenia się do PiS. Przegranym w dłuższej perspektywie nazwał państwo, które „wyjdzie z fazy populizmu mocno przetrącone".

Demografia jako klucz do zablokowanej sceny

Sokołowski przedstawił tezę o „klątwie demografii". Według jego szacunku na polskim rynku wyborczym brakuje około czterech milionów głosów wyborców poniżej 35. roku życia. - Gdyby było te 4 miliony młodych głosów więcej, to ten duopol już by pękał na naszych oczach - mówił.

Z przywołanej symulacji wynikało, że w perspektywie niespełna dwóch dekad wyborcy w wieku 55 lat i więcej będą stanowić połowę głosujących. Starszy elektorat - zdaniem rozmówcy - oczekuje raczej rytualnej konfrontacji niż skomplikowanych diagnoz i bolesnych recept, co petryfikuje konflikt.

Sadura dodał, że ponad połowa wyborców KO w badaniach akceptowałaby koalicję z Konfederacją, gdyby był to jedyny sposób odsunięcia PiS od władzy. Obaj zgodzili się, że nie ma obecnie atmosfery na porozumienie. - To nie są czasy dla partii środka - stwierdził Sadura, odnosząc się między innymi do apelu Szymona Hołowni o natychmiastowe spotkanie prezydenta i premiera.

Sokołowski ocenił postawę Hołowni krytycznie, wskazując, że mimo pozycji koalicjanta nie wykorzystuje on dostępnych narzędzi nacisku. Odwołując się do historii europejskich demokracji - rewolucji angielskiej, francuskiej, wojny domowej w Hiszpanii - argumentował, że kompromis ustrojowy rodzi się dopiero po wyczerpaniu konfliktu, gdy strony przekonają się, że nie są w stanie nawzajem się wyeliminować.

Spór o kondycję państwa i rolę instytucji

Końcowa część rozmowy dotyczyła paradoksu polskiego rozwoju. Sokołowski bronił tezy o „głębokim państwie" złożonym nie z wojskowych, lecz z urzędników i technokratów. - My ciągniemy cały czas ten wózek do przodu (…) dzięki temu, że przez 30 lat III RP zbudowało się takie swoiste, głębokie państwo - mówił.

Jako przykład sprawności wskazał reakcję na pandemię i dystrybucję funduszy unijnych, które jego zdaniem wymusiły rekrutację opartą na kompetencjach. - W procesie zagospodarowania funduszy unijnych dokonała się cicha, pełzająca rewolucja - stwierdził, dodając, że najgorszym biurokratą jest dziś polski sędzia, nastawiony na formalizm, a nie na rozwiązanie problemu.

Prowadzący polemizował, przypisując sukces gospodarczy przede wszystkim przedsiębiorczości Polaków. Obaj zgodzili się jednak, że silne i stabilne instytucje są warunkiem rozwoju, a polskie państwo zbudowało znaczący potencjał, choć - jak zastrzegł Sokołowski - jeszcze nie na poziomie mocarstwa, zdolnego przetrwać najcięższy kryzys.

Sokołowski przyznał, że nie jest „zaprzysięgłym fanem" Trybunału Konstytucyjnego, uznając sądownictwo konstytucyjne za stosunkowo nowy wynalazek powojenny, charakterystyczny dla demokracji wychodzących z dyktatury. Jego główną wadą w polskim wydaniu miała być zbyt łatwa zaskarżalność ustaw, czyniąca Trybunał nadmiernie aktywnym uczestnikiem polityki.

Kontekst: spór bez rozstrzygnięcia

Opisywane wydarzenia są kolejnym etapem konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego, którego początki rozmówcy datowali na 2015 rok i spór o obsadę sędziów. Po zmianie władzy w 2023 roku Sejm uchwałą zakwestionował legalność Trybunału, a prezydent Karol Nawrocki odmówił odebrania ślubowania od części wybranych sędziów.

Rozmówcy zgodnie wskazywali, że Trybunał od lat nie pełni realnej funkcji - jedna strona nie uznaje jego orzeczeń, druga ich nie publikuje. - Trybunału Konstytucyjnego i tak nie mamy od 10 lat - podsumował Sokołowski.

Przed Polską, jak zaznaczono, marsz niepodległości 11 listopada, który część uczestników rozmowy prognozowała jako liczniejszy niż zwykle, oraz zapowiedziane przez prezydenta konsultacje z partiami. Dwaj ambasadorowie - Paweł Soloch w Rumunii i Jakub Kumoch w Pekinie - podali się do dymisji, jak wynikało z rozmowy, w proteście wobec instrukcji dotyczących tłumaczenia wydarzeń.

Rozmówcy różnili się w ocenie, kto odniósł korzyść polityczną, lecz zgodzili się co do jednego: obrazy policji przed sądem konstytucyjnym i prezydenta przepychającego się przy wejściu obciążają wizerunek Polski na arenie międzynarodowej w okresie podwyższonego napięcia bezpieczeństwa. Kryzys, w ich ocenie, nie został rozstrzygnięty, lecz przeniesiony w fazę trwającego, tlącego się sporu.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter