Polska gospodarka na cudzych rękach? Demografia wymusza politykę migracyjną
Bez napływu pracowników z zagranicy Polska przestanie doganiać zachodnią Europę i zubożeje - ostrzega Piotr Lewandowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych, w rozmowie w programie „Biznes otwarty" prowadzonym przez Pawła Blejesza. Powodem jest kurczenie się populacji w wieku produkcyjnym, którego nie zrównoważy nawet nagły wzrost dzietności. Jednocześnie - jak wskazuje ekspert - państwo od dwóch lat zwleka z konkretną polityką migracyjną, mimo że jedno z ministerstw uznaje deficyt pracowników w co czwartym zawodzie na rynku.
Od kraju emigracji do imigracji w dekadę
Lewandowski przypomina, że przez cały XX wiek i jeszcze dwie dekady temu Polska była krajem emigracji netto. Przełom nastąpił w ciągu ostatnich dziesięciu lat, a jego przyczyny są w całości ekonomiczne.
„Szybki wzrost gospodarczy, który mamy od 10-15 lat, spowodował, że praca w Polsce stała się atrakcyjna dla osób z krajów mniej rozwiniętych" - mówi ekspert. Drugim czynnikiem jest niewystarczająca lokalna podaż pracy: rodzimych pracowników jest po prostu za mało.
Okres szybkiego wzrostu zbiegł się z przejściem demograficznym. Polska nigdy nie osiągnęła zapowiadanych „za komuny" 40 milionów mieszkańców - szczytowa liczba ludności wyniosła 38 milionów. Teraz populacja będzie się kurczyć.
Do 2040, a zwłaszcza do 2050 roku, liczba Polaków spadnie na skutek długo utrzymującej się niskiej dzietności oraz fali emigracji sprzed dwóch dekad. „Często wyjeżdżali ci ludzie, którzy byli w takim wieku, kiedy ma się dzieci" - zauważa Lewandowski. Oba procesy wzajemnie się wzmacniają. Nawet gdyby dzietność gwałtownie wzrosła, efekt na rynku pracy pojawiłby się dopiero za 25-30 lat.
Zamknięcie granic oznacza wolniejszy wzrost
Kluczowe rozróżnienie dotyczy tempa spadku. Populacja Polski obniży się o 2-4 miliony w kolejnych dekadach, ale liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie znacznie bardziej - bo społeczeństwo się starzeje.
„Będziemy mieli coraz więcej ludzi po 65. roku życia, coraz mniej ludzi między 20. a 65. rokiem życia" - tłumaczy ekspert. Skutkiem będzie coraz mniej pracowników przypadających na rosnącą liczbę emerytów.
Lewandowski szacuje, że postęp technologiczny napędza wzrost produktywności o około 2 proc. rocznie w średnim okresie. Gdyby zasób pracy pozostał stabilny, ten mechanizm wystarczyłby do dalszego bogacenia się. Ponieważ jednak podaż pracy będzie się kurczyć, brak imigracji oznaczałby spadek PKB per capita.
„Gdybyśmy się zamknęli kompletnie, powiedzieli: nie wpuszczamy tu żadnych ludzi - to przestaniemy doganiać zachodnią Europę. Będziemy ubożsi" - stwierdza. Luka dochodowa wobec Portugalii i Grecji została już praktycznie zniwelowana, ale wobec Niemiec, Holandii, Szwecji czy Danii pozostaje spora, co daje jeszcze 10-30 lat przestrzeni do konwergencji.
W tym ujęciu utrzymanie imigracji na poziomie kompensującym spadek liczby rodzimych pracowników ekspert nazywa prorozwojowym. Pozwala ono wykorzystać już zainwestowany kapitał, istniejącą infrastrukturę i działające modele biznesowe, które przy kurczącej się populacji zostałyby zmarnowane.
Pracochłonna struktura gospodarki wymaga rąk do pracy
Lewandowski podkreśla, że Polska nie jest gotowa na skokowy wzrost produktywności, który mógłby zastąpić brakujących pracowników. Nie rozwijamy technologii na granicy możliwości ani nie budujemy robotów - inaczej niż Japonia czy dawniej Niemcy, kraje, które automatyzację napędzały właśnie niedoborem ludzi.
Struktura polskiego przemysłu i usług opiera się na branżach pracochłonnych. „Nasze największe branże przemysłowe to jakaś stolarka, meble, okna, drzwi - a nie półprzewodniki albo produkcja telefonów komórkowych" - wylicza. Do tego dochodzi duże rolnictwo i przetwórstwo spożywcze.
Transformacja strukturalna ku gospodarce mniej zależnej od pracy ludzkiej zajmie, według eksperta, 30-40 lat. „To się tak nie wydarzy z dnia na dzień" - mówi, odnosząc się do wizji Polski jako drugiej Doliny Krzemowej czy huba finansowego. Miejsca takie jak Singapur, Dubaj czy Londyn działają dzięki zdolności ściągania wyspecjalizowanych pracowników z całego świata - a tego Polska nie robi.
„Ciężko powiedzieć, że Polska ma politykę migracyjną"
Najostrzejsza ocena dotyczy braku strategii. „Ciężko powiedzieć, że Polska ma politykę migracyjną" - mówi Lewandowski. Istniejąca polityka jest, jego zdaniem, nastawiona na narrację wewnętrzną kierowaną do Polaków, a nie na przemyślane przyciąganie potrzebnych pracowników.
Napływ zaczął się w 2014 roku, po rosyjskiej inwazji na Donbas - pierwszą falę stanowili migranci z Ukrainy. Później dołączyli przybysze z Gruzji i krajów Azji Środkowej, następnie z Indii, Nepalu i Bangladeszu, a w ostatnich latach z Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza z Kolumbii. Część z nich wjeżdża na wizach turystycznych lub studenckich i mimo to podejmuje pracę.
Ekspert opisuje politykę rządu PiS jako „kompletną schizofrenię": twardą retorykę obrony Europy przy „ultraliberalnych" zasadach dopuszczania pracowników. „Polska była w OECD krajem, w którym napływy pracowników tymczasowych były największe - w tysiącach osób większe niż do Stanów Zjednoczonych przez kilka lat" - mówi. Efektem był chaotyczny napływ osób pracujących poniżej kompetencji, w niskoproduktywnych sektorach.
Rządowi obecnej koalicji Lewandowski zarzuca strategię „bardzo sekurytyzacyjną" - ujmującą migrację w kategoriach ochrony granic i przestępczości, „której w Polsce zasadniczo nie ma na dużą skalę". Deklarowana selektywność pozostaje na papierze: „Minęły już dwa lata z hakiem, a nie ma żadnego konkretu".
Umowy bilateralne zamiast półformalnego chaosu
Zdaniem eksperta bez oficjalnej polityki migracja i tak będzie napływać - tyle że w formie półformalnej, na wizach turystycznych. Rozwiązaniem mogłyby być umowy bilateralne. Jako wzór Lewandowski wskazuje porozumienie Hiszpanii z Marokiem czy Niemiec z Wietnamem, dotyczące m.in. pielęgniarek i opieki nad osobami starszymi.
Wątpi jednak w polityczną odwagę rządu. „Nie wierzę, że premier Tusk ogłosi przed następnymi wyborami, że Polska podpisuje umowy bilateralne - bo będzie się bardzo bał prawicy" - mówi.
Ekspert wskazuje na wewnętrzną sprzeczność. Ministerstwo Pracy przygotowało listę zawodów deficytowych obejmującą profesjonalistów, techników i pracowników przemysłu - łącznie 25 proc. rynku pracy. „Jedno ministerstwo definiuje jedną czwartą rynku jako zawody, w których brakuje ludzi, a inna część tego samego rządu mówi, że musimy się zamykać. To jest niespójne".
Lewandowski przestrzega jednak przed oddaniem decyzji wyłącznie pracodawcom. Jeśli popyt na dany zawód zniknie za kilka lat - na przykład gdy chińska konkurencja wyprze polską branżę - koszt utrzymania sprowadzonych pracowników spadnie na państwo. Dlatego postuluje interakcję: potrzeby zgłaszane przez pracodawców i strategiczną refleksję rządu wspieraną przez ekspertów.
Ukraińcy zakładają firmy, nie tylko szukają pracy
Osobnym zjawiskiem jest przedsiębiorczość uchodźców z Ukrainy po 2022 roku, opisana w badaniu Instytutu na danych z KRS. To grupa odmienna od wcześniejszej migracji zarobkowej - wśród niej więcej osób z doświadczeniem prowadzenia firm oraz przybyłych ze wschodu Ukrainy.
„Są przypadki ludzi, którzy mieli fabrykę przemysłową i teraz wybudowali nowy zakład w Opocznie" - mówi Lewandowski. Powstają też polskie oddziały ukraińskich firm obsługujące ukraińską diasporę: piekarnie, sklepy spożywcze, kawiarnie. Kapitały założycielskie są jednak zwykle niewielkie, bliskie progu 5 tysięcy złotych.
Nowe firmy często wypełniają lukę, a nie zabierają pracę. „Jeśli osoby z Ukrainy otwierają zakład krawiecki na Mokotowie, to nie zabierają pracy innym - po prostu skracają się kolejki" - tłumaczy ekspert. Badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego z tego roku wykazało, że zdecydowana większość polskich firm nie dostrzega istotnej konkurencji ze strony przedsiębiorstw ukraińskich.
Starsi pracownicy spisywani na straty
Na koniec Lewandowski wskazał niewykorzystany potencjał osób w wieku 60-65 lat. Polacy traktują osiągnięcie wieku emerytalnego jako moment odejścia z rynku, po czym część wraca - ale na gorszych warunkach i po trudnym poszukiwaniu pracy.
„Jeśli gdzieś jest dyskryminacja osób starszych w Polsce, to jest w szukaniu pracy" - mówi. Dlatego proponuje zwolnienie z płacenia składki emerytalnej po przekroczeniu wieku emerytalnego. Składka ta nie zwiększa już kapitału w ZUS, a jedynie moment przejścia na emeryturę wpływa na wysokość świadczenia.
Drugim postulatem jest prawo do zmniejszenia wymiaru etatu, którego pracodawca nie mógłby odmówić - na wzór rozwiązań z Niemiec i Wielkiej Brytanii. „Pozwólmy ludziom starszym powiedzieć: mam prawo, żeby mój etat zmniejszył się do połowy, bo tak chcę" - mówi. Byłoby to, jego zdaniem, lepsze niż obecny system zero-jedynkowy.
Rozmowa wpisuje się w szerszą dyskusję o tym, czy Polska pozostaje krajem szybko rozwijającym się, czy wpada w pułapkę średniego dochodu. Lewandowski zwraca uwagę na bezprecedensowy charakter globalnej zmiany demograficznej - kurczyć zaczynają się nawet Chiny, a modele wzrostu gospodarczego dotąd zakładały dodatni przyrost ludności. W tym kontekście brak rozstrzygnięć w polityce migracyjnej pozostaje, według eksperta, jednym z kluczowych zaniechań mających bezpośredni wpływ na przyszłą zamożność kraju.