Powrót

Rok prezydentury Nawrockiego. Bilans bez fali dla opozycji

Rok po zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego na prezydenta jego obóz nie przełożył zwycięstwa z sierpnia ubiegłego roku na wzrost poparcia dla prawicy - ocenia w programie „Kanał Otwarty" prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prawica pozostaje głęboko podzielona, a bilans władzy prezydenckiej socjolog podsumowuje jednym słowem: umiarkowany.

Podczas rozmowy z Kamilą Baranowską Flis odniósł się do liczb domykających pierwszy rok kadencji: 33 weta, 236 podpisanych ustaw i 12 aktów łaski. Zapytany, czy Nawrocki dobrze wykorzystał ten czas jako polityk, odpowiedział, że ocena zależy od poziomu oczekiwań. „Jak ktoś się spodziewa najgorszego, to później wszystko go może cieszyć" - zauważył.

Zapowiadana fala, której nie widać

Kluczowy wniosek socjologa dotyczy notowań. Zwycięstwo Nawrockiego miało - według zapowiedzi jego zwolenników - uruchomić polityczną falę, która zmiecie rząd. Zdaniem Flisa nic takiego się nie stało.

„Notowania obydwu obozów, jak policzyć wszystkie partie po jednej i po drugiej stronie, praktycznie nie drgnęły przez ten rok" - stwierdził socjolog. Jeśli poparcie się zmieniło, to - jego zdaniem - z powodów niezwiązanych z prezydentem, jak afera wokół szpitala południowego. Tematyka służby zdrowia, wysokości zarobków lekarzy czy organizacji ochrony zdrowia jest, według Flisa, „trochę za ryzykowna", by Nawrocki się w nią angażował.

Socjolog zwrócił uwagę, że rząd ma fatalne notowania, ale to nie przekłada się na satysfakcję po stronie prezydenta. „Komorowski miał lepsze na tym etapie" - porównał, dodając, że nie musi to być pociechą dla otoczenia obecnej głowy państwa.

Ograniczone narzędzia i klincz z rządem

Flis szczegółowo omówił relację prezydenta z gabinetem. Jego zdaniem rady gabinetowe, zwoływane na początku kadencji, okazały się narzędziem bezużytecznym. „Prezydent niby ma to narzędzie, ale ono jest zupełnie bezużyteczne" - ocenił, przypominając, że podobnie poszło Lechowi Kaczyńskiemu w starciu z Donaldem Tuskiem. Brak powrotu do tej formuły socjolog tłumaczy właśnie jej nieskutecznością.

Prezydent, jak zauważył Flis, znajduje się w klinczu. Może blokować obóz rządzący, lecz z ograniczeniami, podczas gdy rząd może blokować jego inicjatywy bez żadnych ograniczeń. Socjolog wskazał na proporcje: podpisanie niemal 90 procent ustaw rządowych przy zaledwie 33 wetach nie odpowiada narracji o rządzie „absolutnie beznadziejnym".

„Może jednak ten rząd jest tak beznadziejny tylko na 10 procent, a nie na 100 procent" - ironizował. Zwrócił też uwagę, że inicjatywy ustawodawcze prezydenta trafiają do sejmowego kosza, bo bez większości parlamentarnej pozostają bez biegu. Marszałek Włodzimierz Czarzasty nie ma interesu, by je procedować.

Lider prawicy z braku alternatywy

Flis potwierdził, że Nawrocki jest dziś punktem odniesienia na prawicy - ale nie z powodu własnej siły, lecz braku innego ośrodka. „Jest punktem odniesienia z tego powodu, że nie ma innego punktu odniesienia" - podkreślił. Jarosław Kaczyński przestał pełnić tę rolę, a poszczególne siły chcą wykorzystać prezydenta w rywalizacji między sobą.

Od zwycięstwa Nawrockiego prawica podzieliła się, według socjologa, na cztery ugrupowania o porównywalnej sile. Politycy oddają prezydentowi „nabożne hołdy", licząc na arbitraż, lecz Flis wątpi, czy Nawrocki ma pomysł, jak pogodzić emocje między Mentzenem, Kaczyńskim, Morawieckim i Braunem.

Jako przykład instrumentalnego traktowania prezydenta socjolog przywołał deklaracje Konfederacji o możliwym „pakcie senackim" z PiS-em pod patronatem Nawrockiego. Oznacza to, jego zdaniem, że partie same nie potrafią lub nie chcą się dogadać i liczą, że przymusi je do tego głowa państwa.

Wygodną pozycję prezydenta na cztery lata Flis opatrzył jednak ostrzeżeniem. „Bronisław Komorowski jeszcze na trzy miesiące przed wyborami miał oszałamiające sondaże" - przypomniał, wskazując, jak szybko taka przewaga może się rozwiać.

Otwartość jako nowy standard władzy

Socjolog pozytywnie ocenił styl komunikacji prezydenta - bliskość i otwartość wobec obywateli, symbolizowaną przez uroczystości na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego. „Ten czas majestatu i dostojeństwa władzy zupełnie już przeminął" - stwierdził, dodając, że Nawrocki dobrze wpisuje się w oczekiwanie polityki przypominającej „rodzinne spotkanie", a nie „akademię szkolną".

Flis zastrzegł jednak, że taka postawa wymaga cech osobistych. Nie każdy polityk potrafi wejść w naturalną komunikację z ludźmi - Nawrocki, jego zdaniem, to potrafi i wykorzystuje. Otwartą kwestią pozostaje, czy stanie się to trwałym standardem, do którego dostosują się inni.

Rozłam w PiS jako miara przywództwa

Socjolog uznał za słuszną decyzję prezydenta, by nie opowiadać się po żadnej ze stron w konflikcie po odejściu Mateusza Morawieckiego z PiS. Wchodzenie w spór postrzegany jako absurdalny osłabiłoby pozycję Nawrockiego jako przyszłego moderatora.

Sam rozłam Flis interpretuje jako kryzys przywództwa Jarosława Kaczyńskiego. „Wszystkie te przypadki zawsze spadają na tego, który jest liderem" - zaznaczył, zestawiając sytuację w PiS z rozłamami w Lewicy Czarzastego i w Polsce 2050 Szymona Hołowni. Metoda Kaczyńskiego, skuteczna wobec Jarosława Gowina czy ziobrystów, tym razem zawiodła.

„Budowanie zespołu idzie Morawieckiemu lepiej niż budowanie ducha jedności i lojalności Jarosławowi Kaczyńskiemu" - ocenił. Zaznaczył jednocześnie, że podział jest kłopotliwy dla całej opozycji, bo pozostałe partie nie mogą się nim głęboko cieszyć, mierząc się z podobnymi problemami.

Umiarkowana prawica i pytanie o centrum

Odnosząc się do projektu Morawieckiego, Flis podważył tezę, że w Polsce nie ma miejsca na umiarkowaną prawicę. Wskazał na badania Fundacji Malling Commons, które wyodrębniły grupę „usatysfakcjonowanych lokalistów" - około 16 procent Polaków o umiarkowanych, konserwatywnych poglądach.

Socjolog przypomniał, że jedna trzecia radnych powiatowych w Polsce to osoby niezwiązane z partiami ogólnopolskimi. „To, że coś się nie rzuca w oczy, wcale nie znaczy, że tego nie ma" - podkreślił, ilustrując rzecz anegdotą o pacjentach dentystki: „Dorośli nigdy nie zostawiają rysunków". Umiarkowani wyborcy, jak dowodził, nie wchodzą w internetowe spory, ale ostatecznie przyznają komuś rację.

Flis przypomniał także, że PiS zwyciężał w 2015 i 2019 roku, gdy na krótko schowano Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, a na pierwszy plan wysunięto Andrzeja Dudę, Beatę Szydło i właśnie Morawieckiego. Radykalni wyborcy są w stanie wybaczyć umiarkowanie „za jedną cenę - mianowicie za zwycięstwo".

Szanse Morawieckiego socjolog uzależnił od losu terenowych struktur PiS. Spadek sondaży z 35 do 17 procent oznacza, że część z około dziesięciu tysięcy radnych powiatowych może zacząć rozglądać się za nowym punktem oparcia.

Słabnący PiS problemem także dla Tuska

Flis zgodził się z tezą, że osłabienie Kaczyńskiego nie musi być korzystne dla Donalda Tuska, który traci punkt odniesienia jako główny „powstrzymywacz" PiS. Przywołał rok 2001, gdy rozpad AWS i Unii Wolności przyniósł SLD wynik na poziomie 40 procent - z zastrzeżeniem, że Lewica dysponowała wówczas własnym prezydentem i telewizją oraz była w opozycji.

Fatalne notowania rządu socjolog tłumaczy słabością organizacyjną Koalicji Obywatelskiej, serią błędów komunikacyjnych oraz brakiem poczucia, że rząd jest wspólny, a nie wyłącznie Tuska. „Donald Tusk chce być panem młodym na każdym weselu i nieboszczykiem na każdym pogrzebie" - przywołał własną formułę, wskazując, że wyborcy Lewicy i Trzeciej Drogi nie czują rządu jako swojego.

Sukcesy - jak program SAFE czy uszczelnienie granicy z Białorusią - pozostają, zdaniem Flisa, niewykorzystane w komunikacji. Socjolog nie wykluczył, że gdyby Tusk uznał się za główne obciążenie rządu i znalazł następcę o porównywalnej sile, notowania mogłyby wzrosnąć - jak po dojściu Morawieckiego w poprzedniej dekadzie.

Rozstrzygnięcie za rok

Pytany o wybory 2027 roku, Flis dopuścił scenariusz patowy na wzór francuski, w którym żadna z sił nie zdoła utworzyć koalicji. Zwrócił uwagę, że na scenie funkcjonuje dziś zbyt wiele partii - doliczył się dziewięciu - i część z nich może spaść pod próg wyborczy.

Rosnące poparcie Grzegorza Brauna socjolog wiąże z błędami dużych ugrupowań. „Małe partie żywią się błędami dużych" - stwierdził, dodając, że udawanie radykałów nie jest skuteczną bronią przeciwko nim.

Relacje Nawrockiego z Tuskiem Flis określił jako konflikt przewidywalny i ustabilizowany. Rozstrzygnięcie, jego zdaniem, zapadnie za rok - nie w osobistym pojedynku, lecz w zdolności zbudowania i utrzymania wiernego obozu. „Chodzi o to, żeby być liderem obozu, a nie tylko kimś, kto przychodzi i spija śmietankę" - podsumował socjolog.