Polska nie jest gotowa na wojnę, ostrzegają eksperci
Polska nie jest przygotowana do długotrwałego konfliktu zbrojnego - ocenili w rozmowie z Igorem Janke na Kanale Otwartym pułkownik Piotr Lewandowski, od czterech dekad związany z resortem obrony, oraz Michał Dworczyk, europoseł PiS, były szef Kancelarii Premiera i współautor raportu środowiska Rozwój Plus o stanie sił zbrojnych. Obaj wskazali na brak rezerw osobowych, uzależnienie od zagranicznych dostaw sprzętu oraz utrzymujące się od dekad patologie w armii jako główne słabości polskiej obronności.
Pytani, czy Polska sprostałaby wojnie takiej jak ta na Ukrainie, odpowiedzieli jednoznacznie. „Czy jesteśmy przygotowani do tej wojny, którą mamy na Ukrainie? Nie” - stwierdził płk Lewandowski. Dworczyk podsumował stan armii równie krótko: „Nie jesteśmy absolutnie przygotowani do tej wojny. Jesteśmy w bardzo trudnym momencie”.
Armia w fazie przejściowej
Zdaniem Dworczyka polskie wojsko przechodzi największą modernizację sprzętową od zakończenia II wojny światowej, a jednocześnie reorganizację struktur. To tworzy niebezpieczną lukę. „Starego sprzętu w znacznej części już nie ma. Nowy dojeżdża. Nawet jak już dojechał, to ludzie nie są jeszcze przeszkoleni” - wyliczał.
Problem pogłębia brak załóg zapasowych. W broni pancernej, jak zaznaczył Dworczyk, nie ma przeszkolonych rezerw zdolnych zastąpić straty. Jeszcze trudniejsza jest sytuacja zasobów ludzkich w całych siłach zbrojnych.
Pobór zawieszono w 2009 roku, a szkolenie rezerwistów opisano jako „homeopatyczne”. Konsekwencje są wymierne: średnia wieku rezerwisty zbliża się do pięćdziesięciu lat, a ich liczba jest znikoma. „Trzeba mieć rezerwy, bo to rezerwy wygrywają wojny, a nie armie zawodowe” - argumentował Dworczyk. Płk Lewandowski częściowo polemizował z tą tezą, podkreślając, że „rezerwiści walczą, i bez nich ci zawodowcy tej wojny nie wygrają. Jedni bez drugich nie wygrają”.
Osiem lat rządów i niewykorzystany czas
Prowadzący postawił Dworczykowi pytanie o odpowiedzialność za obecny stan armii, przypominając, że przez osiem lat współtworzył on rząd. Były minister przyznał się do części zaniechań. „Byłem członkiem rządu, więc ponoszę współodpowiedzialność polityczną” - powiedział.
Za konkretny błąd uznał brak przywrócenia powszechnego szkolenia wojskowego w 2022 roku. „W 22 roku, kiedy atmosfera była do tego najlepsza, nie przywróciliśmy obowiązkowego, powszechnego szkolenia wojskowego” - stwierdził. Dodał, że w budowaniu odporności państwa i obywateli „jesteśmy bardzo bliscy zera”.
Jednocześnie Dworczyk wskazał na działania, które ocenia pozytywnie: utworzenie Wojsk Obrony Terytorialnej w 2017 roku, wprowadzenie dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, program dla studentów oraz ustawę o obronie Ojczyzny z 2022 roku, która pozwoliła na skokowy wzrost finansowania. Zaznaczył, że liczebność armii rosła od 2015 roku „od niecałych stu tysięcy do stu kilkudziesięciu tysięcy”, a budżet obronny niemal się podwoił.
Problem, jak podkreślił, ma charakter europejski, nie tylko polski. „Przez dekady żyliśmy trochę na rachunek amerykański, w błogostanie polegającym na przekonaniu: wojny już nie będzie, będziemy tylko się bogacić”.
Brak dokumentu strategicznego
Dworczyk wskazał na fundamentalną lukę: Polska od 2020 roku nie przyjęła nowej strategii bezpieczeństwa narodowego. „To jest dokument matka. Z tego dokumentu wynika cały porządek pozostałych dokumentów, w tym wykonawczych - do jakiej wojny się przygotowujemy, z kim ta wojna będzie, jak mamy mieć zorganizowane nasze siły zbrojne” - tłumaczył.
Brak tego dokumentu uznał za obraz zaawansowania polskich przygotowań. „W 22 roku wybuchła wojna. Od 20 roku minęło już przeszło sześć lat. My cały czas jesteśmy na etapie przygotowań jednego dokumentu” - ocenił krytycznie.
Rozmówcy różnili się w ocenie, czy armia ma spójną koncepcję. Dworczyk odniósł wrażenie, że Polska nie przygotowuje się do żadnego konkretnego konfliktu, realizując raczej „różne mniej lub bardziej ciekawe pomysły polityków”. Jako przykład niespójności wskazał deklaracje o armii liczącej 300 tysięcy, potem 500 tysięcy żołnierzy oraz kolejne dywizje - piątą, szóstą, siódmą.
Płk Lewandowski bronił tezy, że armia dysponuje koncepcją, choć sam zgłaszał wątpliwości wobec niektórych decyzji. Komentując zapowiedź zakupu 500 wyrzutni HIMARS, uznał ją za deklarację polityczną. „Nie sądzę, że ich docelowo będzie tyle” - powiedział, zwracając uwagę na koszty utrzymania zdolności i wyszkolenia pięciuset obsług.
Przygotowanie do innej wojny
Płk Lewandowski przestrzegł przed kopiowaniem obrazu obecnego konfliktu. „Nie jesteśmy przygotowani do takiej wojny, która jest na Ukrainie, i my się nie powinniśmy do niej przygotowywać. Powinniśmy przygotowywać się do tej wojny, która może być po tej wojnie” - argumentował, dodając, że następny konflikt nie będzie wyglądał tak samo.
Zastrzegł jednocześnie istnienie realnego zagrożenia. Nie można odrzucać scenariusza, w którym Rosja „płynnie przejdzie, traktując kolejny konflikt w Europie jako kontynuację specjalnej operacji wojskowej”. Dlatego, jak zaznaczył, czas na przygotowania jest ograniczony.
Dla pułkownika kluczem nie jest sama liczebność armii, lecz zdolność jej odtwarzania w trakcie wojny. „Kluczem jest nie stworzenie 500 tysięcy, tylko uzupełnianie ponoszonych strat. Siły zbrojne podczas konfliktu muszą się rozbudowywać, a nie zmniejszać” - wyjaśnił. Przywołał historyczną zasadę: armie malejące w trakcie wojny przegrywają, rosnące - zwyciężają.
Przemysł zbrojeniowy i lekcja z Ukrainy
Dworczyk wskazał na konieczność autonomii produkcyjnej, powołując się na doświadczenie Ukrainy. Po wybuchu wojny państwowy koncern Ukroboronprom, odpowiednik Polskiej Grupy Zbrojeniowej, przestał być głównym dostawcą. „Dzisiaj Ukroboronprom dostarcza bardzo mały procent uzbrojenia, a pozostałe produkowane jest przez mnóstwo małych, prywatnych ukraińskich firm” - relacjonował.
Przestawienie przemysłu zajęło Ukrainie ponad rok, podczas którego kraj był zdany na pomoc sojuszników. Dworczyk ostrzegł, że Polska może stanąć przed podobnym wyzwaniem, zwłaszcza że znaczną część sprzętu zamawia w Korei, gdzie również istnieje ryzyko wybuchu wojny, oraz liczy na dostawy zza oceanu.
Były minister apelował o zmianę przepisów tak, by polski rynek zbrojeniowy współtworzyły prywatne małe i średnie firmy. Ocenę ośmiu lat rządów w tym obszarze podsumował dosadnie: „jeżeli chodzi o polski przemysł zbrojeniowy, to była malownicza katastrofa”. Jako wyjątek wskazał inwestycję Polskiego Funduszu Rozwoju w WB Electronics w 2017 roku. Dodał, że obecny rząd „zalicza malowniczą katastrofę” w tej samej dziedzinie.
Patologie wewnątrz sił zbrojnych
Obaj rozmówcy zgodzili się, że głęboka reforma wojska nie może zostać przeprowadzona przez polityków z zewnątrz - musi ją wykonać kadra w mundurach. Dworczyk wskazał na marnotrawstwo etatów bojowych. Jako przykłady podał ponad dwadzieścia wojskowych etatów na okręcie-muzeum ORP Błyskawica oraz stanowisko szefa ośrodka wypoczynkowego WOT obsadzone pułkownikiem.
Krytyce poddano też system emerytalny. Dworczyk przytoczył przypadek rówieśnika, który po służbie w instytucji wojskowej pobiera wcześniejszą emeryturę rzędu dziesięciu tysięcy złotych netto. „Państwa polskiego nie stać na tego typu wydawanie środków” - ocenił, postulując odmienne przeliczanie etatów bojowych i urzędniczych.
Płk Lewandowski przyznał, że problem mentalności dotyczy przede wszystkim samych sił zbrojnych. Przypomniał opór wobec tworzenia Wojsk Obrony Terytorialnej - również we własnym środowisku. „Moje otoczenie to byli głównie żołnierze zawodowi, w znacznej części weterani, trzy czwarte to była opinia negatywna” - wspominał. Dziś, po ośmiu latach pracy jako wykładowca w Centrum Szkolenia WOT, określa się jako stuprocentowy zwolennik tej formacji.
Rozmówcy wskazali też na patologie kadrowe. Dworczyk przytoczył własne doświadczenie ze szkoły podchorążych rezerwy w Zegrzu w 2002 roku, gdzie spośród ponad stu kursantów tylko on i dwie inne osoby nie miały krewnych w wojsku ani umówionego z góry stanowiska. „Ten system przez dekady niestety psuł się” - podsumował, zaznaczając, że po 2015 roku jedna patologia - awanse przez znajomości rodzinne - ustąpiła miejsca drugiej: awansom przez znajomości polityczne.
Potrzeba „genu wojownika”
Płk Lewandowski przedstawił własną diagnozę: armia, która przez lata nie walczyła, wykształciła ludzi przypominających bardziej urzędników niż wojowników. Misje w Iraku i Afganistanie, jego zdaniem, przyspieszyły rozwój części sił zbrojnych o dwie dekady, lecz po ich zakończeniu nastąpił regres.
Obaj postulowali obiektywną weryfikację kadry na kolejnych szczeblach kariery. „Żeby dojść na wyższe stanowisko dowódcze, trzeba przejść przez wszystkie szczeble, gdzie na każdym stanowisku musisz zostać oceniony przez zewnętrzną komisję. I te wszystkie informacje powinny być jawne i transparentne” - mówił Dworczyk.
Płk Lewandowski podkreślił, że na stanowiska pułkownikowskie i generalskie powinni trafiać ludzie z „genem wojownika”, zdolni do podejmowania decyzji i ponoszenia odpowiedzialności. „Ludzie odważni będą w stanie powiedzieć politykom nie” - argumentował. Dworczyk wskazał, że takie kryteria może wprowadzić sam minister obrony, ponieważ Departament Kadr jest częścią resortu.
Rozmówcy odnotowali też problem braku mentalności ofensywnej. Płk Lewandowski przeciwstawił polskiej ostrożności asertywność Ukrainy, która w czasie wojny prowadzi działania na terytorium przeciwnika. Dworczyk przytoczył przypadek szefa jednej ze służb, który po wybuchu wojny odmówił przyjęcia kilkudziesięciu milionów złotych na fundusz operacyjny, „bo nie chciał mieć kłopotów”.
Dyskusja jako punkt wyjścia
Raport środowiska Rozwój Plus, zatytułowany „Armia na wojnę, nie na defiladę”, jego autorzy przedstawiają jako dokument otwierający debatę, a nie gotowy program. Dworczyk zapowiedział, że pełny program obronny ma powstać w ciągu kilku miesięcy, po konsultacjach.
Obaj rozmówcy podkreślili, że odpowiedzialność za obronność spoczywa nie tylko na politykach i wojskowych, lecz na całym społeczeństwie. Jako wzór pogodzenia dobrobytu z gotowością obronną wskazali Finlandię i Estonię. Płk Lewandowski zwrócił uwagę na nadrzędny cel budowy rezerw: wiarygodna zdolność do długotrwałego konfliktu ma odstraszyć przeciwnika. „Głównie chodzi o to, żeby tej wojny nie było” - podsumował.