Powrót

Profesor Marcin Matczak: żyjemy w państwie permanentnego stanu wyjątkowego

Profesor Marcin Matczak, filozof prawa, w rozmowie z Igorem Janke na Kanale Otwartym ostrzegł przed stopniowym oddawaniem wolności w zamian za obietnicę bezpieczeństwa. Jego zdaniem politycy i media społecznościowe potęgują strach, a obywatele coraz chętniej akceptują kolejne ograniczenia, nie sprawdzając, czy są one konieczne, skuteczne i proporcjonalne.

Punktem wyjścia rozmowy stała się reakcja państwa na niedawne incydenty w polskich szkołach oraz rosnące poczucie zagrożenia - od terroryzmu i migracji po możliwość wojny. Matczak przekonywał, że nie każde zagrożenie uzasadnia każdą reakcję, a brak społecznej czujności wobec ograniczeń wolności jest groźniejszy, niż się powszechnie sądzi.

Handel wolnością za bezpieczeństwo

Matczak przypomniał, że mechanizm wymiany wolności na bezpieczeństwo nie jest nowy. Jego symboliczny początek wyznaczyły zamachy z 11 września 2001 roku.

„Oddajcie nam trochę waszej wolności, a my wam zagwarantujemy bezpieczeństwo” - tak profesor streścił logikę, która uruchomiła się po ataku na World Trade Center. To wtedy, jak wskazał, zaczęto mówić o zjawisku „państwa stanu wyjątkowego”.

Zwrócił uwagę, że młodsi odbiorcy nie pamiętają świata sprzed tej cezury. Do samolotów można było wnosić przedmioty dziś zakazane, nie wszędzie przechodziło się przez bramki. Z czasem pojawiły się wzmożone kontrole, a nawet ograniczenia dotyczące płynów - bo i z nich można stworzyć zagrożenie.

Problem w tym, że stan wyjątkowy - jak sama nazwa wskazuje - powinien być wyjątkowy. Tymczasem, jak zauważył Matczak, część badaczy po 2001 roku dostrzegła, że „państwom trochę się spodobała ta sytuacja, w której obywatele są wystraszeni”. Niektóre kraje stały się państwami permanentnego stanu wyjątkowego, w których ograniczenia raz wprowadzone już nie są znoszone.

Zasada proporcjonalności i selektywna czujność

Centralnym pojęciem całej rozmowy była proporcjonalność - zasada zapisana w polskiej konstytucji i konstytucjach wielu innych państw. Matczak przypomniał jej trzy warunki: ograniczenie wolności jest dopuszczalne tylko wtedy, gdy jest konieczne, skuteczne i proporcjonalne w ścisłym sensie, czyli nie przynosi więcej szkody niż korzyści.

Profesor zwrócił uwagę na niepokojącą asymetrię. W czasie pandemii Polacy byli bardzo wyczuleni na proporcjonalność. „Czy wy musicie zamykać te lasy? Czy ja muszę nosić tę maskę na otwartym powietrzu? Czy ten lockdown musi być tak długi?” - tak opisał ówczesne pytania.

Tymczasem w obliczu zagrożeń takich jak terroryzm, zamieszki czy migracja ta czujność, jego zdaniem, spada. „My mówimy: to chyba jest uzasadnione, nie sprawdzamy. Jak chcecie zamknąć granicę - być może trzeba zamknąć granicę. Wy wiecie lepiej” - zrelacjonował typową postawę. Zdaniem Matczaka poziom wrażliwości powinien być w obu przypadkach taki sam.

Najbardziej niepokoi go „znieczulenie na liczbę ograniczeń”. Opisał mechanizm narastania: gdy zagrożenie rośnie, ograniczenia rosną wraz z nim, ale gdy słabnie - nikt ich nie znosi. „My już nie schodzimy, tylko dodajemy. I dodajemy, i dodajemy” - ostrzegł.

Media społecznościowe jako wzmacniacz strachu

Nowym elementem, którego nie było w momencie narodzin państwa stanu wyjątkowego, są media społecznościowe. Matczak podkreślił, że dziś „nikt poziomu strachu nie kontroluje”.

Dawniej funkcję tzw. gatekeeperów pełniły wielkie agencje informacyjne, gazety i stacje telewizyjne, w których obowiązywały kodeksy odpowiedzialnego informowania. Prowadzący rozmowę Igor Janke, powołując się na doświadczenia z czasów, gdy był redaktorem naczelnym Polskiej Agencji Prasowej, przypomniał, że sam opisywał zasady tego, co można pokazywać, a czego nie.

Matczak wyjaśnił, dlaczego to miało znaczenie. Istnieje zjawisko copycat - kopiowania złych zachowań, szczególnie groźne w przypadku samobójstw czy ataków nożowników. „Jeżeli go się opisuje w szczegółach, to ktoś sobie może to zobaczyć, pomyśleć: też kogoś nienawidzę, też myślałem kiedyś o tym, żeby agresją rozwiązać moje problemy - a tu widzę, że to w pewnym sensie jest legitymowane” - tłumaczył.

Gdy informowanie przechodzi z machin scentralizowanych na zdecentralizowane, w których każdy bez odpowiedzialności może powielić i wyolbrzymić zagrożenie, poczucie zagrożenia przestaje odpowiadać jego realnej skali. To - jak zauważył Matczak - ułatwia państwu „handlowanie bezpieczeństwem za wolność”.

Profesor skrytykował w tym kontekście wystąpienie premiera podczas wydarzeń w szkołach, podczas którego - jego zdaniem - padły nieprawdziwe informacje. „Premier powinien szczególnie mieć świadomość. On jest gatekeeperem informacji. Wie, że każda informacja, którą poda, może spowodować panikę” - ocenił. Jednocześnie wskazał, że ataków dokonali w większości uczniowie tych szkół, a nie osoby z zewnątrz, mimo to policja pojawiła się w całym kraju.

Przy krótkotrwałych, bardziej rygorystycznych reakcjach Matczak był jednak wyrozumiały. Zjawisko copycat jest psychologiczne i krótkotrwałe - kluczowe są pierwsze dni. Obecność uzbrojonych funkcjonariuszy może wtedy zablokować „drugą myśl” u kogoś, komu przychodzą do głowy złe pomysły. Groźne staje się dopiero utrwalanie takich ograniczeń po ustaniu zagrożenia.

Cenzura algorytmu i erozja debaty

Matczak zakwestionował przekonanie, że rozbicie monopolu wielkich mediów oznaczało pełne zwycięstwo wolności słowa. Wolność wypowiedzi nazwał fundamentem funkcjonowania społeczeństwa - to dzięki deliberacji, w której żaden głos nie jest wyłączony, podejmowane są lepsze decyzje.

Problem w tym, że informacji jest dziś tak dużo, iż konieczna stała się selekcja. „To ani ja, ani pan nie wybieramy, tylko wybiera nowy cenzor, którym jest algorytm” - stwierdził profesor. Algorytm pokazuje część świata, a inną ukrywa, działając jak nawigacja, która „kieruje nas tam, gdzie akurat mamy chęć iść”, podsycając emocje.

Drugim zagrożeniem jest przekształcenie mowy w broń - hejt, który szczególnie dotyka młode pokolenie. Matczak powołał się na badania Jonathana Haidta dotyczące kryzysu psychicznego młodzieży dorastającej ze smartfonem i mediami społecznościowymi.

Tu profesor zastosował własną zasadę proporcjonalności. Ograniczenie dostępu dzieci do mediów społecznościowych byłoby ograniczeniem wolności, ale - jego zdaniem - uzasadnionym, bo popartym dowodami naukowymi. Porównał to do zakazu palenia i picia alkoholu przez dzieci, którego nikt nie nazywa naruszeniem wolności. Warunkiem jest jednak „karta na stół” - państwo musi udowodnić, że ograniczenie jest konieczne, a nie opierać się na ogólnym strachu.

Janke dodał własne doświadczenie: jako twórca portalu Salon24 najpierw cieszył się z odblokowania debaty, a potem obserwował, jak pojawia się „szlam komentarzy, agresji, fatalnych rzeczy”. Matczak odpowiedział ostrożnym optymizmem - jego zdaniem społeczeństwo stopniowo uczy się krytycznego myślenia, a mechanizmy takie jak notatki społeczności na platformie X pomagają weryfikować fałszywe informacje.

Dostęp do broni: diabeł tkwi w szczegółach

Osobny wątek dotyczył propozycji liberalizacji dostępu do broni, podnoszonej m.in. przez prezydenta Karola Nawrockiego. Matczak uznał, że w tym przypadku zagrożenie - wojna i ataki hybrydowe - jest realne, a nie wyolbrzymione.

Jako prawnik domagał się jednak szczegółów. Opisał relację młodego człowieka ubiegającego się o pozwolenie na broń sportową: rok oczekiwania, pobieżne spotkanie z psychologiem i krótka wizyta dzielnicowego, ale czterogodzinna kolejka przy składaniu dokumentów. „Jedne rzeczy trzeba utrudnić, bo ocena psychologa powinna być pełniejsza, a inne skrócić” - ocenił.

Profesor zwrócił uwagę na zależność, której, jego zdaniem, zabrakło w debacie. „Większa dostępność do broni koreluje z większymi masakrami w szkołach” - powiedział, zastrzegając, że mówi o korelacji, nie o przyczynowości. Wskazał, że do masakr dochodziło także w przywoływanych jako wzór Finlandii i Czechach - przy czym broń bywała kradziona członkom rodziny.

Jego główny zarzut dotyczy sposobu komunikacji politycznej. Hasło „jesteśmy zagrożeni, musimy się zbroić” przynosi zysk polityczny, zanim ktokolwiek zapyta o szczegóły. „Nikt w te szczegóły nie będzie wchodził” - przestrzegł. Jednocześnie poparł masowe szkolenie obywateli z używania broni, zauważając, że problem ze strzelaniem mają podobno nawet służby mundurowe.

Służba wojskowa, wolne służby i granica

Matczak jednoznacznie poparł przygotowanie obywateli na realne zagrożenie wojenne. „Jestem wściekły, że to jeszcze nie działa” - powiedział, wskazując, że po ponad czterech latach od pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę Polska dopiero zaczyna dyskusję, choć powinna już mieć wyszkoloną „połowę narodu”.

Opowiedział się za proporcjonalną, dobrze przemyślaną formą służby państwowej lub wojskowej - niekoniecznie dwuletniej. Zapytany o kilkumiesięczne szkolenie dla wszystkich młodych ludzi, niezależnie od płci, odpowiedział: „Absolutnie tak”. Docenił też jego funkcję społeczną - budowanie spójności, gdy spotykają się osoby z bogatych i biednych rodzin.

Profesor podzielił się pozytywnym wrażeniem z wizyty na granicy z Białorusią, gdzie wraz z grupą absolwentów szkoły przywództwa gościła Straż Graniczna. „Tak jak na nasze państwo narzekam, to tam miałem poczucie, że państwo jest z żelaza” - przyznał. Funkcjonariuszy ocenił jako świetnie wyszkolonych, wyposażonych i świadomych granic użycia środków. Liczba nielegalnych przekroczeń granicy, jak zaznaczył, znacznie spadła.

Europa w kryzysie i ostrzeżenie przed samozadowoleniem

W końcowej części rozmowy pojawił się wątek kryzysu zachodnich demokracji - Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Janke opisał wrażenia z Saksonii-Anhalt, gdzie na osiedlach z pustostanami rośnie poparcie dla AfD.

Matczak, deklarując dumę z Polski jako osoba wychowana w PRL-u, przestrzegł jednak przed samozadowoleniem. Jego zdaniem problemy Francji i Wielkiej Brytanii wynikają częściowo z kolonialnej przeszłości, której Polska nie miała - nasz brak podobnych napięć może więc być „przypadkiem historii”, a nie efektem mądrości.

Profesor przestrzegł też przed uproszczeniem, że wystarczy się zamknąć. Przypomniał, że Niemcy sprowadzały tureckich pracowników z realnych powodów gospodarczych, a Polska dziś korzysta z podobnych kulturowo pracowników z Ukrainy i Białorusi. „To trochę nam tak wyszło. Nie jest tak, że to wymyśliliśmy” - zauważył.

Zamiast patrzeć na kraje pogrążone w kryzysie, Matczak zaproponował inne pytanie: „Czy Polska zamiast myśleć o polexicie nie może pomyśleć o tym, w jaki sposób stać się liderem Unii Europejskiej”. Janke przyznał, że zbieżność poglądów jest tu większa, niż oczekiwał.

Jako przykład nierozwiązanego, konkretnego problemu obaj wskazali ukraińskie dzieci pozostające poza polskim systemem edukacji - według liczby przywołanej w rozmowie nawet 200 tysięcy. Dziś, gdy są młode, nie stanowi to problemu, ale za kilka lat, bez wykształcenia, może powtórzyć się scenariusz znany ze Szwecji. „Ja nie mówię, żeby wypędzać. Zarządźmy tym” - podkreślił Matczak.

Rozmowa zakończyła się pesymistyczną, lecz precyzyjną diagnozą. Zdaniem Matczaka problemy społeczne rozwiązuje się na niskim poziomie technicznym, w sposób mało spektakularny, podczas gdy debata toczy się na szczycie, w języku sloganów budzących emocje. Kluczowe pytanie brzmi, czy obywatele, dziennikarze i politycy zachowają zdolność do zadawania najtrudniejszych pytań. „Na razie nie ma żadnego światełka w tunelu, albo tylko maluteńkie” - ocenił profesor, przypominając, że mimo wszystko żyjemy w demokracji, która ma takie ograniczenia, jakie ma.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter