Prokurator generalny Ukrainy uciekł przez Polskę. Za nim afera na miliardy
Prokurator generalny Ukrainy Krawczenko opuścił kraj 14 września o drugiej w nocy, przekraczając granicę z Polską służbowym samochodem. Jego ucieczka nastąpiła w związku ze śledztwem Narodowego Biura Antykorupcyjnego (NABU), które ujawniło, że Prokuratura Generalna Ukrainy sama miała organizować cyberprzestępczy proceder wyłudzeń na skalę europejską. Miejsce pobytu byłego prokuratora pozostaje formalnie nieznane.
Afera zaczęła się od wejścia funkcjonariuszy NABU do Biura Prokuratury Generalnej - początku operacji o kryptonimie „Kartagina”. Według śledczych w budynku prokuratury znaleziono szafy pełne gotówki. Aresztowano jednego człowieka, Siergieja Kropywę, dyrektora Departamentu Cyberprzestępczości Ukrainy. Oskarżenia objęły jednak samego prokuratora generalnego.
Ustalenia śledztwa wskazują, że Prokuratura Generalna nie tylko nie zwalczała cyberprzestępczości, lecz ją organizowała. NABU wykryło sieć tak zwanych call center - łącznie miało ich być 1500, a pracowało w nich około 60 tysięcy osób. Ich zadaniem było wyłudzanie pieniędzy poprzez podszywanie się pod banki.
Ofiarami także Polacy
Działalność prowadzono nie tylko na Ukrainie, ale w całej Europie. Oznacza to, że osoby, do których dzwonił rzekomy pracownik banku próbujący wyłudzić numer rachunku, hasło lub pieniądze, mogły paść ofiarą tej właśnie struktury. Według relacji prokuratorzy mieli czerpać z procederu około 30 milionów dolarów miesięcznie.
Sprawa pozostawia liczne pytania bez odpowiedzi. Pierwsze dotyczy tego, dlaczego władze Ukrainy pozwoliły Krawczence opuścić kraj. Drugie, istotniejsze z polskiej perspektywy, brzmi: dlaczego polskie służby nie zatrzymały go na granicy, mimo że wiele wskazywało już wtedy na jego udział w przestępstwach popełnianych również na terenie Polski.
Krawczenko należał do ścisłej elity ukraińskiej władzy i dysponował rozległą wiedzą o jej funkcjonowaniu. Z tego powodu - nawet gdyby nie doszło do aresztowania - powinien co najmniej zostać przesłuchany przez polskie służby zainteresowane sytuacją po drugiej stronie granicy.
Nie tylko prokuratura
Wszystko wskazuje na to, że w proceder zaangażowany był nie tylko sam prokurator generalny, ale też inni ludzie z ukraińskiej elity władzy, prawdopodobnie z otoczenia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Sam Krawczenko przed ucieczką próbował się bronić - dążył do aresztowania dyrektora NABU, instytucji prowadzącej śledztwa antykorupcyjne, która ostatecznie zmusiła go do opuszczenia kraju.
Co do tego, dlaczego proceder trwający wiele lat ujrzał światło dzienne właśnie teraz, funkcjonują dwie interpretacje. Pierwsza zakłada, że na Ukrainie działają ludzie autentycznie zaangażowani w walkę z korupcją, skupieni wokół NABU i Narodowej Prokuratury Antykorupcyjnej, którzy odkrywają kolejne afery.
Druga interpretacja, nie wykluczająca pierwszej, wiąże ujawnienie afery z toczącymi się rozmowami o pokoju na Ukrainie. Amerykanie, w dużej mierze kontrolujący ukraińskie instytucje antykorupcyjne, mogliby w ten sposób wywierać presję na Zełenskiego, by skłonić go do ustępstw. Waszyngtonowi zależy na doprowadzeniu przynajmniej do zawieszenia broni między Rosją a Ukrainą.
Sprawa wpisuje się w szerszy ciąg śledztw NABU. Wcześniejsza operacja „Midas” ujawniła, że wysocy urzędnicy brali pieniądze za wstrzymanie budowy osłon obiektów energetycznych, które miały chronić infrastrukturę przed rosyjskimi atakami. Nowa afera stanowi jednak kolejny poziom - urzędnicy nie tylko pobierali prowizję od istniejących schematów korupcyjnych, ale sami je tworzyli.
Historia jako zasłona dymna
Zełenski odcina się od Krawczenki i wzywa Radę Najwyższą do powołania nowego prokuratora generalnego, określając działania byłego prokuratora jako niedopuszczalne. Równocześnie szef jego kancelarii Kyryło Budanow opublikował wpis, który nie dotyczy zarzutów korupcyjnych, lecz historii stosunków polsko-ukraińskich - potępił akcję „Wisła”, czyli przesiedlenia Ukraińców, Bojków i Łemków z południowo-wschodniej Polski na północ kraju w okresie PRL.
Choć akcja „Wisła” jest godna potępienia, przesunięcie uwagi ukraińskich władz na tematy historyczne - zamiast na mechanizmy korupcyjne - można odczytywać jako próbę przykrycia afery. Można domniemywać, że im więcej afer korupcyjnych na Ukrainie, tym częściej urzędnicy będą wracać do historii i przedstawiać ją w sposób odpowiadający części ukraińskiej opinii publicznej, w tym środowiskom nacjonalistycznym.
Za tym mechanizmem stoi także sytuacja polityczna. W Radzie Najwyższej prezydent nie ma już większości i musi zabiegać o głosy partii nacjonalistycznych, odwołujących się między innymi do tradycji UPA. To tłumaczy charakter wpisu Budanowa.
Ucieczka Krawczenki nie jest odosobnionym przypadkiem. Podobnie postąpił Timur Mindicz w czasie związanej z nim afery - również przejechał przez terytorium Polski, po czym wyleciał do Izraela. Krawczenko formalnie udał się w delegację do Paryża, którą wypisał sam sobie, a nocą 14 września przekroczył polską granicę. Od tego momentu nie był widziany publicznie, a wszystko wskazuje, że na Ukrainie już się nie pojawi. Kolejne afery korupcyjne prawdopodobnie wciąż będą wychodzić na jaw.