Putin obiecał stabilność. Historia Rosji podpowiada, co dalej
Rosyjscy analitycy i część elit Federacji Rosyjskiej sięgają po historię ostatnich lat Imperium Rosyjskiego, by odpowiedzieć na pytanie o przyszłość kraju rządzonego przez Władimira Putina - wynika z rozmowy dr. Michała Sadłowskiego, przeprowadzonej w cyklu poświęconym Rosji. Punktem wyjścia stała się głośna książka Michaiła Zygara „Imperium powinno umrzeć” z 2017 roku, którą badacz odczytuje jako ostrzeżenie: brak reform w odpowiednim czasie grozi katastrofą podobną do tej z 1917 roku.
Reporterska opowieść o upadku imperium
Autorem omawianej książki jest Michaił Zygar - dziennikarz, były korespondent wojenny koncernu Kommiersant oraz były redaktor naczelny opozycyjnej telewizji Dożd, dziś działającej na emigracji. Sadłowski określa go jako postać „wielowymiarową”, łączącą reporterstwo z analizą politologiczną publikowaną głównie po angielsku.
„Imperium powinno umrzeć” to opis ciągu wydarzeń od 1900 roku po rewolucję bolszewicką, przedstawiony na przykładach konkretnych ludzi. Sadłowski chwali warstwę reporterską i literacką: książka „po rosyjsku jest naprawdę świetnie napisana”, a historię prowadzi w sposób lekki i czytelny, docierając do masowego czytelnika tam, gdzie badaczom rzadko się to udaje.
Badacz zwraca uwagę na obecny w książce fatalizm. Kluczową postacią jest Mikołaj II, który - mimo sygnałów o wybuchu rewolucji lutowej - nie jest w stanie pójść na ustępstwa. Zygar pisze, że car łatwo zrzekł się tronu, najpierw na rzecz syna, później brata, natomiast każde odstępstwo od samodzierżawia „po prostu było niemożliwe”. To jego wychowanie i ukształtowanie, zdaniem autora, prowadzą kraj ku upadkowi.
Finał książki to scena, w której Lenin rozmawia z Trockim, oboje zaskoczeni łatwością przewrotu. Władza w Piotrogrodzie zmieniła się w praktyce w jeden dzień, choć - jak podkreśla Sadłowski - bolszewicy mieli opór we własnych szeregach, bo nie wszyscy popierali dokonanie przewrotu.
Historia jako narzędzie sporu o teraźniejszość
Zdaniem Sadłowskiego książka wpisuje się w szerszy mechanizm: w Rosji historia bywa wykorzystywana do dyskusji o przyszłości. Stulecie rewolucji, obchodzone w latach 2017-2018, stało się pretekstem do rozważań rosyjskich elit o tym, „co jest i co będzie”.
Nasuwa się porównanie między samodzierżawcami a obecną władzą wywodzącą się ze służb. „Czy oni są w stanie sami się przemyśleć?” - tak Sadłowski formułuje pytanie, które jego zdaniem stanowi cenną myśl książki. Chodzi o to, czy dzisiejsze elity potrafią przeprowadzić reformy, których zabrakło przed 1917 rokiem.
Drugą istotną tezą Zygara jest przekonanie wyrażone w epilogu, że głównym motorem historii jest błąd. Sadłowski wskazuje, że to charakterystyczne przesłanie dla nastroju panującego w Moskwie dekadę temu - gdy zakładano, że biologia i obiektywne ograniczenia sprawią, iż Putin w pewnym momencie odejdzie, a najgorsze scenariusze się nie ziszczą.
Badacz zauważa, że Zygar częściowo przewidział bieg wydarzeń. W zakończeniu książki pisał, że część Rosjan zastanawia się, czy nie wyjeżdżać i nie zabrać kapitału zgromadzonego w latach stabilności, bo „być może czeka nas jakaś zawierucha”.
Antybolszewicka i antyputinowska wymowa
Sadłowski odczytuje książkę jako jednoznaczne ostrzeżenie. Jest ona przy tym wyraźnie antybolszewicka: Zygar wypomina bolszewikom, że obiecywali pokój, a doprowadzili do wojny domowej, obiecywali ziemię, a doprowadzili do kołchozów. Trzy hasła - pokój, ziemia i fabryki - skończyły się, w ujęciu autora, tragedią i milionowymi ofiarami.
Książka ma też, według badacza, charakter antyputinowski i antylegalistyczny. Putin „boi się rewolucji”, dla którego każda zmiana jest czymś negatywnym. Portrety bohaterów - Stołypina, Struwego, Milukowa i Lenina - pokazują tych ludzi z bliska. Lenin jawi się jako fanatyk o ortodoksji ideologicznej i ascetyzmie, który pozwala mu zabijać w imię idei.
Sadłowski zgłasza wobec książki zastrzeżenia natury historycznej. Jego zdaniem Zygar idealizuje Rosję przedrewolucyjną, podobnie jak w Polsce idealizuje się II Rzeczpospolitą. Autor przecenia też skalę społeczeństwa obywatelskiego, które - jak wskazują badacze - dopiero się kształtowało i rozwijało w duchu korporacyjnym: lekarze, felczerzy, przedsiębiorcy czy rzemieślnicy organizowali się, ale myśleli raczej interesem grupowym niż dobrem wspólnym.
Mimo tych uwag badacz nie deprecjonuje książki. Uznaje ją za „świeżą” i pozwalającą spojrzeć na dzieje w sposób porównawczy - użyteczny do refleksji nie tylko o 1917 roku, lecz także o latach dziewięćdziesiątych i o tym, co może nastąpić po Putinie.
Echo lat dziewięćdziesiątych
Sadłowski dostrzega analogię między idealizowanymi przez Zygara okcydentalizowanymi elitami epoki przedrewolucyjnej a rosyjskimi demokratami lat dziewięćdziesiątych. W obu przypadkach recepcja zachodnich koncepcji politycznych była niedoskonała, a realizacja polityki na sposób zachodni obarczona licznymi słabościami.
To - zdaniem badacza - tłumaczy, dlaczego dla przeciętnego Rosjanina lata dziewięćdziesiąte pozostają największą traumą. Kojarzą się nie z końcem dyktatury, lecz z brakiem porządku, pracy i pieniędzy, z gangsterką i rozkradaniem majątku narodowego.
Sadłowski przypomina, że bolszewicy przez dziesięciolecia deprecjonowali siły demokratyczne i liberalne jako burżuazję działającą na zachodnią modłę. Analogiczna krytyka dotyka dziś demokratów lat dziewięćdziesiątych, przedstawianych jako zdrajcy, którzy sprzedali majątek i wykoleili to, co zostało po imperium.
Badacz stawia też trudniejsze pytanie o materiał społeczny. Aby państwo stało się demokratyczne, potrzebne jest odpowiednie zaplecze - a po Związku Radzieckim, jak ocenia, było ono słabe, ukształtowane w systemie totalitarnym, nieprzywykłe do prawa własności i demokratycznego samoograniczenia.
Dworzanie zamiast podmiotów politycznych
Rozmówcy analizują psychologię rosyjskich elit zarządczych. Sadłowski porównuje dzisiejszych technokratów, jak mer Moskwy Siergiej Sobianin, do postaci z przełomu wieków. Zastanawia się, czy bliżej im do Stołypina, czy do Siergieja Wittego - sprawnego administratora, który jednak w kluczowych momentach stawał po stronie samodzierżawia, a nie liberalizacji.
Zdaniem badacza część dzisiejszych elit to raczej dworzanie niż samodzielne podmioty polityczne. Brakuje im poczucia sprawczości i woli walki z reżimem. Modernizują i przebudowują, lecz wobec decyzji płynących z góry nie są w stanie się przeciwstawić, świadomi, że próba oporu może skończyć się dla nich fatalnie.
Sadłowski dopuszcza jednak, że podmiotowość może zrodzić się z sytuacji. W momencie osłabienia struktur państwowych lub kryzysu ci sami ludzie mogliby ją zyskać. Przypomina, że w 1917 roku życie polityczne wybuchło gwałtownie w kraju, w którym niemal go nie było - po zniesieniu cenzury i w warunkach rodzącej się nowoczesności informacyjnej.
Czarny łabędź i widmo nowego Prigożyna
Osobnym wątkiem rozmowy jest rola przypadku i jednostki w dziejach - to, co Rosjanie nazywają „czarnym łabędziem”. Sadłowski wskazuje, że Lenin osobiście wymusił na niechętnych bolszewikach decyzję o przewrocie i „wstrzelił się w moment”, zmieniając bieg historii.
Współczesnym odpowiednikiem takiego wydarzenia stał się bunt Jewgienija Prigożyna. Badacz, który przebywał wówczas w Petersburgu, wspomina panikę: „mnóstwo ludzi dzwoniło i pytało, co się dzieje”, także z zachodnich ambasad, bo „wszystko, co mieli poukładane w głowach, mogło za chwilę runąć”.
Prigożyn, jak analizuje Sadłowski, był postrzegany jako człowiek z ludu, choć w istocie należał do elity - pozostając wszakże przy niej, nigdy w pełni przez nią zaakceptowany. Miał w sobie „dozę romantyzmu Pugaczowa”, buntownika ludowego. Badacz nie wyklucza pojawienia się kolejnych postaci tego typu, zwłaszcza wobec rosnącej dezorientacji społecznej i zapotrzebowania na kogoś, kto „zrobi porządek”.
Zamrożenie wojny jako gra o przetrwanie
Sadłowski uważa, że władze Rosji podporządkowują swoje działania jednemu celowi - uniknięciu scenariusza rewolucyjnego. Putin ma jego zdaniem pozostawać pod presją zarówno elit, jak i Zachodu, gdzie oferty zamrożenia konfliktu wiążą się z argumentem, że niekontrolowane załamanie Rosji zagroziłoby Azji Centralnej, Kaukazowi i Europie Wschodniej.
Pojawił się przy tym nowy czynnik, nieobecny w książce Zygara: masy weteranów wojennych. Część z nich straciła bliskich, część zyskała majątki, a wielu trafiło w fotele deputowanych. Badacz uznaje to za lekcję wyciągniętą z 1917 roku, gdy przeciwko carowi zwrócili się żołnierze - chłopi w mundurach. Putin próbuje ich dziś kupić i wtłoczyć w aparat państwa.
Elita prozachodnia, którą reprezentuje Zygar, znalazła się w odwrocie. Sadłowski porównuje ją do bolszewików sprzed rewolucji - zmuszoną do emigracji, konspiracji i działania z zagranicy. W kraju pozostały „sieroty sukcesu ekonomicznego”, głosujące na Jabłoko czy w ramach „mądrego głosowania”, lecz pozbawione zaplecza i stłamszone przez aparat siłowy.
Rozmowa prowadzi do wniosku, że jeśli Rosja pójdzie inną drogą, następcy Putina będą się rekrutować spośród środowisk nacjonalistycznych i prawicowych, a nie okcydentalistów. Książka Zygara, pisana kilka lat przed inwazją na Ukrainę, pozostaje aktualna jako ostrzeżenie - lecz opisany w niej świat nadziei na ewolucyjne reformy już się w dużej mierze zamknął.