Powrót

Republikanie ponoszą dotkliwą porażkę w wyborach połówkowych

W wyborach połówkowych w Stanach Zjednoczonych partia Donalda Trumpa poniosła znaczącą porażkę, tracąc kontrolę nad Senatem, Izbą Reprezentantów oraz większością obsadzanych stanowisk gubernatorów. Demokraci zajęli według najnowszych wyników 54 miejsca w Senacie wobec 44 dla republikanów oraz zdobyli zdecydowaną przewagę w Izbie Reprezentantów. Wyniki komentowali na Kanale Otwartym, w programie prowadzonym przez Igora Janke i Grzegorza Ślubowskiego, profesor Andrew Michta oraz współpracownicy Warsaw Freedom Institute połączeni z różnych miast Stanów Zjednoczonych: Jacek Frączak (Springfield, Missouri), Bartosz Mroczkowski (Los Angeles), Tomasz Mroczkowski (Waszyngton) i Patryk Brożek (San Francisco).

Najważniejszym rozstrzygnięciem okazał się Senat. Przed wyborami sondaże wskazywały, że Izba Reprezentantów zostanie zdobyta przez demokratów, natomiast wynik w wyższej izbie parlamentu pozostawał niejasny. W stanach uznawanych za kontrowersyjne, w których trudno było przewidzieć zwycięzcę, wygrali demokraci. Nierozstrzygnięte pozostawały jeszcze dwa stany, w tym Alaska, gdzie walka toczyła się o włos.

Symbolem skali zmiany stał się Teksas, tradycyjny bastion republikanów, w którym demokraci nie wygrali wyborów do Senatu od 1988 roku. James Talarico pokonał tam Kena Paxtona, zdobywając 55 procent głosów wobec 43 procent rywala - przewaga wyniosła ponad milion głosów. Urząd gubernatora przejęła Gina Hinojosa, odsuwając Grega Abbotta po trzech kadencjach.

W wyborach gubernatorów demokraci uzyskali przewagę 25 do 19. W Izbie Reprezentantów według najnowszych danych zdobyli 228 miejsc wobec 139 dla republikanów, przy czym do kontroli izby potrzeba 218 mandatów. Jak podkreślano w programie, 25 miejsc w Kongresie zmieniło barwy polityczne.

Michta: to łaźnia, którą sprawili demokraci

Profesor Andrew Michta, połączony z Florydy w środku nocy czasu lokalnego, określił skalę porażki republikanów w Senacie jako zaskakującą. „To jest naprawdę, nie wiem jak powiedzieć, bloodbath, łaźnia, którą niestety sprawili demokraci, głównie politykom Donalda Trumpa” - stwierdził.

Odniósł się do wpisu prezydenta Trumpa na platformie Truth Social, w którym ten zapewniał, że gdyby startował osobiście, wygrałby lawinowo. Michta ocenił to jako „czarowanie rzeczywistości”.

Analityk zwrócił uwagę, że wykoszenie republikanów nastąpiło przede wszystkim w okręgach, które Trump wygrywał bezapelacyjnie w wyborach prezydenckich. Wymienił miejsca w Kalifornii, Utah, Karolinie Południowej, Pensylwanii, Missouri, Ohio i New Jersey. Przegrali również bliscy prezydentowi politycy - Vivek Ramaswamy przepadł w Ohio, a od dawna zasiadająca senator Susan Collins z Maine straciła mandat.

Michta opisał także własne obserwacje z głosowania na Florydzie. „Przede wszystkim tłumy ludzi, które wyszły głosować” - zauważył. Senator Ashley Moody, mianowana przez gubernatora Rona DeSantisa na miejsce Marca Rubio, wygrała, jak to ujął, „dosłownie paznokciami” z lewicową kandydatką Partii Demokratycznej.

Gospodarka, korupcja i wojna w Iranie

Pytany o przyczyny porażki, Michta wskazał na dwa główne czynniki. Pierwszym jest gospodarka - rosnące ceny paliwa, benzyny, koszty domów i podstawowych artykułów. „Donald Trump w pierwszym swoim terminie dowiózł jedną bardzo ważną rzecz, dowiózł gospodarkę” - przypomniał, dodając, że obecnie sytuacja idzie w przeciwnym kierunku.

Drugim czynnikiem jest fragmentacja i rozczarowanie szerokiego ruchu MAGA polityką prezydenta. Analityk przywołał sondaż przeprowadzony przez Fox News, według którego 88 procent elektoratu wskazywało korupcję jako kwestię najbardziej ich niepokojącą - wyżej niż koszty życia. „To jest de facto referendum na temat ostatnich dwóch lat administracji Trumpa” - ocenił.

Michta podkreślił, że republikanie przez dwa lata nie wypracowali programu, opierając się wyłącznie na autorytecie prezydenta. „Słuchać się Trumpa to nie jest program polityczny” - stwierdził. Partia, jego zdaniem, stała się strukturą kręcącą się wokół jednej osoby, a „w taki sposób nie wygrywa się na skalę narodową”.

Istotną rolę odegrała też zmiana pokoleniowa. Analityk uznał zarówno Joe Bidena, jak i w pewnym stopniu Donalda Trumpa za „ostatni spazm generacji baby boomers”. Zwycięzcy w Teksasie - Talarico i Hinojosa - to przedstawiciele pokolenia milenialsów lub młodszego.

W sprawie wojny z Iranem Michta wskazał na wpływ cen paliw, ale także na niepewność elektoratu co do celów konfliktu. „Donald Trump nigdy nie wytłumaczył w sposób bezpośredni i taki trwały, jakie są cele tej wojny i jakie będzie jej zakończenie” - zaznaczył, przypominając o niespójnych komunikatach: uderzeniu na Iran i jednoczesnej zapowiedzi cięcia pomocy wojskowej dla Izraela.

Rola pieniędzy i przypadek Teksasu

Michta zwrócił uwagę na porażkę finansowego zaplecza kampanii. „Elon Musk wydał prawie pół miliarda dolarów w Teksasie na to, żeby wspierać kandydata republikańskiego, i przegrał, i to przegrał w sposób druzgoczący” - zarówno na poziomie gubernatora, jak i Senatu.

Analityk zastrzegł jednak, że pieniądze nadal odgrywają istotną rolę. Problemem w Teksasie była kandydatura. „Największe pieniądze bez dobrego kandydata nie są w stanie przełamać woli elektoratu” - ocenił. Przypomniał, że Trump z własnych powodów doprowadził do odsunięcia senatora Johna Cornyna w prawyborach, a kandydat, który go zastąpił, miał kłopoty z prawem i był niepopularny.

Kluczowe znaczenie dla wyniku w Teksasie miały głosy mniejszości. Jak wskazywano w programie, Latynosi, którzy dwa lata wcześniej w znacznej części poparli Trumpa, wrócili do Partii Demokratycznej. Według danych przytoczonych za Fox News odzyskała ona także głosy czarnoskórych Amerykanów.

Wszystkie największe aglomeracje stanu - El Paso, San Antonio, Houston, Austin, Fort Worth i Dallas - zagłosowały na Talarico. Jak charakteryzowano zwycięzcę, to 37-letni absolwent Uniwersytetu Harvarda i wykładowca teologii, zasiadający w Izbie Reprezentantów Teksasu od 2019 roku

Nowe twarze w Partii Demokratycznej

Michta ocenił, że demokraci wykorzystali słabość przeciwnika, lecz ich największym zadaniem pozostaje wypracowanie programu. Przytoczył rozmowę z jedną z liderek partii, która stwierdziła, że „wybory 2028 roku zaczynają się jutro”.

Analityk wskazał na napięcie wewnątrz partii między skrzydłem skrajnie lewicowym - demokratycznymi socjalistami Ameryki - a głównym nurtem. Zwrócił uwagę, że większość amerykańskiego elektoratu pozostaje tradycyjna i konserwatywna. „Większość polityki amerykańskiej jest w centrum” - podkreślił, ostrzegając demokratów przed powtórzeniem błędu MAGA.

Za przełomowy wynik uznał zwycięstwo Abdula El-Sayeda w Michigan - jeśli się potwierdzi, będzie on pierwszym muzułmaninem wybranym do Senatu, mimo ataków przedstawiających go jako radykała. Jako potencjalnego kandydata prezydenckiego Michta wymienił też senatora Jona Ossoffa z Georgii, który wygrał reelekcję.

Analityk zastrzegł jednak, że wskazywanie nazwisk na 2028 rok to „pisanie palcem na wodzie”, ponieważ dwa lata w amerykańskiej polityce to długi okres. Zwrócił uwagę, że republikanie mają własny problem - pozycja J.D. Vance'a i Marco Rubio będzie teraz kwestionowana.

Śledztwa zamiast impeachmentu

Pytany o możliwość impeachmentu, Michta rozróżnił postawienie w stan oskarżenia od skazania. „Jest impeachment i jest skazanie, i na to nie ma w tej chwili ani głosów, ani podejrzewam, nawet nie ma apetytu” - stwierdził.

Zapowiedział za to szereg śledztw, zwłaszcza dotyczących rodziny prezydenta. Jako obszary zainteresowania wymienił kryptowaluty oraz preferencyjne kontrakty dla firm. Przewidywał powrót sprawy tak zwanych kartotek Epsteina, których ujawnienie Kongres nakazał, a czego Departament Sprawiedliwości nie wykonał.

Analityk ocenił, że demokraci będą dążyć do odtworzenia równowagi między władzą wykonawczą a ustawodawczą. „Kongres amerykański spasował w zbyt wielkim stopniu” - zauważył, wskazując na malejącą od lat skłonność do pełnienia funkcji nadzorczej.

W administracji za najbardziej zagrożonego uznał sekretarza obrony. „Sekretarz obrony Pete Hegseth jest w bardzo trudnej sytuacji i może być jedną z tych osób, które odejdą” - ocenił. Przewidywał, że demokraci skupią się również na dyrektorze FBI.

Demokracja się samoreguluje

Michta zinterpretował wynik jako potwierdzenie amerykańskiej kultury politycznej. „W Stanach Zjednoczonych demokracja i w ogóle decyzja elektoratu jest wpieczona w całą kulturę polityczną od początku istnienia tego państwa” - stwierdził.

Analityk uznał porażkę republikanów za „zimny prysznic” równie zdrowy jak wcześniejsza porażka demokratów. Przywołał przedwyborcze wystąpienie Trumpa, podczas którego prezydent opowiadał o renowacji basenu zamiast o sprawach dotyczących życia obywateli. „Przecież ja cię zatrudniłem nie po to, żebyś mi tutaj robił renowację, tylko po to, żebyś poprawiał mi jakość życia” - tak zrekonstruował perspektywę wyborcy.

Pozytywnie ocenił oświadczenie Trumpa, że nie będzie podważał ważności wyborów. „Mam nadzieję, że to jest również pewnego rodzaju afirmacja kultury politycznej Stanów Zjednoczonych, że są granice, których się nie przekracza” - powiedział.

Michta przewidział jednak trudny okres współrządzenia. Prezydent dysponuje prawem weta, co może doprowadzić do zakleszczenia polityki wewnętrznej. Jako wzór kompromisu przywołał relację między przewodniczącym Izby Reprezentantów Tipem O'Neillem a prezydentem Ronaldem Reaganem, którzy mimo publicznych sporów potrafili się dogadać.

Polityka zagraniczna i bazy w Polsce

Analityk ocenił, że pole manewru Trumpa w polityce zagranicznej pozostanie większe, lecz będzie postrzegany jako osłabiony przez Xi Jinpinga i Władimira Putina. W sprawie wojny z Iranem stwierdził, że „wszystkie zakłady trzeba położyć na bok”, przypominając, że prezydent nadal deklaruje, iż Iran nigdy nie zdobędzie broni jądrowej.

Michta zwrócił uwagę, że demokraci, przejmując kontrolę nad procesem legislacyjnym, mogą nie być zainteresowani budową stałej bazy amerykańskiej w Polsce - choćby z powodu jej związku z inicjatywą Trumpa. Przestrzegł przed nazwą „Fort Trump”, która wiąże projekt z jedną osobą i może zniechęcić kolejnego prezydenta.

Analityk podkreślił, że Kongres kontroluje budżet - „power of the purse” - i spodziewa się jego większej asertywności. Zaznaczył jednak, że żadna siła nie może zmusić prezydenta do wyboru określonego wysłannika, co dotyczy negocjatorów takich jak Jared Kushner i Steve Witkoff, działających bez zatwierdzenia przez Senat.

Michta opowiedział się za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce - co najmniej dwóch ciężkich brygad - oraz za dokończeniem Centralnego Portu Komunikacyjnego i budową infrastruktury kolejowej służącej mobilności wojskowej. Przestrzegł europejskich przywódców przed mieszaniem się w wewnętrzne napięcia polityczne Stanów Zjednoczonych.

Michta zakończył swoją część programu po kilku godzinach rozmów z różnymi mediami, tłumacząc się zmęczeniem.

Głosy z różnych stanów

Do programu dołączyli współpracownicy Warsaw Freedom Institute z różnych regionów. Jacek Frączak ze Springfield w Missouri, w stanie tradycyjnie republikańskim, zwrócił uwagę na nietypowo słabą oprawę wizualną kampanii. „Nie przypominam sobie tak słabej oprawy wizualnej” - stwierdził, obserwując znacznie mniej plakatów wyborczych niż kiedykolwiek wcześniej.

Frączak, mieszkający w Stanach od 19 lat, wskazał również na pogłębiające się rozwarstwienie społeczne oraz problem metamfetaminy w Missouri i sąsiednim Arkansas. Opisał zmiany w codziennym życiu - od zamykanych na klucz towarów w sklepach po rosnące żebractwo na skrzyżowaniach.

Bartosz Mroczkowski z Los Angeles potwierdził, że Kalifornia pozostaje zdecydowanie demokratyczna. Jako główny czynnik wyborczy wskazał ceny paliwa, sięgające 7 dolarów za galon, związane z sytuacją w cieśninie Ormuz. Podkreślił, że Latynosi głosowali na demokratów w proporcji około 60 do 35 procent.

Tomasz Mroczkowski z Waszyngtonu, mieszkaniec stanu Maryland, na pierwszym miejscu wśród przyczyn postawił koszty życia. „Po prostu zrobiła się potworna drożyzna” - stwierdził, dodając, że wyborcy wyrażali oburzenie kierunkiem, w jakim zmierzała Ameryka, oraz erozją jej pozycji w świecie.

Patryk Brożek z San Francisco opisał rozczarowanie wyborców, którzy dwa lata wcześniej pokładali w Trumpie nadzieje na zakończenie wojen i uszczelnienie granic. „Większość Amerykanów jest bardzo pragmatyczna i patrzą zwyczajnie na swój portfel” - ocenił, wskazując na wyższą inflację i wzrost cen energii.

Wojna kulturowa i sztuczna inteligencja

Goście zgodzili się, że tematyka wojny kulturowej zeszła na dalszy plan. Brożek opisał własną ewolucję poglądów pod wpływem obserwacji San Francisco. Za szokujące uznał możliwość rozpoczęcia przez dzieci procedury tranzycji bez wiedzy rodziców oraz praktyki organizacji pozarządowych rozdających narkotyki osobom bezdomnym.

Tomasz Mroczkowski zaznaczył, że sprawy obyczajowe nie znikną, ponieważ za niektórymi trendami stoją interesy finansowe firm farmaceutycznych i przemysłu medycznego. Ostrzegł też przed radykalizacją części Partii Demokratycznej związanej z nurtem demokratycznych socjalistów.

Osobnym wątkiem stała się sztuczna inteligencja. Brożek, związany z branżą technologiczną, wskazał na opozycję wobec centrów danych, zwłaszcza wśród społeczności farmerskich obawiających się zużycia energii. Podkreślił jednak, że Ameryka pozostaje liderem w rozwoju modeli AI.

Frączak zwrócił uwagę na niepokój młodych ludzi co do perspektyw na rynku pracy w obliczu rozwoju sztucznej inteligencji. Tomasz Mroczkowski dodał, że deficyt chipów, związany z budową centrów danych, podniósł ceny laptopów o kilkaset dolarów.

Przyszłość ruchu MAGA

Uczestnicy programu zgodzili się, że ruch MAGA słabnie, choć idee America First pozostaną. Bartosz Mroczkowski wymienił polityków odchodzących z otoczenia prezydenta - Marjorie Taylor Greene, Thomasa Massiego, Tuckera Carlsona - i zaproponował, by mówić o środowisku America First zamiast MAGA.

„Ruch MAGA sam sobie nie pomaga i tacy ludzie właśnie jak Donald Trump swoimi działaniami rozbijają ten ruch” - ocenił Mroczkowski. Jako przyczynę wskazał niedowiezienie obietnic wyborczych, w tym zakończenia wojen i obniżenia kosztów życia.

Brożek zaznaczył, że wielu republikanom podobają się hasła i cele, lecz nie odpowiada im osoba prezydenta. „Nie podoba się Trump i ten jego narcyzm, egocentryzm, chaos” - stwierdził, dodając jednak, że część działań Trumpa, jak nacisk na zbrojenia w Europie, ocenia pozytywnie.

Jacek Frączak uznał obecne zmiany za przejaw głębszej transformacji kulturowej, której nie da się wyjaśnić wyłącznie bieżącą polityką. Wskazał na rosnącą pozycję demokratycznych socjalistów oraz na skrajną polaryzację amerykańskiego społeczeństwa, którą porównał do sytuacji w Polsce.

Sprawa Epsteina i stosunki z Rosją

Goście różnili się w ocenie znaczenia sprawy Epsteina. Bartosz Mroczkowski podkreślił, że dokumenty wypłynęły na długo przed prezydenturą Trumpa, a pierwszy wyrok zapadł w 2008 roku. „Ja nie uważam, żeby demokraci mieli tutaj czyste sumienie” - stwierdził.

Brożek przypomniał, że Trump obiecywał pełne ujawnienie akt bez cenzury, czego nie zrobił. „Myślę, że za parę lat się dowiemy, ale nie teraz” - ocenił, wskazując na obecność wpływowych osób umoczonych w sprawę.

W kwestii Rosji goście byli zgodni, że amerykańska polityka prowadzona jest chaotycznie. Bartosz Mroczkowski ocenił, że porozumienie dotyczące sprowadzania rosyjskiego oleju napędowego było zagrywką mającą obniżyć ceny paliw tuż przed wyborami. Spodziewał się profesjonalizacji kontaktów z Rosją i grillowania niewybieranych w wyborach doradców prezydenta.

Brożek zwrócił uwagę, że Węgry i Słowacja nadal sprowadzają ropę z Rosji, a gest otwarcia na Moskwę jest bardziej szkodliwy wizerunkowo niż sama transakcja. „Gest pokazujący, że otwieramy się na Rosję, może zaszkodzić nam oraz całemu Zachodowi” - ocenił.

Co oznacza wynik dla Polski

Pytani o konsekwencje dla Polski, goście wskazali na możliwość bardziej przewidywalnej polityki wobec Ukrainy. Bartosz Mroczkowski podkreślił, że zarówno demokraci, jak i republikanie będą dążyć do uregulowania stosunków z Kijowem. Zacytował amerykańskiego dziennikarza Williama Lajeunesse'a, który nie rozumiał polityki jednoczesnego wspierania Ukrainy i zawierania porozumień z Rosją.

Tomasz Mroczkowski ocenił, że pozycja Polski w ostatnich latach rośnie, a wzmocnić ją można prostymi działaniami. „Przestańmy sobie sami strzelać w stopę” - zaapelował, wskazując na kwestię obsadzenia pełnej rangi ambasadora w Waszyngtonie oraz ograniczenia krajowej polaryzacji.

Brożek wyraził nadzieję na kontynuację projektu stałej bazy, zaznaczając jednak, że Polska powinna przede wszystkim liczyć na siebie i intensywnie się zbroić. Frączak przedstawił złożony obraz, w którym ewentualne zbliżenie Trumpa z Putinem lub wzmocnienie Niemiec jako głównego rozgrywającego w Europie mogłoby postawić Polskę w niekorzystnej sytuacji.

Na zakończenie goście podsumowali wynik wyborów. Tomasz Mroczkowski wskazał, że dalszy kurs zależy od wniosków, jakie z porażki wyciągnie sam Trump, i od jego nowych relacji z Kongresem. Bartosz Mroczkowski ocenił wybory jako referendum w sprawie Donalda Trumpa, a jako przyszłych liderów demokratów wskazał Talarico i El-Sayeda. Nie spodziewa się jednak przełomu w polityce zagranicznej: „Generalnie struktura strategiczna Stanów Zjednoczonych zostanie zachowana”. Frączak zgodził się, że „Ameryka nie wybuchnie ani nie zatonie”. Brożek podsumował: „Jesteśmy świadkami piękna demokracji i widzimy, jak państwo potrafi się samoregulować. Jeżeli wahadło przychodzi w jedną stronę, to społeczeństwo ciągnie to wahadło jednak do środka”.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter