Ropa jako broń. Trzy szlaki, od których zależy cena paliwa
Ceny ropy naftowej rosną na całym świecie, a wraz z nimi ceny paliw w Polsce. Powodem jest kumulacja zakłóceń w transporcie surowca na Bliskim Wschodzie po ataku Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran - ocenia Andrzej Krajewski, współpracownik „Dziennika Gazety Prawnej” i Interii, w rozmowie w Kanale Otwartym. Zdaniem eksperta paliwa nie zabraknie, lecz w najbliższych tygodniach i miesiącach jego cena może wyraźnie pójść w górę.
Rynek wycenia przyszłość - coraz mniej optymistycznie
Krajewski podkreśla, że ropy fizycznie nie brakuje, ale sytuacja pogorszyła się w stosunku do nadpodaży sprzed eskalacji konfliktu. „Rynki zawsze wyceniają przyszłość. Rynki wyceniają przyszłość niezbyt optymistycznie” - mówi.
Ceny do tej pory utrzymywały w ryzach dwa czynniki. Pierwszym jest uwalnianie amerykańskich rezerw strategicznych, które - jak wskazuje Krajewski - spadły już o ponad 40 procent i są systematycznie rzucane na rynek, by zmniejszyć deficyt. Drugim jest gwałtowne ograniczenie konsumpcji w Chinach: z około 12 milionów baryłek dziennie do 8 milionów.
Mimo to cena rośnie, bo - jak tłumaczy ekspert - podaż jest „totalnie zakłócona”, a dokładne dane są trudne do ustalenia z powodu sprzecznych i ukrywanych informacji. Świat zużywa około 100-102 milionów baryłek dziennie. Przez cieśninę Ormuz przepływało dziennie 20 milionów baryłek.
Trzy szlaki pod presją
Kluczowe dla globalnego handlu ropą są trzy drogi transportu - i każda z nich jest dziś zagrożona.
Pierwsza to cieśnina Ormuz, częściowo zablokowana. Amerykanie utrzymują, że przeprowadzają tankowce na bieżąco, ale - jak zauważa Krajewski - „tego nie widać na rynku”. Druga to cieśnina Bab al-Mandab, łącząca Morze Czerwone z Zatoką Adeńską; grozi jej blokada. Trzecia to Kanał Sueski wraz z równoległym rurociągiem Sumed.
Do tego doszedł atak na saudyjski rurociąg wschód-zachód, którym ropa z pól nad Zatoką Perską trafiała do portu Janbu nad Morzem Czerwonym. To właśnie uszkodzenie tej infrastruktury Krajewski uważa za punkt zwrotny. „Jeżeli ten rurociąg jest przerwany, a jest w tej chwili przerwany, to czy cieśnina jest zamknięta, czy nie, nie ma większego znaczenia” - mówi. Koncern Aramco próbuje go uruchomić ponownie.
Wydobycie Arabii Saudyjskiej zostało już zredukowane o 2 miliony baryłek - z ponad 8 do około 6 milionów dziennie. Oznacza to trudności ze sprzedażą surowca, którego kraj nie jest w stanie wywieźć. Gdyby z rynku zniknęło 4-6 milionów baryłek przy ograniczonych możliwościach szybkiego zwiększenia wydobycia gdzie indziej, „ten włosek, na którym to wisi, zaczyna pękać” - ostrzega ekspert. Efektem byłby gwałtowny skok cen, który wymusiłby spadek popytu.
Kto zyskuje, kto traci
Zdaniem Krajewskiego jednoznacznymi beneficjentami są Iran i jemeńscy Huti - ale w wymiarze strategicznym. Iran, postawiony pod ścianą, odważył się na krok, którego wcześniej unikał od rewolucji islamskiej w 1979 roku. „Postawiony pod ścianą się odważył i okazało się, że może” - mówi ekspert. Wysokie ceny ropy mogą kosztować republikanów wybory w Stanach Zjednoczonych, a irański reżim sprawia wrażenie zdeterminowanego, by trwać mimo strat.
Huti dążą do przejęcia władzy w Jemenie i osłabienia Arabii Saudyjskiej. Dla obu graczy Rijad jest kluczowym wrogiem, a brak możliwości eksportu ropy grozi upadkiem dynastii Saudów. Krajewski przywołuje doniesienia agencji Reuters: przedstawiciele Huti mieli spotkać się w Omanie z amerykańskimi dyplomatami i zapewnić, że nie będą atakować statków amerykańskich ani izraelskich - „jedynymi statkami, które będą atakowali, to będą tankowce saudyjskie”.
Pozostali gracze raczej tracą. Rosja mogłaby skorzystać, gdyby mogła swobodnie sprzedawać surowiec, ale skuteczne ukraińskie ataki uszkadzają jej infrastrukturę przetwórczą, a wydobycie spada. Chiny kupują tańszą ropę z Iranu i Rosji, lecz - jak zaznacza ekspert - dane o ich rzeczywistym zapotrzebowaniu i rezerwach są ściśle tajne. Recesja na Zachodzie uderzyłaby w chiński eksport, główny motor tamtejszej gospodarki. Dla Pekinu to „rachunek strat i korzyści”, w którym straty mogą przeważyć.
Możliwe scenariusze
Najprostszym rozwiązaniem byłaby interwencja zbrojna odblokowująca cieśninę, lecz - jak wskazuje Krajewski - jedynym graczem zdolnym do wojny lądowej z partyzantami są Stany Zjednoczone, a Donald Trump „wyraźnie się nie pali” do nowego konfliktu po zaangażowaniu w Iranie. Arabia Saudyjska, mimo ogromnych wydatków na zbrojenia, okazuje się do tego niezdolna. Europie brakuje woli i determinacji.
Bardziej prawdopodobne jest - zdaniem eksperta - dogadywanie się z Iranem i Huti na zasadzie „coś za coś”: odblokowanie eksportu w zamian za korzyści, które okażą się dla nich dostatecznie cenne. Alternatywą pozostaje odbudowa rurociągu wschód-zachód, utrzymanie Kanału Sueskiego i przetrwanie do czasu, aż wzrośnie wydobycie w innych regionach - Wenezueli, Argentynie, Stanach Zjednoczonych i Afryce. Na to potrzeba jednak co najmniej kilku miesięcy, a nadchodzi zima, gdy konsumpcja rośnie.
Trzeci scenariusz to dalszy wzrost cen i globalna recesja, która sama obniży popyt. Krajewski ostrzega, że światowa recesja przełożyłaby się na wydarzenia polityczne - rosnące niezadowolenie wyborców obwiniających rządy mogłoby przyspieszyć zmiany w wielu miejscach świata.
Co czeka Polskę
Dla Polski kluczowe jest silne uzależnienie od dostaw z Bliskiego Wschodu. Ekspert przypomina, że po odejściu od ropy rosyjskiej kraj oparł się w dużej mierze na dostawcach arabskich. Według przywołanych przez niego danych około 40 procent dostaw do Orlenu pochodziło z saudyjskiego Aramco - a koncern poinformował, że wrześniowe kontrakty nie będą realizowane.
„Ja bym się nie obawiał tego, że paliwa zabraknie” - mówi Krajewski. Problem polega na cenie: kraj tracący stałego dostawcę musi szybko znaleźć nowych oferentów i zapłacić więcej niż stali klienci. Ten koszt zostanie przerzucony na odbiorców. Jeśli baryłka będzie kosztować 110-150 dolarów, przełoży się to na ceny na stacjach, inflację i ceny innych towarów, bo „prawie wszystko wymaga transportu”.
Zapytany o możliwy poziom cen, ekspert nie wyklucza 8, 9, a nawet 10 złotych za litr przy baryłce na poziomie 140-150 dolarów. Taki pułap zacząłby jednak sam obniżać popyt - kierowcy rezygnowaliby z jazdy. Na szczęście dla Polski droga przez Kanał Sueski pozostaje otwarta, co czyni kraj jednym z pierwszych kontrahentów, jeśli saudyjski eksport ruszy ponownie. Wszystko to jest jednak warunkowe.
Krajewski nie widzi optymistycznych sygnałów na najbliższe tygodnie ani miesiące. Stabilizacja wymagałaby uspokojenia sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie, odblokowania cieśnin i zawarcia pokoju. Sytuacja mogłaby jednak zmienić się z dnia na dzień - na przykład gdyby Iran i Stany Zjednoczone ogłosiły porozumienie, cena baryłki spadłaby szybko do 80-90 dolarów. „Ale na to się nie zanosi” - podsumowuje ekspert. Najtrudniejsze będzie przetrwanie najbliższych trzech do sześciu miesięcy; potem zasoby znad Zatoki Perskiej zaczną być mniej potrzebne światu.