Powrót

Rosja płaci za wojnę coraz więcej, ale nie zamierza jej kończyć

Rosja ponosi rosnące koszty wojny na Ukrainie - rachunek za sankcje, ukraińskie ataki na rafinerie i deficyt budżetowy sięgają rekordowych poziomów - lecz Kreml podporządkowuje kalkulację ekonomiczną celom politycznym i nie schodzi z kursu konfrontacji, ocenił dr Szymon Kardaś z Uniwersytetu Warszawskiego i ECFR w rozmowie dla Kanału Otwartego na początku września. Ekspert wskazał zarazem, że kryzys na rynkach surowcowych, napędzany wojną na Bliskim Wschodzie i blokadą cieśniny Ormuz, sprawia, iż stare ceny paliw prawdopodobnie nie wrócą w najbliższych tygodniach.

Ekonomia mówi „stop", polityka mówi „dalej"

Zdaniem Kardasia zestawianie sytuacji obu stron konfliktu prowadzi do odmiennych wniosków. Ukraina - jako ofiara agresji ponosząca gigantyczne koszty - byłaby żywotnie zainteresowana zakończeniem wojny, zwłaszcza przed trudnym sezonem grzewczym, w którym Rosjanie konsekwentnie niszczą jej infrastrukturę energetyczną.

W przypadku Rosji odpowiedź jest bardziej złożona. Racjonalna kalkulacja kosztów podpowiadałaby zakończenie działań: rosną nakłady na zbrojenia, koszty sankcji oraz straty po ukraińskich uderzeniach. „Przykładanie tego typu logiki do Rosji, szczególnie w piątym roku wojny, moim zdaniem nie ma większego sensu" - stwierdził ekspert.

Kreml kieruje się bowiem inną hierarchią. „Kierownictwo państwa rosyjskiego, Władimir Putin i ci, którzy mają dominujący wpływ na podejmowanie decyzji politycznych, trwają na tym kursie konfrontacyjnym" - mówił Kardaś. Cele polityczne postawione przed pełnoskalową inwazją mają priorytet, a nic nie wskazuje na zmianę, „dopóki Rosja nie zobaczy na horyzoncie możliwości ich realizacji".

Kluczowa różnica dotyczy finansowania. Ukraina utrzymuje się głównie ze wsparcia zewnętrznego, przede wszystkim Unii Europejskiej. Rosja finansuje wojnę w dużej mierze z eksportu surowców - według fińskiego instytutu CREA łączny rachunek, jaki świat zapłacił Rosji za surowce energetyczne od początku wojny, przekroczył bilion euro.

Sankcje, deficyt i słabnąca gospodarka wojenna

Udział sektora naftowo-gazowego we wpływach budżetowych spadł. Jak zauważył Kardaś, po siedmiu-ośmiu miesiącach tego roku wynosi on około 20-21 procent, podczas gdy w niektórych latach przekraczał 40, a nawet 50 procent. Machina gospodarki wojennej jednak się zacina - prognozy wzrostu PKB na ten rok mieszczą się w przedziale od zera do jednego procenta.

Symbolem napięć stał się deficyt budżetowy. Rząd zakładał na cały rok poziom 3,8 biliona rubli, tymczasem już w lipcu sięgnął on 6,5 biliona. „Problem nie tyle tkwi w samej wielkości, ile w tym, jak wiele czynników działa negatywnie" - wyjaśnił ekspert, wskazując na rosnący koszt obsługi zadłużenia przedsiębiorstw i osób fizycznych, będący efektem sankcji finansowych nakładanych od 2022 roku.

Kolejnym problemem jest niedobór siły roboczej. Kardaś przypomniał ostrzeżenia prezes banku centralnego Elwiry Nabiulliny, że braki na rynku pracy - spotęgowane odpływem mężczyzn na front - mogą stać się w najbliższych latach poważnym obciążeniem dla gospodarki cywilnej, która ulega degradacji w wielu sektorach.

Ukraińskie ataki na rafinerie: skala bezprecedensowa

Rok 2026 ekspert nazwał przełomowym pod względem skali, częstotliwości i zasięgu ukraińskich uderzeń w rosyjską infrastrukturę rafineryjną. „Mieliśmy do czynienia z najpoważniejszą skalą ataków na rosyjską infrastrukturę energetyczną od początku tej wojny" - ocenił, dodając, że dotknięte zostały wszystkie największe rosyjskie rafinerie.

Skutki widać w danych. Powołując się na Bloomberga, Kardaś podał, że w sierpniu poziom przetwórstwa w rosyjskich rafineriach spadł ze średnio 5 milionów baryłek dziennie latem ubiegłego roku do około 3,8 miliona - o niemal 24 procent. To jeden z najniższych wyników od dwudziestu lat.

Straty potwierdzają wyniki finansowe koncernów. Zyski Rosniefti, największego rosyjskiego producenta i eksportera ropy, spadły rok do roku w pierwszym półroczu o 18 procent. Kluczowy okazał się jeden składnik: nieprzewidziane, „ekstraordynalne" wydatki - w tym koszty napraw po uderzeniach - sięgnęły około 165 miliardów rubli przy zysku rzędu 200 miliardów. „Gdyby tych wydatków nie poniesiono, ten zysk byłby dużo wyższy" - zauważył ekspert. Analogiczne koszty czekają Łukoil, Gazprom Nieft i pozostałe koncerny.

Kardaś przestrzegł jednak przed przedwczesnymi wnioskami. Rosjanie prowadzą regularne prace naprawcze - rafineria w Permie po przywróceniu do pracy trzykrotnie zwiększyła przetwórstwo względem stanu sprzed uderzeń, zanim we wrześniu została trafiona ponownie. Utrzymują też zakaz eksportu paliw: dla oleju napędowego przedłużony do końca września, dla benzyny i innych gatunków - dłużej. Prognozy zapowiadają lekkie odbicie przetwórstwa we wrześniu do 4,2 miliona baryłek dziennie.

Sam Putin przyznał, że ataki kosztowały rosyjskie firmy „dziesiątki miliardów rubli", zapewniając zarazem, że sytuacja jest pod kontrolą, a niedobory paliw mają charakter przejściowy. Ekspert zalecił ostrożność wobec tych zapewnień, lecz odradził automatyczne odrzucanie ich jako kłamstwa: „Byłbym ostrożny i po prostu obserwował sytuację w najbliższych tygodniach i miesiącach".

Kryzys paliwowy: dlaczego stare ceny nie wrócą

Na pytanie o powrót cen benzyny sprzed wojny izraelsko-amerykańskiej z Iranem Kardaś odpowiedział jednoznacznie: „Muszę rozczarować naszych widzów". Rynek surowcowy pozostaje w stanie kryzysu, na który składa się wiele czynników.

Pierwszym jest blokada cieśniny Ormuz. Przed wojną przepływało przez nią do 135 jednostek dziennie; w ostatnich dniach bywały doby z zaledwie trzema lub kilkunastoma. Do tego dochodzi wypadnięcie z rynku katarskiego LNG oraz rekordowe ceny gazu w Europie - najwyższe od 2023 roku, przy zapełnieniu magazynów na poziomie 65 procent wobec pięcioletniej średniej 82 procent.

Według sierpniowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej ubytek produkcji ropy na Bliskim Wschodzie wynosił w lipcu 8 milionów baryłek dziennie (w szczycie 14 milionów), a różnica między popytem a podażą w trzecim kwartale miała sięgnąć 1,8 miliona baryłek dziennie, z zapowiedzią pogorszenia w kwartale czwartym. Globalny poziom przetwórstwa spadł o 5 milionów baryłek dziennie rok do roku.

Paradoksalnie do kryzysu dokłada się także wycofanie Rosji z rynku produktów naftowych. „To też brzmi obrazoburczo, że dobrze, iż Ukraińcy uderzają w rosyjską energetykę, bo to podnosi koszty prowadzenia wojny. I to jest prawda. Tylko że to ma swoją drugą stronę" - wyjaśnił Kardaś. Rosyjski udział w globalnym handlu produktami naftowymi wynosił w ubiegłym roku niemal 10 procent; jego ograniczenie pogłębia napięcie na rynkach. Ekspert podkreślił, że wbrew narracji amerykańskiej ukraińskie uderzenia nie są głównym czynnikiem wzrostu cen - to jeden z wielu elementów.

Beneficjentem sytuacji są Stany Zjednoczone, które zwiększyły eksport LNG i ropy. Rodzi to jednak polityczny paradoks. „Człowiek, który obiecywał, że zakończy wszystkie wojny, rozpoczął wojnę, której nie jest w stanie zakończyć" - powiedział Kardaś o Donaldzie Trumpie, wskazując rosnące ceny paliw w USA jako newralgiczne zagadnienie przed jesiennymi wyborami połówkowymi. Zdaniem eksperta ból głowy amerykańskiego prezydenta jest większy niż Putina, którego czekają jedynie „wybory tylko z nazwy" - teatr wyborczy do Dumy.

Nowy podział majątku i zerwanie z Europą

Wojna stała się także pretekstem do redystrybucji majątku wewnątrz rosyjskiej elity. Dekret Putina grożący nacjonalizacją rafinerii Kardaś odczytał jako „wyraz rozpaczy" wobec prywatnych właścicieli, ale też jako narzędzie wewnętrznej rozgrywki. Wskazał na Igora Sieczyna, szefa Rosniefti, i krążące od lat plotki o zakusach na przejęcie prywatnego Łukoilu - kontynuację ekspansji zapoczątkowanej konsumpcją koncernu TNK-BP.

Fundamentalną zmianą pozostaje jednak zerwanie współpracy energetycznej z Europą. Do 2021 roku model współzależności - którego symbolem był Nord Stream - łączył cele polityczne z ekonomicznymi. Odcinając w 2022 roku dostawy gazu największym odbiorcom, w tym Niemcom, Francji i Włochom, Kreml dokonał zmiany paradygmatu: uznał, że cele polityczne są na tyle istotne, iż warto poświęcić lukratywny rynek gazu, ropy i produktów naftowych.

Dla części zachodnich elit był to szok - wierzyły, że koszt zerwania okaże się dla Rosji zbyt wysoki. Kardaś przyznał, że tego typu myślenie, oparte na racjonalnej logice pogłębiania współzależności, obecne było również w środowiskach eksperckich.

Pytany o możliwy powrót do dawnych schematów po ewentualnym zakończeniu wojny, ekspert był sceptyczny. Odzyskanie przez Rosję pozycji sprzed wojny na rynku unijnym w perspektywie pięciu-dziesięciu lat uznał za nierealne - z powodu doświadczenia lat 2022, programu RePowerEU, rozporządzenia zakładającego stopniowy zakaz importu rosyjskiego gazu z ostatnim akordem jesienią 2027 roku oraz długoterminowych kontraktów zawartych ze Stanami Zjednoczonymi i Katarem.

Sentymenty za wznowieniem współpracy wciąż jednak istnieją na Zachodzie - czego dowodzi poparcie dla AfD w Niemczech. „To już jest niezrozumiałe" - ocenił Kardaś, wskazując, że po 2022 roku spełniły się ostrzeżenia państw Europy Środkowej o niebezpieczeństwie instrumentalizacji energetyki przez Rosję.

Perspektywa: licytacja na wytrzymałość

Nadchodzącą zimę Kardaś nazwał jednym z cięższych sezonów grzewczych dla Ukrainy, lecz scenariusz totalnego załamania państwa uznał za mało prawdopodobny - dzięki wsparciu zewnętrznemu i rozmowom z Amerykanami o dostawach LNG, przepływającego na Ukrainę między innymi przez Polskę. Zastrzegł jednak, że Kijów dręczą problemy korupcyjne.

Ekspert opisał trwający konflikt jako „licytację" na wytrzymałość między Rosją a Zachodem. „Skoro się jeszcze nie udało złamać Ukrainy, to trzeba dołożyć, trzeba tych rakiet na Kijów wysłać więcej" - tak zrekonstruował logikę Kremla, którego celem pozostaje przeciągnięcie Amerykanów na swoją stronę i wymuszenie na Ukrainie warunków kapitulacji.

Ukraina będzie prawdopodobnie kontynuować ataki na rafinerie, licząc na czasowe moratorium na uderzenia w infrastrukturę energetyczną oraz na uruchomienie czynnika społecznego w Rosji. Kardaś wątpił, by punkt krytyczny nastąpił szybko, biorąc pod uwagę apatię, represje i zdolność adaptacyjną rosyjskiego społeczeństwa, lecz uznał ukraińską strategię za słuszną: „Trzeba próbować".

Wszystko wskazuje, że w najbliższych tygodniach nie zakończy się ani wojna na Ukrainie, ani konflikt w regionie Zatoki Perskiej. Otwartym pozostaje pytanie, czy Zachód dotrzyma kroku w determinacji wsparcia - bo, jak podsumował ekspert, Rosja utrzymuje bardzo wysoki próg wytrzymałości i pozostaje krajem zdeterminowanym, by osiągnąć swoje cele polityczne na Ukrainie.