Powrót

Rosja testuje granice NATO. Analityk ostrzega przed kaskadą działań

Były oficer wywiadu, podpułkownik Maciej Korowaj, ocenia, że od lipca 2026 roku Rosja prowadzi wobec państw wschodniej flanki NATO skoordynowaną kampanię działań poniżej progu wojny - od dronów przy granicy polsko-ukraińskiej, przez incydent nad Bałtykiem, po nowe ograniczenia na pograniczu z Estonią. Zdaniem analityka natężenie tych działań rośnie, a dane wskazują na przygotowania do poważniejszej eskalacji.

Ograniczenia przy granicy z Estonią jako sygnał

Rosja wprowadziła ograniczenia w pasie przygranicznym z Estonią. Obejmują one około pięciu kilometrów wzdłuż granicy i zakazują przemieszczania się między większymi miejscowościami. Nie jest to stan wyjątkowy, jak sugerowały niektóre polskie media, lecz - według Korowaja - element szerszej komunikacji.

Analityk podkreśla znaczenie czasu i miejsca. Ograniczenia zaczynają obowiązywać tuż przed rosyjskimi wyborami i sięgają nieco poza ich termin, a dotyczą wyłącznie odcinka z Estonią, w rejonie Narwy. Za ochronę granicy odpowiada w Rosji struktura FSB, a nie odrębna straż graniczna.

„To trzeba brać w dłuższym kontekście wszystkich tych działań, które mają miejsce od lipca tego roku” - mówi Korowaj. W jego ocenie pojedynczych incydentów nie należy interpretować osobno. Tworzą one, jak to określa, „całą kaskadę czy całą synergię drobniejszych, większych zdarzeń, nawet odległych geograficznie”.

Siedem domen i rosnący wskaźnik incydentów

Korowaj dzieli rosyjskie działania w ramach „nowej wojny” na siedem domen poza klasycznym wymiarem militarnym: sabotaż, lotnictwo i drony („małe i duże niebo”), walkę elektroniczną i zakłócanie sygnału GPS, cyberprzestrzeń, dezinformację, działania na granicy i morzu oraz sygnalizację wojskową i nuklearną.

Prowadzi monitoring incydentów w tych domenach w otwartej przestrzeni informacyjnej. Od 27 sierpnia przeszedł z ujęcia miesięcznego na tygodniowe. Wcześniej - do około 6 września - notował średnio jeden do dwóch wskaźników tygodniowo, rozproszonych i niewielkich. W ostatnim tygodniu, do 20 września, wskaźnik wzrósł do trzech przy wyraźnej koncentracji zdarzeń.

Istotna jest zmiana charakteru działań. Wcześniej dominowała sama komunikacja i tanie sygnały polityczne. „Już przestała być to tylko i wyłącznie komunikacja, a stała się już wykorzystywanie zasobów” - mówi analityk. Rakiety i drony trafiają w konkretne cele, co oznacza angażowanie realnych środków.

Jednocześnie zniknęły niemal całkowicie elementy sabotażu i dywersji, wcześniej częste. Korowaj wskazuje dwie możliwe interpretacje: albo zasoby dywersyjne zostały już wykorzystane w fazie testowej i „czekają na ten główny moment nacisku”, albo się wyczerpały, bo kontrwywiady państw NATO uszczelniły luki. „Tego nie da się zbadać z mojej perspektywy” - zastrzega. Trend jednak, jego zdaniem, „wyraźnie wskazuje na to, że może zagrać o wiele ostrzej”.

Dron wyłowiony na polskim wybrzeżu

Osobnym wątkiem jest dron znaleziony na polskim wybrzeżu. Korowaj interpretuje go jako test „drogi północnej” dla rosyjskich dronów, którą Rosja mogłaby wykorzystać w ewentualnej eskalacji na Bałtyku. Wybrzeże jest - jak wskazuje - słabiej chronione niż granica wschodnia, gdzie polską obronę powietrzną „jak magnes przyciąga” to, co dzieje się wzdłuż granicy z Ukrainą.

Zdaniem analityka Rosja sprawdzała zachowanie najtańszych i najprostszych modeli dronów wobec wrażliwych celów: portów i węzłów energetycznych, szczególnie istotnych przed zimą. Urządzenie miało zebrać dane, przesłać je i ulec autodestrukcji dzięki niewielkiej głowicy, która uniemożliwiłaby identyfikację szczątków.

„Nie nastąpiła ta autodestrukcja. Dron prawdopodobnie uległ zniszczeniu ze względu na warunki pogodowe, wodował i został wyłowiony na wybrzeżu polskim” - mówi Korowaj. Ocenia to jako „wypadek rosyjski przy pracy”, a nie zaplanowaną prowokację.

Po ujawnieniu incydentu rosyjska infosfera zareagowała zaprzeczeniem i próbą dezinformacji - cyfrowo zmieniono oznaczenia drona, by sugerować, że jest polski, bo w pobliżu znajdował się poligon. Polska telewizja początkowo powieliła zniekształcony obraz, później skorygowany. „Wielu z nas, analityków, połknęło ten rosyjski haczyk dezinformacyjny” - przyznaje Korowaj, oceniając całość jako działanie ograniczające szkody po nieudanym teście.

Sam test wypadł, jego zdaniem, „niezbyt obiecująco”. Jesienne i zimowe warunki na Bałtyku zawężają okno uderzeniowe, a Królewiec jest zbyt przejrzysty dla natowskiego rozpoznania. Alternatywą pozostaje trasa przez Białoruś i korytarz suwalski, z wykorzystaniem infrastruktury nad obwodem kaliningradzkim do utrzymania trajektorii lotu. Skoro dron wykryto, Korowaj uznaje test za zakończony niepowodzeniem - choć kierunek bałtycki uważa nadal za perspektywiczny.

Kluczowa rola Białorusi

Białoruś Korowaj określa jako „kluczową, jeżeli chodzi o projekcję agresji rosyjskiej”. Z jej terytorium Rosja może prowadzić operacje na północ, zachód i południe, co pokazało uderzenie na Kijów w lutym 2022 roku. Łukaszenka, jego zdaniem, „robi co musi”, mając niewielkie pole manewru wobec Kremla.

Ostatnie ćwiczenia białoruskich służb i sił zbrojnych, z alarmowym podnoszeniem gotowości, miały „trochę bezprecedensowy charakter”. Pełnią, według analityka, podwójną funkcję: przygotowują Białoruś na ewentualną odpowiedź NATO, której naturalnym celem byłaby właśnie ona, a zarazem tworzą „przykrycie” dla działań rosyjskich. Intensywny ruch wojskowy utrudnia weryfikację, czy dane zdarzenie jest białoruskie, czy rosyjskie.

Korowaj przywołuje drona zestrzelonego nad Litwą. Oficjalnie miał zostać zagłuszony przez stronę ukraińską i przelecieć przez całą Białoruś. Analityk uznaje to za „karkołomne”, wskazując na szczelną białoruską obronę powietrzną przy granicach z NATO. „Ta białoruska strefa oceny zagrożeń powietrznych jest dużo szczelniejsza niż nasza na tym samym odcinku” - ocenia, uznając przelot za co najmniej inspirowany.

Łukaszenka, zdaniem Korowaja, buduje sobie polityczne alibi: zwalnia więźniów politycznych i negocjuje ze Stanami Zjednoczonymi, licząc, że w razie eskalacji nie zostanie ukarany jako pierwszy. „Te wszystkie ruchy Łukaszenki wskazują, że rzeczywiście coś się dzieje” - mówi analityk.

Uderzenia przy granicy polsko-ukraińskiej

Drony, które trafiły w cele tuż przy przejściu granicznym po stronie ukraińskiej, Korowaj wpisuje w strategię izolacji Ukrainy. Wcześniej podobne uderzenia dotyczyły granic z Rumunią i Mołdawią oraz portów w Odessie i na Dunaju, w okresie żniw i eksportu zboża - surowca, którego Ukraina nie może długo magazynować.

Gdy Rosja przeniosła wysiłek na transport kolejowy biegnący przez Polskę, celem stały się nie same składy, lecz lokomotywy manewrowe. „Takim wąskim gardłem funkcjonowania kolei nie są te lokomotywy, które ciągną duże zestawy, ale głównie te lokomotywy manewrowe” - tłumaczy Korowaj. Atak przy polskiej granicy uderzył właśnie w taką lokomotywę, ograniczając przepustowość węzła.

Analityk podkreśla, że operacje te wymagały wsparcia Białorusi, która udostępniła retransmisję sygnału dla dronów. Uderzenie nastąpiło około 40 kilometrów od trójstyku granic Polski, Białorusi i Ukrainy, co odpowiada zasięgowi nadajników. Włączenie tych nadajników potwierdził - jak zaznacza Korowaj - szef ukraińskiego wywiadu wojskowego. Przejścia bliżej Słowacji i Węgier pozostają poza zasięgiem dronów.

Polityka bezpieczeństwa jako „amunicja”

Zapytany o ostrzeżenia premiera Donalda Tuska przed groźbą wojny i krytykę opozycji, Korowaj stwierdza, że konflikt utrzymywany poniżej progu wojny jest „bardzo atrakcyjny politycznie”, bo pozwala budować efekt flagi. „Te kwestie bezpieczeństwa stały się amunicją polityczną, zarówno używaną przez rząd, jak i przez opozycję” - mówi.

O ten dysonans, jego zdaniem, właśnie chodzi Rosji: rząd dysponuje informacjami służb i wspólnoty wywiadowczej NATO, a jednocześnie istnieje pokusa wykorzystania zagrożenia dla przewagi politycznej. Korowaj zaznacza, że premier „ma o wiele lepsze pojęcie” dzięki dostępowi do większej liczby źródeł.

Jako kontrprzykład wskazuje Francję. Wystąpienie Marine Le Pen i Jordana Bardelli z ostrym antyrosyjskim stanowiskiem poprzedziło spotkanie prezydenta, rządu i opozycji oraz przejęcie przez Rosję aktywów francuskich koncernów - Auchan i Nestlé - przekazanych spółce zarządzanej przez byłego oficera rosyjskiego MSW. „Francja będzie działała niezależnie od tej polaryzacji politycznej jednym głosem” - ocenia analityk, wskazując, że polskiej klasie politycznej brakuje takiego wspólnego frontu.

Rosja po wyborach: gra o władzę Putina

Wybory do Dumy, wygrane przez Jedną Rosję, Korowaj analizuje nie przez pryzmat wyników, lecz powiązań nowych deputowanych z klanami oligarchicznymi. Mobilizacja, jego zdaniem, nie zależy od wyborów - dekret obowiązuje, a system uszczelniono po chaotycznym eksodusie z września 2022 roku. Nowych kolejek na granicy w tej skali nie oczekuje.

Analityk stawia tezę, że „Putinowi nie zależy na eskalacji w tym momencie”, bo trwanie konfliktu pozwala mu przetasowywać majątki oligarchów i formatować państwo. Presja na eskalację płynie natomiast z dołu oraz od tych, którzy stracili - licząc, że niepowodzenie obciąży wyłącznie Putina i ułatwi jego usunięcie. Sygnałem ostrzegawczym był dla niego bunt Prigożyna.

Korowaj opisuje rosnące znaczenie „partii adiutantów” - byłych ochroniarzy i osób blisko związanych z administracją prezydenta, których status zależy od utrzymania władzy Putina. Ich obecność w Dumie miałaby zabezpieczyć Kreml na wypadek prób odsunięcia przywódcy. Jako coraz silniejszą postać wskazuje Aleksieja Diumina - byłego oficera FSO, współautora doktryny „nowej wojny” z 2008 roku i człowieka odpowiedzialnego za operację krymską. Diumin ma budować własne struktury od poziomu regionalnego i uchodzić za gwaranta bezpieczeństwa Putina.

Obraz, jaki wyłania się z analizy Korowaja, to skoordynowana kampania nacisku poniżej progu otwartej wojny, prowadzona równolegle w wielu domenach i wspierana z terytorium Białorusi. Wewnętrzne rozgrywki na Kremlu mają - jego zdaniem - bezpośredni wpływ na to, czy i kiedy Rosja zdecyduje się uruchomić najkosztowniejszą fazę tej operacji.