Rosyjska armia "zdobywa" te same miasta. Wybory obnażają system
Władimir Putin ogłasza kolejne zwycięstwa na froncie ukraińskim - część z nich fikcyjna, jak w przypadku Świętogórska, który armia rosyjska miała "wyzwolić", choć wciąż dzieli ją od miasta kilkanaście kilometrów. W rozmowie na Kanale Otwartym Denis Salnikow, stały komentator zajmujący się sytuacją wewnętrzną Rosji, tłumaczył, dlaczego wojna nie zakończy się w tym roku, jak fałszywe raporty prowadzą do "mięsnych szturmów" oraz co o kondycji państwa powiedzą nadchodzące wybory do Dumy.
Fikcyjne zwycięstwa i ich systemowe skutki
Podczas konferencji prasowej we Władywostoku Putin oświadczył, że rosyjska armia zajęła kolejnych 14 miejscowości, w tym Świętogórsk. Informację niemal natychmiast zakwestionowali sami rosyjscy blogerzy wojskowi.
"Od dzisiejszej linii frontu do Świętogórska leży co najmniej 14-15 kilometrów, a to w tempie, w którym armia rosyjska się przesuwa, oznacza kilka tygodni, a może nawet kilka miesięcy" - wyjaśniał Salnikow. Kilka dni po deklaracji Putina strona ukraińska potwierdziła obecność swoich żołnierzy w mieście.
To nie odosobniony przypadek. Salnikow przypomniał miejscowość Mała Tokmaczka, którą eksperci w programach Sołowjowa "zdobywali" kilkakrotnie w kolejnych wydaniach. Sami zaangażowani po stronie wojny blogerzy nazywają takie punkty babka sioło - wioski, w których pozostała jedna czy dwie starsze mieszkanki, a po walkach często nie zostaje nawet budynek.
Charakter tych celów wiele mówi o przebiegu wojny. "Jeżeli stawką jest jakiś Świętogórsk albo jakaś Mała Tokmaczka, to świadczy o tym, że na początku cele były zupełnie inne" - zauważył komentator. Rosja posuwa się naprzód, lecz walczy o wioski, a nie o duże miasta.
Raporty, które zabijają żołnierzy
Fałszywe meldunki mają konsekwencje operacyjne. Gdy informacja o zdobyciu trafia na mapę sztabową i do władz, uruchamia się mechanizm, który Salnikow opisuje jako patologię obecną w armii rosyjskiej od początku wojny.
"Na papierze miejscowość jest zdobyta, w realnym życiu nie" - mówił. Dowódcy nacierający na taką miejscowość proszą o wsparcie artyleryjskie i lotnicze, ale dostają odmowę, "ponieważ to jest już nasze". Efektem są słynne "mięsne szturmy", w których giną setki żołnierzy - największym był, według komentatora, Bachmut.
Problem pogłębia utrwalony w rosyjskim wojsku sposób myślenia: dowódca, który nie raportuje strat, "najprawdopodobniej nic nie robi". Straty w meldunkach pozostają wskaźnikiem aktywności oddziału.
Blogerzy wojskowi opisują trzy powiązane ze sobą patologie: miejscowości "wzięte w kredyt", mięsne szturmy oraz obnulenie - "zerowanie". Jak tłumaczył Salnikow, gdy ktoś z oddziału nagrywa film lub zgłasza nadużycia prokuraturze wojskowej, "wysyłają go w szturm, z którego nie ma szansy wrócić". Dokumentuje to badacz Iwan Filipow, autor wydanej niedawno książki o rosyjskiej Z-społeczności.
Blogerzy nigdy nie krytykują Putina - kierują ostrze wobec Ministerstwa Obrony, najpierw Szojgu, teraz Biełousowa. Ten ostatni, obejmując resort, zapowiadał, że można wybaczyć pomyłki, ale nie kłamstwo. "Widzimy, że to kłamstwo w armii rosyjskiej wciąż pozostaje na tym samym poziomie" - podsumował Salnikow.
Tęsknota za "dobrym carem"
System sam się reprodukuje. Skuteczni dowódcy, jak Jewgienij Prigożyn czy generał Siergiej Surowikin, zniknęli - pierwszy zginął, drugi trafił do Afryki. Awanse i podwyżki otrzymują natomiast generałowie raportujący postępy oparte na wioskach zdobytych "w kredyt".
Prigożyn, przypomniał komentator, jako jeden z nielicznych mówił z powagą o sile armii ukraińskiej i twierdził, że Kijowa nie da się zdobyć. Zdaniem Salnikowa stał się "nowym Pugaczowem" - postacią z rosyjskiej tradycji buntowników, którzy nie występowali przeciw caratowi, lecz chcieli naprawić elity.
To odsyła do głęboko zakorzenionego przekonania: car dobry, bojarzy źli. "Car, ten, który jest zwierzchnikiem wszystkiego, zawsze stoi po stronie prawdy, a jeżeli występują patologie, to są konsekwencją działań menedżmentu średniego szczebla" - wyjaśniał komentator, zastrzegając, że unika uogólnień na temat mentalności Rosjan.
Putin tę wizję podtrzymuje. Salnikow przywołał tradycję corocznych "prostych linii" - telefonicznych rozmów prezydenta z obywatelami, trwających po cztery, pięć godzin, podczas których lokalne problemy bywały rozwiązywane. Utrwala to przekonanie, że zwrócenie się bezpośrednio do prezydenta może naprawić lokalną patologię. Mechanizm ten nie działa jednak wobec armii, o której blogerzy alarmują od czterech lat.
Wybory jako rytuał legitymizacji
Za tydzień odbędą się wybory do Dumy - dla Salnikowa kluczowy element "sterowalnej demokracji", która panuje w Rosji od 25 lat. Ich znaczenie wykracza poza sam wynik.
"To jest kolejna legitymizacja, która będzie trwała przez pięć lat" - mówił. Powołał się na przecieki z rozmów Witkoffa i Kushnera, z których wynika, że kontynuacja negocjacji pokojowych może rozpocząć się dopiero po wyborach. O tej cezurze wspominali także Wołodymyr Zełenski i szef wywiadu Kyryło Budanow.
Władze zabiegają zarówno o frekwencję, jak i o wynik Jednej Rosji. Wewnętrzny cel obniżono początkowo do 45 procent, choć zwykle celowano w 55 i więcej. Po zaangażowaniu się Putina w kampanię próbuje się ten wskaźnik ponownie podnieść. Otwartym pytaniem pozostaje, czy partia władzy zdoła go osiągnąć.
System stopniowo przeszedł od fałszerstw "analogowych" do elektronicznych. Salnikow przywołał wybory do moskiewskiej dumy w 2021 roku, gdy w głosowaniu papierowym w 15 okręgach wygrali kandydaci opozycji, lecz po doliczeniu głosów elektronicznych przewagę niemal wszędzie odzyskała Jedna Rosja bądź opozycja systemowa.
W wyborach do Dumy Państwowej w 2021 roku, po upublicznieniu kodu systemu głosowania elektronicznego, wykazano nietypowy rozkład statystyczny odbiegający od klasycznej "krzywej dzwonowej". "Wszystkie fałszerstwa były robione wyłącznie na stronę Jednej Rosji" - podkreślił komentator. Sfałszowanych mogło zostać nawet 14 milionów głosów.
Skala fałszerstw pod obserwacją
Skoro wynik można wykreować, na czym polega intryga? Zdaniem Salnikowa - na skali. Sytuację porównał do Białorusi w 2020 roku: wszyscy wiedzą, że fałszerstwa są, ale ich rozmiar może wywołać różne reakcje.
"Jedna sytuacja, kiedy Jedna Rosja zdobyła 38 procent, a w finalnym wyniku otrzymała 49,3 procent. Inna, kiedy dostanie 15-20 procent, a zostanie jej przypisane 55" - tłumaczył. Ten drugi scenariusz mógłby wywołać sprzeciw społeczny, choć komentator nie wierzy w powtórkę protestów z 2011 roku na placu Błotnym, po których wprowadzono ustawę o agentach zagranicznych, a część uczestników skazano na wieloletnie więzienie.
Przed obecnymi wyborami z rejestracji wykreślono partię Jabłoko, a także rozpoznawalnych działaczy komunistycznej KPRF - w niektórych przypadkach za publikację sprzed lat zdjęcia Aleksieja Nawalnego, dziś uznanego za "ekstremistę". Głosowanie oficjalnie potrwa od 18 do 20 września, lecz w rodzinnym mieście komentatora rozpoczyna się przedterminowo już 14 września - w godzinach, gdy niezależni obserwatorzy zwykle pracują.
Salnikow opisał też klasyczne, "analogowe" fałszerstwa z początku wieku: wbrosy, czyli wrzucanie do urn dziesiątek kart, dokonywane często przez pracowników szkół, w których mieszczą się komisje. Przywołał przypadek nauczycielki z Petersburga, której proponowano 40 tysięcy rubli za dodanie 40 kart. Odmówiła, została zwolniona i wygrała proces o zniesławienie, ale do szkoły nie wróciła - a przewodnicząca komisji dostała posadę w administracji lokalnej. "W systemie rosyjskiej władzy panuje selekcja negatywna, która promuje lojalność" - ocenił.
Bezradna opozycja i społeczeństwo bez alternatywy
Wobec wyborów rosyjska opozycja pozostaje podzielona. Fundacja Nawalnego zachęca do akcji "Południe przeciwko Putinowi" - masowego przyjścia do lokali o godzinie 12. Jabłoko namawia do psucia kart, argumentując, że nieważnego głosu nie da się wykorzystać w fałszerstwie. Inni w ogóle odradzają udział.
Salnikow ostrzega, że o zgromadzonych o południu wyborcach reżim niemal na pewno stworzy bazę danych - zwłaszcza po wprowadzeniu ustawy o "śmierci cywilnej". Sam, ze względu na działalność publiczną, nie zamierza odwiedzić rosyjskiego konsulatu. Uważa jednak, że "jakiekolwiek działania są lepsze niż brak działań", bo apatia jest tym, do czego dąży Kreml.
Komentator zwrócił uwagę na fundamentalną barierę doświadczenia: Rosjanie urodzeni po 2000 roku nie znają innej władzy niż Putina, a około 30 procent obywateli nigdy nie wyjechało na Zachód. "Dla nich to wygląda jak sytuacja, kiedy po raz pierwszy przychodzisz na boisko" i nie znasz reguł gry - mówił. Krytyczne pytania po prostu nie padają, bo władza nie chce ich rozwijać.
Podziały dotyczą także emigracyjnej opozycji, którą trawią spory o dominację - od reprezentacji w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy po wzajemne oskarżenia w mediach społecznościowych. "To nie jest monolityczna struktura, która ma spójną strategię" - podsumował Salnikow.
Wybory do Dumy władzy nie zmienią. Powiedzą jednak, jak przewidywalny okaże się wynik i jak wielkiej skali fałszerstw będzie on wymagał - a to, zdaniem komentatora, stanie się sygnałem dla aparatu władzy, choć niekoniecznie dla samego Putina, który "pozna tylko wynik wyborów".