Rosyjska rakieta spadła na Lubelszczyznę. Ekspert broni wojska
Rosyjski pocisk manewrujący H-101 uderzył w terytorium Polski na Lubelszczyźnie około godziny 3:47 czasu warszawskiego podczas zmasowanego ataku Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Poderwane wcześniej myśliwce F-16 nie zdążyły go zestrzelić - pocisk spadł tuż przed podjęciem decyzji o jego zniszczeniu. Płk rezerwy Piotr Lewandowski, komentator do spraw bezpieczeństwa, ocenił reakcję Wojska Polskiego jako prawidłową, wskazując zarazem na luki w systemie ostrzegania ludności i obrony cywilnej.
Przebieg zdarzenia
Według relacji eksperta rosyjskie przygotowania do ataku były obserwowane przez systemy NATO od najwcześniejszych etapów. Pociski wystrzeliwane są z pokładu bombowców strategicznych, których start rejestrowały najpierw satelity, a następnie sensory niższych poziomów.
„Ogólnie wiedzieliśmy, że siły powietrzne rosyjskie wystrzeliły około 22 pocisków tego typu, czyli H-101" - powiedział Lewandowski. Chodzi o pocisk skrzydlaty, manewrujący, o masie około 2400 kilogramów, z głowicą ważącą blisko 400 kilogramów. Część z nich zbliżała się do granicy państwa.
Około godziny drugiej w nocy wystartowały myśliwce F-16, a w gotowości pozostawały MiG-i 29. O 3:40 jeden z F-16 otrzymał polecenie lotu w kierunku obiektu z zadaniem identyfikacji wzrokowej. Gdy maszyna zbliżyła się na odległość operacyjną, pocisk uderzył w ziemię.
„Armia mówi, że w zasadzie decyzja o zestrzeleniu pocisku była już niemal podjęta, natomiast spadł tuż przed tym, kiedy taką decyzję podjęto" - relacjonował ekspert. Na miejscu powstał lej o średnicy około 10 metrów. Pocisk pozostawał nad terytorium Polski, według szacunków Lewandowskiego, między sześć a osiem minut.
Dlaczego nie zestrzelono pocisku
Zdaniem eksperta zarzuty o kompromitacji Wojska Polskiego, formułowane m.in. przez gen. Komornickiego, są nieuzasadnione. „Wojsko Polskie stosuje się do procedur, które tworzone są na szczeblu politycznym. A procedura przewiduje przedtem identyfikację celu" - podkreślił.
Obowiązująca w czasie pokoju procedura identyfikacji wzrokowej pochłania czas krytycznie potrzebny do reakcji. Przy zachowaniu obecnych zasad zestrzelenie pocisku tuż po przekroczeniu granicy nie jest możliwe - decyzję trzeba by podjąć wcześniej, rezygnując z identyfikacji.
Sytuację komplikowała obecność w powietrzu ukraińskich myśliwców, które również usiłowały zestrzeliwać nadlatujące pociski. Kluczowa jest tu tzw. dekonfliktacja, ponieważ maszyny obu państw nie działają we wspólnym systemie rozpoznania „swój-obcy".
„Fatalnie byłoby, gdyby nasz F-16 dostał na przykład ukraińskim pociskiem rakietowym albo odwrotnie" - zaznaczył Lewandowski. Ekspert przypomniał także, że pocisków w powietrzu było wiele, a polskie radary śledziły równocześnie liczne cele i ukraińskie maszyny.
Błąd czy prowokacja
Zapytany o przyczynę uderzenia w terytorium Polski, Lewandowski wskazał na najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. „W mojej ocenie raczej był to błąd, czyli defekt pocisku" - powiedział. Rosyjskie pociski manewrujące klasy CH nie cieszą się opinią uzbrojenia o wysokiej bezawaryjności; według niektórych źródeł awaryjność sięga od kilku do kilkunastu procent.
Ekspert zwrócił uwagę na zmianę rosyjskiej taktyki. Zamiast zmasowanych ataków dronowych, w których liczba maszyn sięgała 700, Rosjanie używają obecnie dronów do saturowania ukraińskiej obrony powietrznej, a głównym efektorem stają się liczne pociski manewrujące i balistyczne, wystrzeliwane sekwencyjnie lub tak, by uderzały w jednym czasie.
Znaczenie ma również wojenna produkcja uzbrojenia. Przedwojenne zapasy pocisków CH oceniano na 400-500 sztuk; obecnie produkuje się ich, według różnych danych, około 70 miesięcznie. Zachodnie komponenty zastępowane są tańszymi i gorszymi jakościowo częściami chińskimi lub własnymi, co - zdaniem eksperta - dodatkowo podnosi awaryjność.
Ostateczne rozstrzygnięcie ma przynieść szczegółowa analiza toru lotu, którą zajmą się służby polskie i sojusznicze. „Tu nigdy nie będziemy mieli pewności" - zastrzegł Lewandowski.
Spór o procedury
Ekspert opowiedział się za skróceniem procedury decyzyjnej, uzależniając ją jednak od wzmocnienia wschodniej granicy. „Skrócić całą pętlę decyzyjną, między innymi właśnie poprzez nasycenie naszej granicy większą liczbą natowskich środków obrony" - sformułował swój wniosek.
Zmiana zasad wymaga decyzji politycznej, nie wojskowej. „Jeżeli powiemy: ok, od tego momentu wszystko, co nadleci przez naszą granicę ze wschodu, zestrzeliwujemy bez ostrzeżenia - ale to musi powiedzieć polityk, a nie żołnierz" - wyjaśnił Lewandowski. Wiąże się z tym gotowość przyjęcia odpowiedzialności politycznej za pewien stopień eskalacji.
Ekspert dostrzega napięcie między procedurami a oczekiwaniami społecznymi. Jeśli pociski nie będą zestrzeliwane, zaufanie obywateli będzie malało, bo większości Polaków nie przekonają zapewnienia, że wojsko wykonało swoje zadanie. Zarazem szybkie zestrzelenie odbywałoby się często nad terenem przygodnym, bez gwarancji, że spadające szczątki nikogo nie zabiją.
Sam przebieg operacji Lewandowski ocenił pozytywnie. „Samoloty się poderwały, były na właściwej pozycji, rakieta spadła, nikt nie zginął, oceniamy po efekcie" - stwierdził. Zwrócił uwagę, że wątpliwości co do charakteru obiektu były minimalne, ponieważ pocisk śledzono, a jego parametry lotu pozwalały wnioskować o typie.
Rola NATO
Zmiana procedur wymagałaby, zdaniem eksperta, współpracy z Sojuszem. Polska powinna uzyskać akceptację NATO, choć Lewandowski nie spodziewa się sprzeciwu. „To nie to, że my prosimy NATO o zgodę. Raczej informujemy o formule takiej" - doprecyzował, wskazując, że jednocześnie należy występować o wzmocnienie flanki wschodniej.
Ekspert liczy na wsparcie państw sojuszniczych. Jako pierwsza zareagowała Norwegia; realne jest też wsparcie Danii, Holandii i niemieckie systemy przeciwlotnicze. Część tych krajów ma - jak przypomniał - „porachunki z Rosjanami za zestrzelenie cywilnego samolotu".
Docelowo Lewandowski proponuje utworzenie wspólnego komponentu powietrzno-przeciwlotniczego dla całej wschodniej flanki, obejmującego również Litwę, Łotwę i Estonię. „Akurat systemy powietrzne przeciwlotnicze w całym NATO mają jeden z najwyższych poziomów unifikacji" - ocenił, uznając takie spięcie za relatywnie proste technicznie.
Zawiódł system ostrzegania
Ekspert krytycznie ocenił sposób informowania mieszkańców. Zadziałał najprostszy element - syreny - który sygnalizuje zagrożenie, lecz nie precyzuje jego rodzaju. Sygnały są tylko dwa: ogłoszenie i odwołanie zagrożenia.
„Równocześnie z włączeniem syren powinna pójść informacja w systemie RCB, a z jakimś minimalnym poślizgiem w lokalnych rozgłośniach radiowych, telewizyjnych i ogólnopolskich powinien pójść sygnał alarmowy" - wskazał Lewandowski. Tymczasem ludzie czerpali wiedzę o zagrożeniu ze stron internetowych i mediów społecznościowych.
Ekspert wyjaśnił zarazem, dlaczego alarmu nie ogłoszono wcześniej, gdy pociski dopiero zbliżały się do granicy. Przy obecnej taktyce Rosjan alarmy w Polsce wschodniej i południowo-wschodniej ogłaszano by trzy-cztery razy w miesiącu, co doprowadziłoby do zobojętnienia mieszkańców.
Osobnym problemem pozostaje przygotowanie obywateli. Lewandowski odesłał krytyków do rządowego poradnika, przyznając, że sam ma do niego wiele uwag, ale zawiera on podstawowe zasady. Zwrócił uwagę, że nawet przygotowany „plecak alarmowy" nie rozwiązuje kluczowego pytania: dokąd się ewakuować.
Brak schronów i obrony cywilnej
Zdaniem eksperta Polska nie dysponuje systemem schronów, a system ukryć jest niewystarczający. Deklaracje o nadmiarze miejsc ukrycia uznał za „paranoję", ponieważ do statystyk wliczono piwnice zawalone rowerami i pozamykane na klucz.
Budowę obiektów dopiero rozpoczęto - w dodatku wielkopowierzchniowych, do których większość ludzi będzie miała daleko. Lewandowski opowiada się za mniejszymi ukryciami na poziomie gmin, zwłaszcza w pasie do około 200 kilometrów od granicy, uznawanym za strefę największego zagrożenia.
Problem sięga głębiej niż finansowanie. „W swoim czasie zlikwidowano obronę cywilną, która kluczowa jest do ochrony ludności" - przypomniał ekspert. Ostatni nowy schron oddano, według jego wiedzy, około 1991 roku, siłą rozpędu zaawansowanego projektu; później „nie działo się dosłownie nic". Samorządy - urzędy marszałkowskie, wojewódzkie i gminne - często nawet nie wiedzą, o co prosić.
Jako wzór Lewandowski wskazał Finlandię, dysponującą systemem schronów i dokładnie opracowanymi zasadami postępowania ludności. Skrytykował także zaniedbania w edukacji: przez lata ignorowano kształcenie młodzieży w zakresie obronności, a wprowadzone zajęcia są nieliczne i pozbawione przygotowanej kadry pedagogicznej.
Ekspert obawia się, że w razie sygnału alarmowego wiele szkół zareagowałoby jak na alarm pożarowy - wyprowadzając uczniów na boisko, co przy napadzie powietrznym byłoby najgorszym możliwym rozwiązaniem.
Sprawa rozliczenia z Ukrainą
Lewandowski zaapelował o rzetelne udokumentowanie zdarzenia i zaprezentowanie go na forach międzynarodowych, by nie pozostawić przestrzeni dla dezinformacji. „W naszej przestrzeni medialnej już się pojawiły informacje o prowokacji ukraińskiej i one będą nadal" - ostrzegł, wskazując, że będą je rozpowszechniać nie tylko rosyjskie farmy troli.
Jako przykład zaniechania podał sprawę rakiety w Przewodowie, którą - jego zdaniem - zamknięto bez profesjonalnej informacji. Ekspert uznał, że polskie państwo powinno jasno przedstawić, iż był to pocisk ukraiński, który zabił Polaków, i oczekiwać stanowiska Kijowa.
„Rząd jest Polakom takie rzeczy po prostu winien" - stwierdził. Pozostawianie spraw niewyjaśnionych porównał do gangreny, a niedomówienia - do pożywki dla teorii spiskowych. Zdaniem eksperta rząd „jest winien bardziej prawdę Polakom niż tworzenie półprawd w imię relacji, które i tak są obecnie ekstremalnie trudne do utrzymania".
Kontekst i perspektywa
W kwestii wsparcia dla Ukrainy Lewandowski zajął stanowisko zróżnicowane. Sprzeciwił się przekazywaniu polskich pocisków do systemów Patriot, powołując się na opinię społeczną i niepewność co do dostaw. Za możliwe i skuteczne uznał natomiast przekazanie samolotów MiG-29, które wobec pocisków manewrujących sprawdzają się w roli maszyn przechwytujących.
Ekspert przewiduje, że incydentów granicznych będzie przybywać wraz z rosyjską taktyką intensywnych ataków rakietowych. Zwiększona liczba pocisków w jednym czasie potęguje zamieszanie radarowe i utrudnia wczesną identyfikację celów.
Jednocześnie ocenił, że jeśli Rosja będzie dążyć do „deeskalacji poprzez eskalację", bardziej prawdopodobnym kierunkiem są Litwa, Łotwa i Estonia niż Polska - bo tam byłoby jej łatwiej. Wywiady wszystkich trzech państw sygnalizują takie zagrożenie od dłuższego czasu.
Konkluzja eksperta jest jednoznaczna: wojna toczy się tuż za granicą i może eskalować. Odpowiedzią ma być skrócenie pętli decyzyjnej, wzmocnienie granicy natowskimi środkami obrony oraz nadrobienie wieloletnich zaniedbań w obronie cywilnej i edukacji obronnej społeczeństwa.