Rosyjska rakieta spadła na Lubelszczyznę. Ekspert: to podnoszenie stawki
Podczas jednego z największych ostatnich rosyjskich ataków na Ukrainę - kilkuset dronów i kilkudziesięciu rakiet wymierzonych w ukraińskie miasta - jeden z pocisków zboczył z kursu i uderzył w terytorium województwa lubelskiego, naruszając granice Polski. O możliwych przyczynach i szerszym kontekście tego zdarzenia mówił w Kanale Otwartym dr Michał Patryk Sadłowski z Centrum Badań nad Państwowością Rosyjską i Uniwersytetu Warszawskiego.
Sadłowski nakreślił tło dyplomatyczne, na którym doszło do ataku. Jego zdaniem wśród rosyjskich elit i na Kremlu narasta świadomość, że nie udało się przekonać Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa do rosyjskiej wizji zakończenia wojny. Maksymalistyczny scenariusz - wycofanie wojsk ukraińskich z Donbasu poprzedzające dalsze negocjacje - pozostaje poza zasięgiem Moskwy.
Wpłynęły na to, według eksperta, trzy czynniki: intensyfikacja pomocy europejskiej, skuteczna obrona Ukrainy oraz coraz silniejsze przenoszenie konfliktu na terytorium Federacji Rosyjskiej. - Pewien pat na froncie powoduje to, że te strony będą wymieniać ciosy coraz silniejsze - ocenił Sadłowski.
Wymiana ciosów i cel psychologiczny
Ukraina w ostatnich miesiącach atakowała przede wszystkim rosyjską infrastrukturę energetyczną, a następnie centra logistyczne. Sadłowski od początku inwazji wskazywał na ich znaczenie, wiążąc je z rozwiniętym w Rosji handlem internetowym.
Zdaniem eksperta rosyjska intensyfikacja ataków rakietowych ma cele nie tylko militarne. - To jest psychologiczne zmęczenie, niszczenie infrastruktury - stwierdził. Zwrócił uwagę, że strona ukraińska nie informuje o skuteczności rosyjskich uderzeń, więc mogą one być równie dotkliwe jak ataki ukraińskie.
Sadłowski opisał mechanikę wojny w sposób obrazowy: rosyjscy planiści, upraszczając, prowadzą swoisty rejestr, w którym za każde trafienie na terytorium Rosji zapisują trafienie na terytorium Ukrainy. Oznacza to, że wiele celów rosyjskich to nie prywatne domy, lecz centra logistyczne i obiekty energetyczne - choć ofiarami padają także cywile.
Ekspert ostrzegł przed jedną tendencją: - To, co może niepokoić, to jest ta rosnąca skuteczność. Przypomniał, że był etap wojny, gdy mówiono o niemal pełnej ukraińskiej obronie przed atakami rakietowymi i dronowymi; teraz rakiety ponownie spadają na cele.
Przypadek czy kalkulacja?
Kluczowe pytanie dotyczy tego, czy uderzenie w Lubelszczyznę było usterką, przypadkiem, czy - jak ujął to Sadłowski - „wkalkulowaną usterką". Ekspert zaznaczył, że w rosyjskiej analityce od pewnego czasu pojawiają się głosy o potrzebie rozszerzenia konfliktu w celu podniesienia stawki.
Nie chodzi o lądową inwazję na państwo NATO, lecz o ataki dronem lub rakietą. - Pytanie, czy znowu niestety nie zostaliśmy zaskoczeni, że być może niedokładnie analizujemy komunikaty polityczne wypływające z dyskusji wewnątrzfederacyjnej - powiedział Sadłowski.
Prowadzący zapytał, czy Kreml może kalkulować podniesienie stawki, by wzmocnić pozycję negocjacyjną. Ekspert potwierdził, wskazując na napływające sygnały o możliwych przygotowaniach do kolejnej rundy rozmów. Rosja miałaby być skłonna do porozumień po zajęciu Donbasu; pojawiają się też informacje o podejmowaniu technicznych kwestii, jak dostęp do wody.
- Trzeba pokazać siłę, zamanifestować swoją sprawczość, zanim usiądziemy do stołu - opisał Sadłowski logikę zbrojnego imperializmu. Jeśli cele znajdowały się we Lwowie i okolicach, do polskiej granicy dzieliły je metry, nie kilometry - dlatego naruszenie polskiego terytorium mogło być wkalkulowanym ryzykiem.
Prowadzący wyraził jednak wątpliwość, czy to właściwy moment na eskalację, dopuszczając element przypadkowości. Sadłowski przyznał, że tego nie wyklucza, dlatego rozpoczął od szerokiego tła, unikając czysto wojskowo-technicznych spekulacji.
Reakcja Polski i skuteczność sankcji
Pytany o właściwą reakcję, Sadłowski zastrzegł, że wszystko zależy od ustalenia faktów. Opowiedział się jednak za aktywną polityką wobec rosyjskiego imperializmu. - Jeżeli okazałoby się, że to było celowe, Polska musiałaby pomyśleć nad symetryczną odpowiedzią - ocenił.
Ekspert, sam wydalony w przeszłości z Federacji Rosyjskiej „w skali jeden do jednego", podkreślił, że Polska dysponuje szerokim wachlarzem narzędzi dyplomatycznych - od sfery sportu po inne obszary - bez konieczności sięgania po środki zbrojne. Za kluczowe uznał także działanie struktur sojuszniczych.
Sadłowski przedstawił rosnące koszty wojny dla Rosji. Powołując się na „Niezawisimą Gazietę", przekazującą głosy różnych frakcji systemu, wskazał, że sankcje nie obalą reżimu, lecz mogą trwale - na lata - hamować rozwój kraju.
Ataki na centra logistyczne firmy Wildberries trwają mimo powszechnej wiedzy o zagrożeniu - płonący magazyn w okolicach Penzy jest tego kolejnym przykładem. Ekspert łączy to ze zmniejszaniem potencjału Rosji przed rozmowami i sugeruje, że strona amerykańska może być wobec takich uderzeń wyrozumiała.
Zmęczenie, apatia i „próg bólu" elit
Sadłowski zdiagnozował narastające zmęczenie informacyjne i psychologiczne w Rosji. Zarazem - jak wynika z badań jego ośrodka i kontaktów z częścią rosyjskich elit - istnieje konsensus, że porażka oznaczałaby rozpad państwa, chaos i utratę majątków budowanych po 1991 roku.
- Ci ludzie nie chcą po raz drugi w życiu przechodzić upadku i rozpadu państwa - wyjaśnił ekspert. Dlatego podnoszą własny „próg bólu". To, jego zdaniem, główny problem, nad którym głowią się stratedzy ukraińscy i zachodni: aby doprowadzić do buntu, trzeba wyłonić grupy mające interes w jego przeprowadzeniu.
Sadłowski zwrócił uwagę na rosnące oderwanie najwyższych elit od ludności - dysponują one jachtami i majątkami liczonymi w miliardach dolarów, przez co słabiej odczuwają skutki wojny. Jednocześnie w części społeczeństwa dominuje apatia i przekonanie, że milczenie pozwoli przetrwać.
Ekspert zauważył też, że Kreml zaczął skutecznie pracować z mniejszościami etnicznymi Syberii, w tym z szamanami, oferując granty i legitymizację w zamian za ideologiczne wsparcie wojny. To odpowiedź na wcześniejsze ukraińskie próby wspierania separatyzmów w Rosji, które okazały się nieefektywne.
Wybory do Dumy i sygnały „liberalizacji"
Do września - jak przewiduje Sadłowski - Kreml będzie realizował trzy kierunki: kampanię wyborczą do Dumy, zabezpieczenie energetyczne i konsumpcyjne przed zimą oraz dyplomację nakierowaną na kolejne rozmowy z Waszyngtonem. Uroczystość na Kremlu, podczas której nagrodzono członków elity dumskiej, potwierdziła wagę tej procedury.
Ekspert opisał również spekulacje o możliwej „liberalizacji" systemu - dopuszczeniu kontrolowanych sił politycznych i wzmocnieniu pozycji premiera, by przejmował odpowiedzialność za wizerunkowe klęski. Wiązałby to z pozycją Siergieja Kirijenki i partią Nowi Ludzie, zastrzegając, że są to na razie plotki krążące w kręgach eksperckich.
Sadłowski zwrócił uwagę na wystąpienie Leonida Słuckiego, następcy Żyrinowskiego, który ostro skrytykował Stany Zjednoczone - nietypowo, gdyż Putin zwykle powstrzymuje się w tej kwestii. Ekspert powołał się też na tekst Fiodora Łukjanowa, wskazujący, że Trump w ostatnim czasie mocniej stawia na Ukrainę, a jego neutralność przestaje być neutralnością.
Ekspert apeluje o programowanie polityki w perspektywie długiej - wojna może trwać kolejne dziesięć czy piętnaście lat, a obie strony manifestują gotowość do jej kontynuacji. Za konieczny uznał stały monitoring sytuacji w Rosji, pozwalający przewidywać momenty o charakterze eskalacyjnym. Uderzenie w Lubelszczyznę może być, jego zdaniem, właśnie takim momentem - sygnałem, którego nie wolno zignorować.