Powrót

Rozłam w PiS. Morawiecki opuszcza partię z grupą posłów

Jarosław Kaczyński ogłosił na konferencji prasowej, że nie udało mu się przekonać Mateusza Morawieckiego do pozostania w Prawie i Sprawiedliwości na warunkach partii. Formalne decyzje o wykluczeniu grupy skupionej wokół byłego premiera ma podjąć Komitet Polityczny PiS we wtorek. Rozłam w największej partii opozycyjnej stał się faktem.

„Jest w jakimś sensie po wszystkim" - tymi słowami Kaczyński podsumował spór, który dziennikarze polityczni obserwowali od miesięcy. To finał starcia dwóch frakcji wewnątrzpartyjnych: tak zwanych maślarzy oraz harcerzy. Konflikt kończy się triumfem pierwszej z nich, z Jackiem Sasinem na czele.

Spotkanie ostatniej szansy

Do rozstrzygnięcia doszło po czwartkowej rozmowie Kaczyńskiego z Morawieckim. Prezes PiS przyznał, że nie przekonał byłego premiera do podpisania zobowiązania, w którym miał zrzec się działalności w założonym przez siebie Stowarzyszeniu Rozwój Plus. Wobec odmowy Kaczyński uznał, że nie ma o czym rozmawiać.

Samo spotkanie miało nietypowy przebieg. Morawiecki jechał na Nowogrodzką w przekonaniu, że rozmowa odbędzie się w cztery oczy - tak wyglądały jego wcześniejsze kontakty z prezesem. W gabinecie zastał jednak także Jacka Sasina oraz sekretarza generalnego partii.

Według polityków PiS obecność Sasina była czytelnym sygnałem. Morawieckiego sprowadzono do pozycji równorzędnej z liderem konkurencyjnej frakcji - miał to być gest podkreślający, że były premier nie stoi na równi z prezesem. Po trzygodzinnej rozmowie Morawiecki opuszczał siedzibę partii, prawdopodobnie już świadomy tego, jak zakończy się spór.

Skala ubytku i konsekwencje w Sejmie

Kaczyński zapowiedział, że wtorkowy Komitet Polityczny formalnie wykluczy z partii „trzydzieści kilka osób". Otoczenie Morawieckiego mówi o czterdziestu posłach, z czego trzej są spoza PiS - oznacza to odejście trzydziestu siedmiu członków klubu.

To poważny ubytek personalny, który pociągnie za sobą konkretne skutki. PiS przestanie być największym klubem w Sejmie, tracąc związane z tym przywileje: gabinety oraz miejsca w komisjach sejmowych. Odchodzą politycy zazwyczaj sprawni medialnie, merytoryczni i pracowici - grupę tę trudno będzie partii zastąpić.

Podczas własnej konferencji Morawiecki sprawiał wrażenie nie w pełni przygotowanego na taki obrót spraw. Przyznał, że do ostatniej chwili liczył na to, że prezes nie dopuści do rozłamu, który - jak mówił - zaszkodzi prawicy i utrudni „odsunięcie Donalda Tuska od władzy". Jeszcze dzień wcześniej przekonywał swoje otoczenie, że wszystko może się jeszcze zmienić.

Wojna narracji

Mimo że Kaczyński zapewniał, iż nie chce się rozstawać „w jakiejś niechęci, czy tym bardziej w jakichś silniejszych jeszcze uczuciach negatywnych", politycy PiS niemal natychmiast przeszli do ataku. Rzecznik partii Rafał Bochenek stwierdził w prawicowych mediach, że Morawiecki „zawsze był trochę lewicowy". Mariusz Błaszczak oskarżył go o blokowanie zakupu samolotów F-35 oraz o sprzeciw wobec programu 500+.

Strategia PiS zdaje się polegać na oddzieleniu byłego premiera od sztandarowych osiągnięć partii - przypisaniu mu porażek i odebraniu udziału w sukcesach. Narracja ta jest jednak ryzykowna: trudno wytłumaczyć wyborcom, dlaczego Kaczyński mianował rzekomego przeciwnika najważniejszych programów PiS najpierw wicepremierem, a następnie premierem na sześć lat.

Obie strony mogą na tym sporze stracić. Morawiecki i jego grupa byli dotąd wygodnym pretekstem tłumaczącym słabe wyniki sondażowe, opóźnienia i problemy kampanii Przemysława Czarnka. Teraz, gdy odchodzą, PiS traci to wyjaśnienie - a diagnoza problemów partii wydaje się od początku nietrafiona.

Niepewna przyszłość obu obozów

Morawiecki musi znaleźć pomysł na własną formację i miejsce po prawej stronie sceny politycznej, gdzie jest ciasno. Funkcjonują już dwie Konfederacje, a PiS pozostaje silny i dysponuje sprawnymi strukturami. Były premier prawdopodobnie będzie zabiegać o bardziej umiarkowanych, proaspiracyjnych wyborców, dla których PiS z twarzą Czarnka jest trudny do zaakceptowania.

Kluczowe pytanie dotyczy liczby takich wyborców. Wcześniejsze sondaże dawały potencjalnej formacji Morawieckiego od 2 do 7 procent - przy progu wyborczym wynoszącym 5 procent wynik pozostaje niepewny. Atutem byłego premiera jest pracowitość; można spodziewać się, że ruszy w Polskę, by budować poparcie w powiatach.

Spór o odpowiedzialność za rozłam dopiero się rozkręca. Maślarze twierdzą, że to Morawiecki dążył do rozłamu i budował potajemne struktury. Sam były premier mówi o „grupie intrygantów", która oplotła Kaczyńskiego i wypychała go z partii. To wyborcy zdecydują, którą wersję uznają za wiarygodną - a wyborcy prawicy niechętnie patrzą na kłótnie polityków.

Trudna droga do pojednania

W mediach społecznościowych dominują apele o zakończenie sporu. Pojawiają się głosy, że jedynym politykiem zdolnym go przerwać byłby prezydent Karol Nawrocki. Ten jednak trzyma się z boku - angażowanie się w konflikt byłoby dla niego politycznie nieopłacalne.

Rozważany jest też scenariusz, w którym oba obozy najpierw się pokłócą, a przed wyborami w 2027 roku i tak będą zmuszone się porozumieć - chociażby ze względu na metodę d'Hondta. Realizacja tego wariantu wydaje się jednak trudna. Politycy obu stron znają się na tyle dobrze, że ujawnianie wzajemnych „brudów" uczyni z nich zakładników własnych słów i decyzji.

Rozłam kończy epokę PiS w kształcie, jaki funkcjonował przez lata. Dla prawicy oznacza on osłabienie, którego skutków - zarówno dla partii Kaczyńskiego, jak i dla przyszłej formacji Morawieckiego - nie da się dziś jednoznacznie przewidzieć.