Powrót

Naczelna Izba Lekarska wskazuje systemowe patologie

Sprawa szpitala południowego w Warszawie i poważne zarzuty wobec młodego lekarza Dawida Kacprzyka obnażyły głębsze problemy polskiej ochrony zdrowia - od mechanizmów nadzoru nad lekarzami bez specjalizacji, przez zarobki sięgające 100 tysięcy złotych miesięcznie, po wyceny świadczeń NFZ wymuszające na szpitalach selekcję pacjentów. Mówił o tym w Kanale Otwartym Kamili Baranowskiej dr Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej, który 15 czerwca podpisał zawiadomienie do pionu odpowiedzialności zawodowej w sprawie podejrzenia opuszczenia dyżuru przez lekarza.

Dwa scenariusze, oba niekorzystne

Rzecznik NIL przyznaje, że dla samorządu lekarskiego sprawa jest trudna niezależnie od tego, która wersja okaże się prawdziwa. - Albo mamy do czynienia z sytuacją, w której zawiodły wszelkie bezpieczniki nadzoru pracy nad młodym lekarzem bez specjalizacji, albo mamy do czynienia z zaangażowaniem całego aparatu państwowego i izbowego w sprawę z wewnętrznych porachunków szpitalnych, w którą zostały wciągnięte media - wskazuje Kosikowski.

Rzecznik zastrzega, że sprawa powinna była najpierw trafić do pionu odpowiedzialności zawodowej i prokuratury, a dopiero potem do mediów. Zwraca uwagę, że NIL zweryfikowała, czy doktor Emil Jędrzejewski, który nagłośnił sprawę, składał wcześniej zawiadomienie do izby lekarskiej. - Nic na szpital południowy w związku z tym do nas nie wpłynęło - informuje. Przypomina jednocześnie, że Naczelna Izba Lekarska prowadzi zespół do spraw naruszeń, który chroni anonimowość sygnalistów.

Sygnaliści w szpitalach mają związane ręce

Kosikowski tłumaczy, dlaczego patologie w polskich szpitalach rzadko wychodzą na światło dzienne. Lekarze obawiają się utrudnień w karierze, problemów ze specjalizacją czy dyżurami, ale problem jest też prawny. - Przepisy nie rozróżniają, nie ułaskawiają osoby, która nagłaśnia patologię, jeżeli wcześniej nie zareagowała - wyjaśnia. Lekarz zgłaszający nieprawidłowości sam może zostać oskarżony o brak reakcji.

Skutkiem jest statystyczna fikcja. - Oficjalnie jako kraj mamy chyba najmniej albo jedni z najmniej zdarzeń medycznych w Europie z tego względu, że po prostu u nas się ich nie zgłasza - mówi rzecznik NIL. W innych państwach procedury przypominają standardy lotnictwa: ustala się przyczynę, wdraża zmiany i wypłaca zadośćuczynienie. - U nas grozi za to więzienie - podkreśla.

Samorząd lekarski domaga się prawnego rozróżnienia błędów medycznych wynikających z mechaniki leczenia od tych spowodowanych rażącym niedbalstwem. Postulaty zgłaszane były już za rządów Prawa i Sprawiedliwości - bez powodzenia. Za ministra Adama Bodnara pojawiło się - jak to ujmuje rzecznik - „żółte światło", prace kontynuowane są za ministra Waldemara Żurka, ale końca nie widać.

VIP-y, fast tracki i upolitycznienie

Według Kosikowskiego to, że młody lekarz bez specjalizacji otrzymał stanowisko kierownicze, jest prawdopodobnie sprawą jednostkową. Ale uprzywilejowanie polityków i innych VIP-ów w publicznej ochronie zdrowia - już nie. - Politycy nie tylko, bo różne inne VIP-y, w tym, muszę to powiedzieć, lekarze, korzystają z ochrony zdrowia trochę na innych zasadach niż pozostali obywatele - przyznaje rzecznik.

Mechanizm jest niezależny od barwy partyjnej. - U polityków jest taki niepisany pakt o nieagresji. Nigdy nie wiadomo, kto będzie rządził państwem, województwem czy powiatem - tłumaczy Kosikowski. Według niego uprzywilejowanie obejmujące nawet radnych dzielnicowych „idzie za daleko".

Wyceny NFZ wymuszają selekcję pacjentów

Najpoważniejszy zarzut rzecznika NIL dotyczy konstrukcji wycen Narodowego Funduszu Zdrowia. - W tej chwili w systemie mamy taki grzech pierworodny: pewnych pacjentów się bardziej opłaca, a innych się nie opłaca leczyć - mówi Kosikowski. Opłacalne są m.in. endoprotezy biodra, endoskopia, tomografia, rezonans, elektrofizjologia. Nieopłacalne - choroby wewnętrzne, chirurgia ogólna, pediatria, położnictwo.

To tłumaczy mechanizm wysokich kontraktów dla specjalistów. Szpital powiatowy, który ma deficytowe oddziały, otwiera oddział kardiologii czy ortopedii i ściąga specjalistę za 100 tysięcy miesięcznie. - Szpitalowi to się opłaca, bo ten lekarz zarobi dla siebie 100 tysięcy, ale szpitalowi da pół miliona, milion przychodu - wyjaśnia rzecznik. Z tych pieniędzy pokrywane są straty pozostałych oddziałów.

Konsekwencje są dalekosiężne: szpitale otwierają i zamykają oddziały według rachunku ekonomicznego, a nie potrzeb lokalnych społeczności. Lekarze wybierają specjalizacje lepiej wycenione. Pacjenci z chorobami „opłacalnymi" mają krótsze kolejki. NFZ wprowadził 1 stycznia korektę najbardziej przeszacowanych procedur, ale - jak wskazuje Kosikowski - nadal nie podniesiono wycen deficytowych.

Postulaty NIL: ewidencja czasu pracy i wyrównanie wycen

Samorząd lekarski proponuje wprowadzenie ewidencji czasu pracy lekarzy nie tylko w poradniach, ale również na oddziałach szpitalnych i w medycynie prywatnej. - Nie może być tak, że lekarz na umowie o pracę może pracować maksymalnie dobę i 78 godzin w tygodniu, a lekarz na kontrakcie może siedzieć tydzień w pracy i jest to zgodne z prawem - argumentuje rzecznik.

NIL sprzeciwia się też ministerialnemu pomysłowi sztywnej maksymalnej pensji. - Jeżeli wyrównamy wyceny, efekt będzie ten sam. Przestanie się opłacać dawać komuś 100 tysięcy, ale za te same pieniądze wyleczymy więcej pacjentów albo nie będziemy zamykać oddziałów, które są potrzebne - przekonuje Kosikowski. Samorząd czeka na zapowiadane przez premiera Donalda Tuska spotkanie.

SOR-y na granicy wydolności

Rzecznik ostrzega przed efektem ubocznym medialnej burzy: pacjenci mogą bać się zgłaszać na szpitalne oddziały ratunkowe. Tymczasem ich obciążenie rośnie wskutek kwietniowych ograniczeń liczby tomografii, rezonansów i endoskopii w opiece ambulatoryjnej. - Tam zamiast 20 ostrych pacjentów na dobę mamy do czynienia z 200 osobami, z których 180 nie powinno tam trafić - opisuje Kosikowski.

W niektórych miejscach lekarz może zarobić na SOR nawet 100 tysięcy miesięcznie - za 250-300 godzin pracy - i mimo to brakuje chętnych. - Ryzyko popełnienia błędu jest już tak duże, że żadne pieniądze nie zrekompensują poczucia, że można było się przyczynić do czyjegoś zgonu - relacjonuje rzecznik.

Kontekst: liczba lekarzy rośnie, problem leży gdzie indziej

Polska ma obecnie 3,94 lekarza na 1000 mieszkańców - nieco poniżej średniej unijnej. W ciągu dwóch-trzech lat ma ją dogonić, a w 2032 roku przegonić. Liczba uczelni kształcących lekarzy wzrosła z 12 w 2010 roku do 42 obecnie. - Ci lekarze są, tylko nam powinno zależeć na tym, żeby byli w Narodowym Funduszu Zdrowia, a nie prywatnie - podsumowuje rzecznik NIL. Kluczem, jego zdaniem, nie jest liczba kadr, lecz organizacja systemu, biurokracja i zakres odpowiedzialności spoczywającej na lekarzach.