Spór o Trybunał Konstytucyjny. Analitycy mówią o punkcie bez powrotu
Siłowe przejęcie Trybunału Konstytucyjnego i orędzie premiera Donalda Tuska, w którym zapowiedział on brak jakiegokolwiek kompromisu, stały się tematem debaty na Kanale Otwartym, którą prowadził Igor Janke. Czterech publicystów - Maciej Wilk, Andrzej Krajewski, Łukasz Warzecha i Paweł Musiałek - analizowało, czy Polska wchodzi w fazę najgłębszego kryzysu ustrojowego od 2015 roku, czy możliwy jest reset i kto politycznie zyska na konfrontacji między premierem a prezydentem Karolem Nawrockim.
Punktem wyjścia dyskusji było krótkie orędzie premiera, które uczestnicy ocenili jako słabe i pozbawione nowych treści. Andrzej Krajewski przyznał, że zapamiętał z niego jedynie anegdotę o okradzionej staruszce oraz obecność Władimira Putina. „To cały czas, jak się słucha, słucha, słucha cały czas tego samego (…), to nasz organizm po prostu te bodźce wypiera” - mówił, dodając, że wystąpienie było zbiorem powtarzanych od lat sloganów.
„Ani kroku wstecz” - orędzie bez miejsca na kompromis
Łukasz Warzecha zwrócił uwagę, że przekaz premiera stoi w sprzeczności z pojawiającymi się informacjami o rzekomych propozycjach kompromisowych, w tym referendum w sprawie zmiany konstytucji. Jego zdaniem orędzie było „jednoznaczną deklaracją”, że obóz władzy się nie cofnie.
Publicysta skrytykował także logikę stojącą za działaniami rządu. Odwołując się do przywołanej przez premiera alegorii o złodzieju i staruszce, wskazał na przekonanie części elit, że skoro druga strona naruszyła prawo, to odpowiedzią musi być kolejne jego złamanie. „Jest to oczywiście kompletny idiotyzm, bo państwa się nie naprawia przez kolejne akty łamania prawa” - ocenił Warzecha.
Maciej Wilk skupił się na formie wystąpienia. Opisał je jako krótkie, słabo wygłoszone, pocięte w montażu, z „fatalną” mową ciała. „Widziałem przestraszonego staruszka na tym filmie, a nie przywódcę narodu” - stwierdził. Jego zdaniem premier zdaje sobie sprawę, że przekroczył granicę, zza której trudno będzie mu się wycofać.
Paweł Musiałek przyznał, że do przekroczenia Rubikonu doszło, ale nie po raz pierwszy. Posługując się metaforą piłkarską, mówił o wcześniejszych „wślizgach na żółtą kartkę” i uznał najnowsze działania za „oczywistą czerwoną kartkę”. Za najciekawszy element orędzia uznał to, że premier więcej miejsca poświęcił zwolennikom resetu niż bezpośrednim przeciwnikom - chcąc zgasić nadzieje, że weźmie udział w jakimkolwiek porozumieniu.
Nagromadzenie naruszeń prawa i „mord założycielski”
Musiałek podkreślił, że obecna operacja wyróżnia się skalą naruszeń. Wymienił powołanie się na ustawę dotyczącą Sądu Najwyższego zamiast Trybunału Konstytucyjnego, wątpliwości wokół wyboru jednej z osób oraz zamieszanie związane z udziałem prezydenta. „Zbiera się tak mocny obraz, że (…) nie da się stworzyć nawet pozoru legalności” - mówił.
Warzecha postawił tezę, że nagromadzenie tak skrajnych działań może być celowe. Przywołał historyczną zasadę palenia mostów oraz pojęcie „mordu założycielskiego” - sytuacji, w której wszyscy uczestnicy przykładają rękę do jednego czynu, by nikt nie mógł się wycofać. Jego zdaniem premier może chcieć wciągnąć współpracowników i koalicjantów w sytuację, w której utrata władzy oznacza dla nich realne ryzyko odpowiedzialności karnej.
Publicysta wskazał na artykuł 128 kodeksu karnego, który - jego zdaniem - „pasuje jak ulał” do zaistniałych wydarzeń. Prognozował, że po ewentualnej zmianie władzy prokurator może postawić zarzuty, a sąd je zaakceptować. „No więc tutaj już wchodzi w grę obrona tak naprawdę własnej wolności, majątku, normalnego funkcjonowania” - mówił.
Krajewski rozwinął ten wątek, opisując mechanizm „punktu bez powrotu”. Stopień łamania prawa powiększa grono osób zagrożonych więzieniem w razie zmiany władzy, co z kolei motywuje je do utrzymania rządów za wszelką cenę. Jako przykład skrajnej dynamiki przywołał Brazylię, gdzie Lula i Jair Bolsonaro kolejno trafiali do więzienia. „Polityka może pójść tak daleko i niestety widzę, że my zmierzamy w tym kierunku” - ostrzegł.
Martwa instytucja i rola weta prezydenta
Krajewski argumentował, że Trybunał był dysfunkcjonalny już od lat, a najnowsze wydarzenia porównał do przebicia osinowym kołkiem serca martwego już tworu. Jego zdaniem powstał precedens, z którego skorzystać może zarówno obecna, jak i przyszła władza: „kogo rozkazów słucha policja, ten może kształtować skład Trybunału Konstytucyjnego”.
Publicysta zwrócił uwagę, że jedynym realnym hamulcem pozostaje weto prezydenta. „Obóz Donalda Tuska tak czy siak zatrzymuje się na wecie prezydenta, nie na orzeczeniach Trybunału, bo te już nie mają żadnego znaczenia, jak się ich po prostu nie publikuje” - stwierdził.
Uczestnicy przypomnieli genezę kryzysu. Warzecha wskazał, że zaczął się on od wyznaczenia dwóch nadmiarowych sędziów przez Platformę Obywatelską, po czym Prawo i Sprawiedliwość powołało własnych, a przewodnictwo Julii Przyłębskiej uczyniło rozstrzygnięcia przewidywalnymi. Zarazem przypomniał, że przed 2015 rokiem Trybunał „stać było od czasu do czasu na wydawanie wyroków, które były władzy nie po myśli”.
Musiałek doprecyzował, że największym grzechem PiS było nie tyle powołanie dublerów - co było faulem prawnym - ile desygnowanie osób dających gwarancję politycznej dyspozycyjności. Przypomniał rekomendację Komisji Weneckiej, by usunąć dublerów i przywrócić sędziów wybranych w 2015 roku. Jego zdaniem rząd z niej nie skorzystał, bo nie chciał doprowadzić do sytuacji, w której Trybunał trzeba by uznać.
Spór o nazwanie wydarzeń. Czy to zamach stanu?
Musiałek zdystansował się od określenia „zamach stanu”. Argumentował, że dotyczy ono nielegalnego przejęcia działających, legitymizowanych instytucji, podczas gdy Trybunał już nie funkcjonował. Jego zdaniem operacja służy stworzeniu pozoru legalności dla ustaw, na których rządowi zależy, oraz dostarczeniu paliwa do sporu polaryzacyjnego przed wyborami.
Publicysta prognozował, że przyszła władza nie uzna nowego Trybunału, przez co powstaną de facto dwie instytucje - „rządowy i opozycyjny”. Jedyne źródło nadziei dostrzegał w możliwości porozumienia pozostałych partii. Wskazał, że do wniesienia projektu zmiany konstytucji do Sejmu wystarczy 92 posłów, a presja ze strony Partii Razem, PSL, Polski 2050 i Konfederacji mogłaby skłonić jedną z dwóch głównych sił do ustępstwa. „Jesteśmy dzisiaj znacznie bliżej resetu niż kiedykolwiek wcześniej” - ocenił.
Wilk ostrzegał natomiast, że Trybunał może posłużyć do dalej idących celów - delegalizacji partii politycznej lub ingerencji w działanie Sądu Najwyższego, który stwierdza ważność wyborów. Wskazał również na artykuł 131 konstytucji, dotyczący stwierdzenia przeszkody w sprawowaniu urzędu prezydenta. Zastrzegł, że są to hipotezy, ale „widzimy przesuwanie granic”.
Po co rządowi Trybunał i jak daleko może pójść konflikt
Wilk bronił tezy o wartości sądu konstytucyjnego, wskazując na jego rolę w rozstrzyganiu sporów kompetencyjnych, których - jego zdaniem - jest w polskiej konstytucji wiele. „Widzimy, jak nam gnije państwo w sytuacji, jak tego sądu konstytucyjnego nie ma” - mówił. Zarazem opowiedział się nie za resetem samej instytucji, lecz za nową konstytucją i „resetem państwa”.
Publicysta wskazał, że premierowi Trybunał może posłużyć do odblokowania decyzji z ostatniej dekady, w tym zmian w regulacjach aborcyjnych lub rozstrzygnięć światopoglądowych. Nie wykluczył też „bardziej apokaliptycznych scenariuszy”. Postawił tezę, że w „postpolitycznym świecie liczą się obrazki”, a wczorajsze starcie „zdecydowanie wygrał” Nawrocki, co jego zdaniem znajdzie odbicie w sondażach.
Warzecha w polemice wskazał, że właśnie z powodu spartaczonej, bezprawnej operacji koalicja nie stoi murem za zmianami. Przypomniał, że na spotkanie z prezydentem stawili się Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz, obaj mówiący o potrzebie resetu. „Ten mur kruszeje” - ocenił, zaznaczając jednak, że ostateczną próbą byłoby konstruktywne wotum nieufności, którego koalicjanci jego zdaniem nie poprą.
Krajewski zaproponował analizę z perspektywy przeciętnego wyborcy Koalicji Obywatelskiej. Jego zdaniem widzi on zarówno siłowe wejście, szarpaninę i „pały”, które mogą mu się nie podobać, jak i silnego przywódcę po stronie prezydenta. Kluczowe pytanie brzmi, czy obraz ten zmobilizuje część zniechęconych wyborców z 2023 roku, czy przeciwnie - skłoni ich do pozostania w domach.
Bezpieczeństwo, mobilizacja i strategia Tuska
Krajewski zwrócił uwagę, że w orędziu zabrakło próby uspokojenia obywateli i zapewnienia o bezpieczeństwie państwa. „To przemówienie to było jak czytanie czytanki sześciolatkowi” - stwierdził, wskazując, że podsycanie sporu politycznego zwiększa podatność kraju na zagrożenia zewnętrzne. Jego zdaniem premier „nadszarpnął zaufanie do siebie” także wśród wyborców wahających się.
Musiałek postawił odmienną hipotezę: brak poczucia bezpieczeństwa mógł być celowy. Jeśli strategią Tuska jest mobilizacja własnego, zradykalizowanego elektoratu, to „im większy syf wokół Trybunału”, tym większe zainteresowanie opinii publicznej. Dodał, że wczorajsze obrazki „skleiły Grzegorza Brauna z Jarosławem Kaczyńskim, z Mateuszem Morawieckim”, co może być dla premiera korzystne.
Warzecha rozwinął ten wątek dwustronnie. Z jednej strony doklejenie Brauna do głównego nurtu opozycji wzmacnia straszak, z drugiej - łagodzi go, bo Konfederacja „bardzo się ucywilizowała”. Zdaniem publicysty mechanizm może zadziałać w obie strony i nie jest przesądzone, że tylko mobilizująco.
Musiałek i Krajewski zgodzili się, że działania premiera są raczej wyrachowane niż emocjonalne. „To jest po prostu totalnie wyreżyserowane” - mówił Musiałek, wskazując, że najłatwiej dowieźć efekty w obszarze rozliczeń, bo „tutaj rzeczywistość nie stawia oporu”. Zwrócił uwagę na radykalizację elektoratu, który - jego zdaniem - wymusza na premierze konkretny język, niezależnie od jego własnych preferencji.
Reset bliżej niż kiedykolwiek? Ostrzeżenie o regresie państwa
Krajewski nakreślił niepokojący obraz ustrojowy. Po śmierci Trybunału ustawa przyjęta przez Sejm i podpisana przez prezydenta „ma moc konstytucyjną de facto”, bo nie istnieje instytucja zdolna ją podważyć. Jako przestrogę przywołał historyczne analogie do ośrodków odosobnienia tworzonych decyzją administracyjną.
Musiałek wskazał, że nie obawia się dojrzałego autorytaryzmu, lecz dalszego regresu kultury politycznej. „Jeżeli stawką w wyborach będzie to, czy dany polityk będzie siedzieć w więzieniu, czy nie (…), zupełnie zmienia element kalkulacji” - ostrzegał, prognozując, że dynamika ta odbije się w końcu na rozwoju gospodarczym.
Mimo to publicyści dostrzegli racjonalność w scenariuszu resetu. Musiałek argumentował, że przy sondażowym remisie każda ze stron ma interes w działającym Trybunale, który hamowałby przeciwnika. Wskazał na możliwą, nietypową współpracę partii spoza duopolu - od Razem po Konfederację. „Mielibyśmy ciekawy case na polskiej scenie politycznej przełamujący polaryzację” - ocenił.
Na pytanie o apel Krzysztofa Bosaka o przedterminowe wybory uczestnicy odpowiadali sceptycznie. Wilk wskazał na trzy ścieżki - konstruktywne wotum nieufności, nieuchwalenie budżetu i wcześniejsze wybory - ale wątpił w powodzenie każdej z nich. Musiałek dodał, że partie balansujące na granicy progu wyborczego nie zaryzykują rozwiązania Sejmu.
Kto zyskuje? Prezydent wzmocniony, przyszłość reszty niepewna
W podsumowaniu uczestnicy zgodzili się, że w pierwszej dobie politycznie wzmocnił się prezydent Nawrocki. Wilk wskazał na jego interwencję w Trybunale i całodzienne konsultacje z grupami parlamentarnymi, kontrastujące z konfrontacyjnym orędziem premiera. Warzecha podkreślił, że decydują „obrazki” i wizerunek aktywnego przywódcy w kontraście z premierem.
Krajewski zauważył, że działania premiera przykryły wcześniejsze winy prezydenta, który nie zaprzysiągł części legalnie wybranych sędziów. „Winy Karola Nawrockiego zostały przykryte działaniami Donalda Tuska” - stwierdził, dodając, że opinia publiczna szybko zapomina wcześniejsze zdarzenia.
Musiałek studził te oceny, przypominając, że analiza dotyczy zaledwie 24 godzin od wydarzeń, które będą miały kontynuację. Jego zdaniem kolejne dni mogą ujawnić „deficyty ustrojowe i kompetencyjne prezydenta”, który poza konsultacjami niewiele może zrobić. Dostrzegł natomiast szansę dla Kosiniaka-Kamysza i Hołowni - ale wyłącznie w scenariuszu resetu, który mógłby ich upodmiotowić kosztem wspólnej listy z Platformą.
Debata odbyła się dzień po siłowym przejęciu Trybunału Konstytucyjnego, w atmosferze rosnącego napięcia między obozem rządzącym a prezydentem. Uczestnicy rozmowy, reprezentujący różne wrażliwości publicystyczne, zgodnie wskazywali, że Polska znalazła się w jednym z najpoważniejszych momentów kryzysu ustrojowego ostatnich lat - a jego dalszy przebieg zależy od tego, czy partie spoza głównego sporu zdobędą się na porozumienie.