Spór o Trybunał Konstytucyjny wchodzi w decydującą fazę
Rząd Donalda Tuska rozważa przejęcie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym, a w mediach pojawiają się scenariusze siłowego usunięcia jego prezesa Bogdana Święczkowskiego. Sednem konfliktu jest walka o większość w składzie Trybunału, którą blokuje spór o zaprzysiężenie nowo wybranych sędziów oraz odmowa prezydenta Karola Nawrockiego, by przyjąć od nich ślubowanie.
Aby zrozumieć skalę konfliktu, trzeba cofnąć się do składu Trybunału. Instytucja liczy piętnastu sędziów, a większość dotychczasowych powołano z rekomendacji lub głosami Prawa i Sprawiedliwości z czasów rządów tej partii. Sytuacja zaczęła się jednak zmieniać wraz z wygasaniem kolejnych kadencji.
W marcu i czerwcu tego roku Sejm dokonał nowych wyborów: sześciu sędziów wybrano w marcu, jednego w czerwcu. Byli to już kandydaci nowej większości koalicyjnej. Spośród marcowej szóstki ślubowanie wobec prezydenta złożyło jednak tylko dwoje sędziów, a także sędzia wybrany w czerwcu.
Cztery ślubowania, których nie było
Od czwórki sędziów wybranych w marcu prezydent Karol Nawrocki ślubowania nie przyjął - nie zaprosił ich na zaprzysiężenie do Pałacu Prezydenckiego. Ich status pozostaje nierozstrzygnięty, ponieważ zgodnie z prawem ślubowanie warunkuje możliwość orzekania.
Sędziowie ci złożyli ślubowanie w obecności notariusza przed Sejmem, uznając - zgodnie ze stanowiskiem rządu - że w tej sytuacji jest to wystarczające. Prezes Święczkowski, w przeszłości blisko współpracujący z politykami PiS, wykorzystuje jednak brak ślubowania przed prezydentem, by nie dopuszczać tej czwórki do obrad i orzekania.
W praktyce sędziowie przychodzą do pracy, lecz pracować nie mogą. Dla Święczkowskiego oznacza to bezpieczną większość w składzie Trybunału. Gdyby dopuścił czwórkę do orzekania, dotychczasowe proporcje zaczęłyby się odwracać - zwłaszcza po powołaniu Macieja Berka.
Maciej Berek - postać, która przechyla szalę
Berek to bliski, zaufany współpracownik premiera. Jego przejście prosto z rządu do Trybunału wzbudziło kontrowersje: był czynnym urzędnikiem i faktycznie politykiem rządzącej koalicji, a Donald Tusk nazwał go swoją prawą ręką. Mimo to Sejm wybrał go do Trybunału Konstytucyjnego.
Znaczenie tego wyboru jest polityczne. Wejście Berka do Trybunału przechyliłoby dziś szalę większości na stronę rządzących - licząc z nim, ośmioro z piętnastu sędziów pochodziłoby z wyboru obecnej większości parlamentarnej.
Prawdopodobnie z tego powodu prezydent nie planuje zaprzysiężenia Berka. Formalnie zarzuca mu się, że nie spełnia wymogów: był wpisany na listę radców prawnych, lecz nie praktykował, co według Pałacu jest niezbędne do pełnienia funkcji sędziego. Trwa przerzucanie się kwestiami formalnymi między Pałacem Prezydenckim a Kancelarią Sejmu, jednak wszystko wskazuje na to, że Nawrocki ślubowania od Berka nie odbierze.
Dwa sprzeczne stanowiska prawne
Konflikt sprowadza się do dwóch nie do pogodzenia interpretacji przepisów. W ocenie Pałacu Prezydenckiego przy wyborze sędziów doszło do błędów proceduralnych, dlatego prezydent - powołując się na literę prawa - odmawia ich powołania. Podobnie sprawę widzi prezes Święczkowski.
Rząd stoi na przeciwnym stanowisku: rola prezydenta w powoływaniu sędziów jest czysto formalna. Właściwego wyboru dokonuje Sejm, a prezydent jedynie go zatwierdza i ma obowiązek odebrać ślubowanie. Oba stanowiska są na kursie kolizyjnym, bo prezydent domaga się w tym procesie roli znacznie dalej idącej.
Kluczowe jest tu Zgromadzenie Ogólne Trybunału - organ odpowiadający za sprawy organizacyjne, osobowe oraz wybór prezesa. W świetle obecnych przepisów tworzą je wszyscy urzędujący sędziowie, którzy złożyli ślubowanie przed prezydentem. To pozwala prezydentowi i prezesowi twierdzić, że czwórka z marca oraz Berek do Zgromadzenia w ogóle nie należą.
Scenariusze siłowe
To właśnie otwiera drzwi do wariantów opisywanych od tygodni w mediach. Aby przejąć kontrolę, rządzący musieliby dopuścić do pracy piątkę sędziów, a wcześniej odsunąć z funkcji prezesa Święczkowskiego. Tu pojawia się jednak błędne koło: prezesa może odwołać tylko Zgromadzenie Ogólne, a jego obrady zwołuje wyłącznie prezes - który składu zdolnego go odwołać nie zwoła.
Stąd bardziej radykalne warianty. Pierwszy zakłada postawienie zarzutów karnych i odebranie immunitetu. Prokuratura ma przedstawić Święczkowskiemu zarzuty z artykułu 231 - przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, między innymi za niedopuszczanie sędziów do orzekania i ukrywanie oświadczeń majątkowych. W grę wchodzą też rozliczenia z czasów, gdy był prokuratorem krajowym, w tym sprawa Pegasusa.
Drugi wariant, najbardziej działający na wyobraźnię, to zatrzymanie przez policję. Jeśli prezes nie opuściłby budynku dobrowolnie, funkcjonariusze mieliby go wyprowadzić - być może w celu zatrzymania na 48 godzin. W asyście służb piątka sędziów mogłaby wejść do Trybunału, zwołać Zgromadzenie Ogólne i formalnie odsunąć Święczkowskiego. Władza przeszłaby wówczas w ręce sędziego o najdłuższym stażu lub samego Berka.
Przeszkody proceduralne i wahania premiera
Nawet ten scenariusz nie jest prosty. Wniosek o odwołanie prezesa wymaga większości bezwzględnej, a do głosowania potrzebne jest kworum dwóch trzecich składu - w obecnym układzie dziesięć osób. Oznacza to, że przynajmniej dwóch sędziów z dawnego rozdania musiałoby przystać na to, by kworum nie zerwać.
Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek sugerował w mediach, że jest w stanie przekonać niektórych sędziów z poprzedniego nadania do poparcia nowego otwarcia. Czy to blef, czy realne rozmowy - nie wiadomo.
Reakcja rządu wynika z presji politycznej. Anonimowy członek rządu w rozmowie z Interią miał stwierdzić: „premier w pewnym momencie uznał, że mimo licznych prób nie mamy sukcesów na odcinku praworządnościowym. Dlatego jesienią postawił wszystko na Trybunał Konstytucyjny. Plan jest prosty. Odbić TK z rąk PiS-u. To w tym celu wysyła tam Berka”.
Naprawy wymiaru sprawiedliwości nie dowiózł Tuskowi ani były minister Adam Bodnar, ani obecny minister Żurek. Trybunał - dziś instytucja sparaliżowana, z którą mało kto się liczy - stał się dla premiera symbolicznym polem, na którym można ogłosić sukces, zmobilizować twardy elektorat i przywrócić polaryzację. Przy okazji byłoby to bezpośrednie starcie z prezydentem Nawrockim, w którym Tusk upatruje głównego rywala na prawicy.
Ostateczna decyzja jednak nie zapadła. Premier waży zyski i straty, świadomy, że obrazy siłowego wyprowadzania prezesa Trybunału w świetle kamer - pod gmachem rozbito już miasteczko zwolenników opozycji i mediów prawicowych - mogłyby zniesmaczyć część jego wyborców.
Niezależnie od wybranego wariantu instytucja pogrąża się w chaosie. Adrian Zandberg z Partii Razem, pytany o przyszłość Trybunału, ujął to lapidarnie: Trybunał „po prostu będzie gnił”. To sformułowanie - być może nieeleganckie - wydaje się dziś najbliższe rzeczywistości.