Szef CIA w Moskwie. Ostrzeżenie przed atakiem na Bałtów?
Szef CIA John Ratcliffe przyleciał do Moskwy, by ostrzec rosyjskie służby przed prowokacją wymierzoną w państwa bałtyckie - twierdzi rosyjski analityk Denis Salnikow. Wizyta, potwierdzona przez szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji Siergieja Naryszkina, zbiegła się z falą ukraińskich uderzeń na rosyjski sektor e-commerce oraz spekulacjami o możliwej mobilizacji.
Według doniesień „Politico" i „Wall Street Journal", opublikowanych w czwartek rano czasu europejskiego, rozmowy Ratcliffe'a z Naryszkinem dotyczyły dwóch głównych tematów. - Napisali, że dwa główne tematy tej podróży dotyczyły ostrzeżenia przed atakiem na kraje bałtyckie oraz ostrzeżenia przed wsparciem Iranu, w stronę którego Stany zgłosiły kolejne sankcje - relacjonuje Salnikow, rosyjski analityk mieszkający w Krakowie, w rozmowie na kanale Igora Załuskiego.
Naryszkin potwierdził, że spotkanie się odbyło, choć początkowo mu zaprzeczano. Salnikow uznaje wersję o ostrzeżeniu przed uderzeniem na Bałtów za jedną z dominujących. Wskazuje, że przed wylotem do Moskwy Ratcliffe odwiedził państwa bałtyckie i spotkał się z ich przywódcami. - Prezydent Litwy potwierdził informację, że oni byli poinformowani o planach tej podróży - mówi analityk. Dodaje, że Stany Zjednoczone miały też kontaktować się z Ukrainą, by ta nie przeprowadzała w tym tygodniu nalotów na Moskwę.
Precedens z 2021 roku
Salnikow podkreśla wagę wizyty, przywołując poprzednie spotkanie tego typu. - Ostatnia wizyta tego typu miała miejsce w końcu roku 2021, kiedy szef CIA z czasów Bidena przyleciał do Moskwy, żeby ostrzec Putina przed atakiem na Ukrainę - przypomina. Podobnie jak wówczas, bezpośredniego spotkania z Władimirem Putinem nie było - rozmowy toczono z przedstawicielami służb specjalnych.
Analityk nie ukrywa sceptycyzmu co do skuteczności takich zabiegów. - Jak widzimy, w latach 2021-2022 to nie zadziałało. Putin postanowił napaść na Ukrainę i ta wojna trwa do dzisiaj - stwierdza. Jego zdaniem istnieje realne ryzyko, że również obecna wizyta nie wpłynie na plany Kremla.
Co do samych zamiarów Moskwy, Salnikow wskazuje na prowokacje. - Moim zdaniem chodzi przede wszystkim o różnego rodzaju prowokacje, które mogłyby mieć na celu sprowokowanie działań ze strony NATO - ocenia. Zastrzega jednak, że część analityków rozważa również testowanie broni jądrowej jako narzędzie nacisku na Ukrainę i Zachód.
Naloty na rosyjski e-commerce
Równolegle Ukraina zintensyfikowała ataki na rosyjską gospodarkę. Główną nowością ostatniego tygodnia stały się uderzenia w firmę Ozon - drugą największą platformę handlu internetowego w Rosji po Wildberries.
- Ozon odpowiada za 43 procent rynku wewnętrznego e-commerce w Rosji. To kolejny poważny cios w gospodarkę rosyjską, również w bankowość, ponieważ firmy e-commerce są zwykle bardzo zadłużone i korzystają z kredytów w różnych bankach - wyjaśnia Salnikow. W ciągu pięciu dni doszło do uderzeń w siedem magazynów Ozonu, w tym dwukrotnie w Orenburgu oraz w Adygei na Kaukazie Północnym.
Analityk zwraca uwagę na skalę i odczuwalność tych ataków. Sektor e-commerce odpowiada za niemal 10 procent rosyjskiego PKB. - Rosjanie są bardzo przyzwyczajeni do korzystania z tych platform, do tego, że można coś zamówić i towar dotrze na następny dzień. Te uszkodzenia magazynów bardzo wpływają na to, jak zwykli Rosjanie odczuwają wpływ tej wojny na ich codzienne życie - mówi.
Skala uderzeń zmusiła nawet Putina do reakcji. - Nawet Władimir Putin nie jest w stanie zaprzeczyć, że te uderzenia mają miejsce - zauważa Salnikow. W wywiadzie dla mediów publicznych rosyjski przywódca przyznał, że naloty wpływają na gospodarkę, jednocześnie zapowiadając zwiększenie ataków na ukraińskie miasta.
Presja na gospodarkę i biznes
Rosyjska gospodarka, według Salnikowa, nie znajduje się w stanie zapaści, lecz kryzys jest odczuwalny dla przedsiębiorstw i zwykłych obywateli. To pierwszy rok, w którym wzrost PKB prawdopodobnie spadnie poniżej 4 procent - sytuacja niekomfortowa dla Putina, który sankcjami tłumaczy potrzebę wykazania odporności gospodarki.
Kreml przerzuca ciężar wojny na biznes. Ustawa z maja pozwoliła prywatnym firmom kupować środki obrony przeciwlotniczej - na własny koszt, z obowiązkiem przekazania sprzętu Ministerstwu Obrony. Sierpniowy dekret idzie dalej: przedsiębiorstwa niezdolne do zabezpieczenia własnej obrony mogą zostać objęte zarządem zewnętrznym.
- Różni analitycy zastanawiają się, czy to kolejna fala nacjonalizacji - mówi Salnikow. Ocenia jednak, że głównym celem jest ochrona rafinerii oraz uniknięcie zarzutów o bierność państwa. Dodaje, że mechanizm zwiększa nieprzejrzystość otoczenia biznesowego w Rosji.
Putin zaapelował też do oligarchów o dobrowolne wpłaty do budżetu wobec rosnącego deficytu - do połowy sierpnia zebrano tą drogą około 4,5 miliarda dolarów. Salnikow bagatelizuje jednak dolegliwość tego kroku. - Wielu oligarchów dzisiejszej Rosji jest powiązanych z Kremlem. Po roku 2022 liczba miliarderów w Rosji wzrosła prawie o 150 procent - zaznacza. Dla nich, jak twierdzi, jest to raczej „prowizja" za prawo do dysponowania majątkiem.
Mobilizacja bez powtórki z 2022 roku
Spekulacjom o mobilizacji towarzyszyły doniesienia o wzmożonym ruchu na granicy z Gruzją. Salnikow studzi jednak przewidywania o masowej ucieczce. - Nie istnieje dziś taka poważna fala ucieczki jak w 2022 roku - stwierdza.
Kluczowo zmieniły się warunki. Powstał elektroniczny rejestr wezwań wojskowych. - Po tym, jak wezwanie zostanie wysłane, jeżeli nie zgłosisz się do punktu mobilizacyjnego w ciągu czternastu dni, tracisz możliwość wyjazdu z kraju, tracisz możliwość kierowania samochodem i wiele innych możliwości - wyjaśnia analityk. W 2022 roku wyjechało od miliona do półtora miliona Rosjan, z czego co najmniej 350 tysięcy wróciło. - To nie była ucieczka ideowa, jak w moim wypadku. To była próba zabezpieczenia siebie przed mobilizacją - mówi Salnikow.
Zdaniem analityka ewentualna mobilizacja nie jest potrzebna do celów na froncie ukraińskim, gdzie dominują bezzałogowce. Miałaby natomiast znaczenie w innym scenariuszu. - Jeżeli mobilizacja w Rosji się odbędzie, to może być dla nas oznaką, że Putin postanowił spróbować prowokacji przeciw NATO - ostrzega. W razie odwetu ze strony Sojuszu Rosja potrzebowałaby zmobilizowanych rezerw.
Kierunek północny i front ukraiński
Salnikow potwierdza rozbudowę rosyjskiej infrastruktury wojskowej na północy, gdzie utworzono nowy okręg wojskowy, oraz doniesienia o skierowaniu tam dodatkowych żołnierzy. Wiąże to z rozszerzeniem NATO o Finlandię i Szwecję. Uznaje jednak, że sama Finlandia - z uwagi na demografię i poziom przygotowania obronnego - prawdopodobnie nie będzie celem. - Chodzi przede wszystkim o kierunek bałtycki - ocenia.
Front ukraiński pozostaje względnie stabilny, zdominowany przez drony. Salnikow zwraca uwagę na decyzję Wołodymyra Zełenskiego o mianowaniu dwóch dowódców ruchu Azow - Denysa Prokopenki i Andrija Biłeckiego - na kierunku donieckim. - Czego nie można odmówić Azowowi, to skuteczność. To część wojska ukraińskiego, która zawsze rozwijała nowe podejścia i była wśród najlepszych oddziałów - mówi. Decyzję interpretuje jako próbę przełomu na newralgicznym odcinku, choć nie liczy na powrót do granic z 1991 roku.
Analityk przytacza również oceny prokremlowskich blogerów, według których zdobycie całego Donbasu wymagałoby jeszcze co najmniej czterech-pięciu lat.
Salnikow wątpi, by uderzenia w rosyjski biznes wywołały wewnętrzne zamieszki zdolne zmienić kurs Kremla. - Putin mówi na wszystkich naradach, że Rosja idzie do przodu na wszystkich kierunkach frontu. Jestem skłonny wierzyć, że on to naprawdę tak widzi - stwierdza. W jego ocenie prowadzi to raczej do eskalacji niż do rozejmu. Ataki uderzają jednak w rosyjskie finanse: małe przedsiębiorstwa poniosły straty rzędu 800 miliardów rubli, co przekłada się na ubytek wpływów podatkowych. Wojna, choć nadal odległa dla Kremla, coraz mocniej wkracza w codzienność rosyjskich miast.