Powrót

Trump ogłosił rozejm energetyczny, o którym Ukraina nie wiedziała

Donald Trump ogłosił w miniony weekend, że Rosja i Ukraina zgodziły się na natychmiastowe wstrzymanie ataków na infrastrukturę energetyczną. Kijów o takim porozumieniu nie wiedział - wynika z relacji Michała Potockiego, dziennikarza „Dziennika Gazety Prawnej" specjalizującego się w tematyce wschodniej, który opisał kulisy rozmów w rozmowie dla Kanału Otwartego.

Zaskoczony Kijów i sprzeczne interpretacje

Sam Wołodymyr Zełenski przyznał, że ogłoszenie zastało stronę ukraińską nieprzygotowaną. „Byliśmy zaskoczeni tym nagłym postem amerykańskiego prezydenta o energetycznym zawieszeniu broni. W tym momencie szahedy latały na naszym niebie. Duża część Kijowa nie miała wody, nie miała dostaw elektryczności" - cytował jego słowa Potocki.

Zdaniem dziennikarza zaskoczenie Zełenskiego było autentyczne. W tym samym czasie w Miami trwały rozmowy ukraińsko-amerykańskie dotyczące nowej propozycji rozejmowej, która miała zostać przedstawiona Rosji. Zostały one przerwane. „Gdyby Ukraińcy wiedzieli o tym, to albo by nie jechali na te rozmowy, albo by ich nie zerwali, kiedy już trwały" - ocenił Potocki.

Niejasny pozostawał sam zakres ogłoszonego rozejmu. Początkowo interpretowano go jako wzajemną rezygnację z ataków na infrastrukturę energetyczną: Ukraina nie uderza w rosyjskie rafinerie, Rosja nie bije w elektrownie i elektrociepłownie. Tuż po ogłoszeniu Rosjanie zaatakowali jednak elektrociepłownię w Charkowie.

W nocy okazało się, że Trump rozumie porozumienie jako zakaz uderzeń w rafinerie. „Co jest o tyle absurdalne, że na Ukrainie w zasadzie nie ma rafinerii" - zauważył Potocki. Jedyny większy zakład w Krzemieńczuku pracuje „na pół gwizdka", co oznaczałoby rażącą asymetrię zobowiązań na niekorzyść Kijowa.

Rachunek ekonomiczny, który się nie zgadza

Potocki zakwestionował również ekonomiczny sens ogłoszonego dzień wcześniej porozumienia paliwowego. Jeśli jego celem jest obniżenie cen paliw dolegliwych dla amerykańskich rolników, wolumeny, które Rosja miałaby dostarczyć, odpowiadają zaledwie kilku dniom amerykańskiego eksportu - nie produkcji czy konsumpcji.

Dziennikarz przypomniał, że sama Rosja zmaga się z niedoborami. Do niedawna obowiązywał tam zakaz eksportu paliw, a problemy z zaopatrzeniem odczuwa nawet Moskwa - na co wskazywał minister Radosław Sikorski, powołując się na dane polskiej ambasady. „Rachunek ekonomiczny tam się nie zgadza. W związku z czym trzeba szukać innych drugich den" - podsumował Potocki.

Drugie dno widzi w kalendarzu politycznym. Przed listopadowymi wyborami do Kongresu republikanie tracą poparcie, a Trump - zdaniem rozmówcy - działa w poczuciu zagrożenia utratą nie tylko Izby Reprezentantów, ale i Senatu.

Poszukiwanie winnego wzrostu cen

Według Potockiego Trump zaczął już wcześniej obwiniać za wzrost cen paliw ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie, zamiast przyznać, że sam przyczynił się do niego przez konflikt z Iranem i blokadę cieśniny Ormuz. „Trzeba własnym rolnikom wytłumaczyć, skąd ten wzrost cen paliw. Znaleźć winnego" - ocenił.

Ten mechanizm ma się nasilić. Rosyjskie dostawy, zdaniem dziennikarza, nie wpłyną realnie na globalne ceny, bo nie są to odpowiednie wolumeny. Ukraina będzie zaś nadal uderzać w rafinerie - jedno z dwóch, obok ataków na centra danych, najbardziej dotkliwych narzędzi, jakimi dysponuje.

To pozwoli Trumpowi twierdzić, że Kijów nie przestrzega wynegocjowanego przez niego rozejmu i że przez to cierpią amerykańscy konsumenci. W interpretacji ukraińskiej konsekwencją może być wycofanie współpracy wywiadowczej. Dane te są kluczowe - jak podkreślił Potocki, dzięki amerykańskiemu zwiadowi satelitarnemu Ukraińcy wiedzą między innymi, gdzie stacjonują rosyjskie bombowce strategiczne i jak rozmieszczone są wojska przeciwnika.

Historia wzajemnej niechęci

Po ukraińskim ataku na rafinerię w weekend Trump stwierdził, że czas na wymianę prezydenta Ukrainy, bo ten blokuje porozumienie. „Co jest oczywiście bzdurą kompletną" - ocenił Potocki, dodając, że wątek ten powraca w wypowiedziach amerykańskiego prezydenta. Nie jest jednak pewien, czy można postawić tezę, że Waszyngton wspólnie z Moskwą gra na odsunięcie Zełenskiego.

Dziennikarz zwrócił uwagę na zręczność rosyjskiej ekipy negocjacyjnej. „Oni umieją z Trumpem niestety rozmawiać, wiedzą, co on lubi słyszeć" - powiedział. Po rozmowach z Putinem Trump regularnie dokonuje krótkotrwałego, lecz wyraźnego zwrotu w stronę Rosji.

Na to nakłada się osobista niechęć do Zełenskiego, zakorzeniona w kilku epizodach. W 2016 roku część informacji o rosyjskich kontaktach Paula Manaforta, szefa sztabu Trumpa, pochodziła z Ukrainy. Później wysłannicy Trumpa, w tym Rudy Giuliani, naciskali na Kijów, by dostarczył materiały obciążające Huntera Bidena. „Zełenski wił się jak piskorz, żeby z jednej strony nie zaszkodzić sobie w relacjach z Amerykanami, a z drugiej, żeby coś temu Trumpowi dać" - relacjonował Potocki.

Ostatnim zgrzytem była wizyta Zełenskiego w fabryce zbrojeniowej w Pensylwanii w towarzystwie polityków demokratycznych podczas kampanii wyborczej. Trump uznał to za opowiedzenie się po stronie przeciwnej. „Trump postrzega Zełenskiego jako zawodnika drużyny przeciwnej" - podsumował dziennikarz.

Wybory w czasie wojny

Trump domaga się przeprowadzenia wyborów na Ukrainie jeszcze przed zawarciem pokoju. Potocki uznaje ten scenariusz za nierealny. Prawo wyborcze nie jest dostosowane do ośmiu milionów Ukraińców na emigracji ani do przesunięć ludności wewnątrz kraju, a prawo - podobnie jak w Polsce - zakazuje organizacji wyborów w czasie stanu wojennego.

Niemożliwe byłoby też zapewnienie bezpieczeństwa głosującym. „W sytuacji tych setek i tysięcy dronów krążących nad ukraińskim niebem trudno sobie wyobrazić, by zapewniono tysiącom komisji obwodowych bezpieczeństwo. Nie da się postawić patriota przy każdej" - zauważył dziennikarz.

Zełenski próbuje wybrnąć z presji, proponując Trumpowi, by ten wynegocjował z Putinem 60 dni realnego zawieszenia broni - wtedy wybory miałyby się odbyć. Potocki ocenia jednak, że do rozejmu daleko, a wyborów „po prostu nie ma jak zrobić".

Ukraina liczy na Europę

Rosnące rozczarowanie Waszyngtonem widać w ukraińskim komentariacie. Poseł rządzącej Sługi Narodu Bohdan Jaremenko stwierdził, że Ameryka przestała być wiarygodnym partnerem i trzeba funkcjonować tak, jakby jej nie było - stawiając na współpracę z Europą, budowę własnych systemów zwiadu satelitarnego i łączności oraz licząc się z ryzykiem odcięcia Starlinków.

Celem Rosji - w analizie Potockiego - jest rozmydlenie sankcji oraz rozbicie jedności transatlantyckiej. Okienko paliwowe do kwietnia nazwał „ewidentnym wyłomem w sankcjach", następującym tuż po przyjęciu przez Kongres ustawy Lindseya Grahama zaostrzającej restrykcje. Moskwa gra też na zmianę władzy w państwach europejskich oraz na zmęczenie i zastraszenie ich społeczeństw.

Potocki nie jest optymistą, lecz przestrzega przed uleganiem narracji o upadku Zachodu. To państwa europejskie wzięły na siebie główny ciężar finansowy wsparcia Ukrainy. „Zwłaszcza w porównaniu potencjałów gospodarczych jesteśmy gigantem w porównaniu z Federacją Rosyjską" - podkreślił, powołując się na argumentację ministra Sikorskiego.

W najbliższych dniach kluczowe może okazać się to, kto zasiądzie do rozmów z Trumpem, podatnym na wpływ ostatniego rozmówcy. Zełenski w weekend obdzwonił europejskich partnerów, w tym premiera Donalda Tuska i prezydenta Finlandii Alexandra Stubba, zapalonego golfisty mającego najlepszy osobisty kontakt z amerykańskim prezydentem. Zełenski miał być dziś na Warsaw Security Forum w Warszawie; ze względu na wydarzenia weekendu zaplanowano jego zdalny udział.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter