Trump traci świeżość, republikanie szykują się na trudną jesień
Popularność Donalda Trumpa opada do poziomów znanych z pierwszej kadencji, a jesienne wybory połówkowe mogą pozbawić republikanów kontroli nad Izbą Reprezentantów - ocenia amerykanista Andrzej Kohut z Ośrodka Studiów Wschodnich w rozmowie w Kanale Otwartym. Głównym obciążeniem dla prezydenta stała się interwencja w Iranie, sprzeczna z jego obietnicą ograniczenia amerykańskiego zaangażowania militarnego.
Zdaniem Kohuta spadek notowań nie oznacza kryzysu prezydentury. Trump „nigdy nie był bardzo popularnym prezydentem, jeśli chodzi o ogół społeczeństwa”, a poparcie rzędu „trzydziestu kilku, poniżej czterdziestu procent” utrzymywał przez niemal całą poprzednią kadencję. Anomalią był wzrost popularności na początku obecnej kadencji - efekt „historii powrotu”, nadziei na zmianę po kadencji Joe Bidena oraz krótkotrwałego „efektu świeżości”, który szybko się zużył.
Analityk rozróżnia dwie grupy w obozie prezydenta. Najwierniejszy elektorat MAGA pozostaje przy Trumpie „na dobre i na złe” - poparcie dla interwencji w Iranie sięgało w tej grupie 85-90 procent, podczas gdy wśród ogółu republikanów przekraczało 50 procent nieznacznie. Rozczarowani są natomiast bardziej umiarkowani wyborcy, którzy zagłosowali w 2024 roku, licząc na zmianę.
Wybory połówkowe jako test dla republikanów
Rozczarowanie umiarkowanych wyborców jest problemem nie tyle dla Trumpa, ile dla republikanów przed jesiennymi wyborami połówkowymi. Wymienia się wtedy część składu Senatu i cała Izba Reprezentantów, przy frekwencji niższej o około 20 punktów procentowych niż w wyborach prezydenckich.
Kohut przypomina prawidłowość amerykańskiej polityki: partia prezydencka niemal zawsze traci wtedy w Kongresie. „Elektorat prezydenta i co za tym idzie jego partii jest trochę zmęczony, trochę rozczarowany”, a „głodny odwetu najczęściej jest elektorat drugiej strony”. Republikanie mogą stracić niewielką przewagę w Izbie Reprezentantów, która od stycznia znalazłaby się pod kontrolą demokratów. Utrzymanie Senatu jest bardziej prawdopodobne, ponieważ wybory obejmują tylko jedną trzecią jego składu.
Utrata którejś z izb miałaby dla Trumpa realne konsekwencje. Już teraz, mimo republikańskiej większości, prezydent napotyka opór - na przykład przy próbie forsowania Toda Blanche’a, swojego osobistego prawnika, na stanowisko prokuratora generalnego. Problem nominacji można obejść, powołując pełniących obowiązki. Poważniejsza jest jednak kwestia budżetowa: w amerykańskim systemie „to Kongres ma władzę nad sakiewką”, a Trump już kilkakrotnie musiał się z czegoś wycofywać.
Przejęcie Izby Reprezentantów przez demokratów oznaczałoby też falę komisji śledczych, przesłuchań pod przysięgą i ryzyko kolejnego impeachmentu. Nie usunąłby on prezydenta z urzędu, ale - jak zauważa Kohut - utrudniłby mu budowanie dziedzictwa, gdyby drugą połowę kadencji spędził „w charakterze podejrzanego przesłuchiwany przed Senatem”.
Iran i granice sprawczości
Zdaniem Kohuta Trump nigdy nie był zakładnikiem własnych obietnic, bo rzadko formułował konkretne programy. „Tam jest pewien ogólny zarys, vibe”, a prezydent „doskonale sobie radzi z przesuwaniem granic tego, jak to miało wyglądać”. Jednej rzeczy nie da się jednak przesunąć narracyjnie - Iranu.
Wysłanie żołnierzy na Bliski Wschód uderzyło w wizerunek prezydenta „America First”, który miał ograniczyć zaangażowanie militarne i być „prezydentem pokoju”. Do tego doszły niespełnione oczekiwania gospodarcze: wzrost cen paliw, drożyzna i poczucie niepewności. Analityk wskazuje na powtarzalne, niespełniane zapowiedzi zakończenia wojny - według przywołanego przez niego podsumowania CNN Trump ogłaszał jej koniec około 40 razy, co podważa wrażenie sprawczości nawet wśród komentatorów prawicy.
Zwrot wobec Rosji
Inaczej wygląda kwestia Ukrainy. Wobec własnych wyborców Trump - zdaniem Kohuta - spełnił obietnicę, zakańczając bezpłatną pomoc; amerykańskie uzbrojenie może trafiać na Ukrainę, jeśli zapłacą za nie Europejczycy. Analityk przywołuje wpis prezydenta, w którym ten tłumaczył, że sprzedaje broń Europejczykom, „a potem dzieje się coś dziwnego”, czego nie jest już jego sprawą.
Znacznie ciekawsza jest - według rozmówcy - zmiana nastawienia Trumpa do Rosji. Prezydent zakładał, że dobre relacje z Putinem i oferty biznesowe pozwolą szybko zakończyć wojnę. Rosjanie „w żadnej kwestii nie zamierzali ustąpić nawet na krok”, stawiając cele maksymalistyczne. Punktem przełomowym było spotkanie na Alasce, w Anchorage - z perspektywy Trumpa „totalna klapa”, po której na jakiś czas przestał się zajmować sprawą rosyjsko-ukraińską.
Kohut interpretuje to jako otrzeźwienie budowane przez miesiące. Putin miał wówczas urządzić prezydentowi wykład o rosyjskiej historii, o Jarosławie Mądrym i Piotrze Wielkim - tematyce, która Trumpa nie interesuje. Stąd, zdaniem analityka, wynika późniejsze „na przekór” cieplejsze spojrzenie na Ukrainę, sygnały jak zapowiedź produkcji pocisków do systemów Patriot oraz - jak się domyśla - wywiadowcze wsparcie ukraińskich nalotów na rosyjskie rafinerie.
Postawa wobec Wołodymyra Zełenskiego również ewoluowała. Relacje nigdy nie były łatwe - Trump nie zapomniał impeachmentu z 2019 roku. Kohut docenia jednak strategię Kijowa, który „przeczekał” okres negocjacji z Rosją, prezentował się jako strona skłonna do ustępstw i przyszedł z ofertami biznesowymi, w tym dostępem do metali rzadkich, pozwalającymi Trumpowi ogłosić „zwrot z inwestycji w Ukrainę”.
Pęknięcia w ruchu MAGA
Choć elektorat MAGA pozostaje wierny, wśród influencerów obozu narastają podziały. Pierwszym zarzewiem była sprawa Epsteina, gdy część komentatorów nie potrafiła pogodzić wcześniejszych żądań ujawnienia dokumentów ze stanowiskiem prezydenta.
Kohut wskazuje na wypowiedzi Tuckera Carlsona krytykującego decyzję o Iranie oraz radykalnego Nicka Fuentesa, który zapowiedział głosowanie na demokratów, by „ukarać republikanów”. Główne napięcie, według analityka, nie przebiega między trumpistami a dawnym mainstreamem, lecz wewnątrz samego ruchu - między jego wersją realizowaną przez Trumpa a częścią domagającą się „prawdziwego” MAGA.
Otwarta pozostaje kwestia sukcesji. Rywalizują J.D. Vance i Marco Rubio - według przytaczanych przez Kohuta sondaży odpowiednio około 40 i 20 procent poparcia. Sam Trump podsyca tę grę, wstrzymując poparcie, by uniknąć wrażenia „kulawej kaczki”.
Słabość demokratów i chłód wobec Europy
Kłopoty Trumpa nie oznaczają triumfu opozycji. Demokraci mają - jak wskazuje analityk - blisko 10 punktów przewagi w sondażach generycznych, lecz wyborcy popierają ich „nie dlatego, że nagle zaczęli lubić demokratów”, ale z gniewu na republikanów. Partię trapi brak lidera, spór między centrum a progresistami oraz przewaga finansowa republikanów; Komitet Narodowy Partii Demokratycznej zmaga się z długami.
Chłodniej robi się też w relacjach z Europą. Kohut mówi, że Trump był „autentycznie wściekły” na Europejczyków, którzy jego zdaniem nie pomogli w konfrontacji z Iranem, pamiętając zamykanie przestrzeni powietrznej. Administracja różnicuje jednak Europę Zachodnią i nowe państwa Unii, z częścią których czuje bliskość ideową. Analityk ostrzega, że jeśli miarą sukcesu kolejnych szczytów NATO jest wyłącznie to, że „udało się niczego nie popsuć”, sojusz „nie jest w zbyt dobrym miejscu”.
Trump - jak podsumowuje Kohut - walczy o miejsce w historii: rolę „prezydenta pokoju”, przestawienie gospodarki poprzez politykę celną oraz radykalne ograniczenie nielegalnej imigracji, gdzie liczba prób przekroczenia granicy spadła z niemal 200 tysięcy miesięcznie za Bidena do poniżej 10 tysięcy. Dochodzą do tego symboliczne przedsięwzięcia, jak przebudowy w Białym Domu czy planowany łuk triumfalny. Paradoks polega na tym, że w 2028 roku poparcie odchodzącego prezydenta może okazać się dla następcy zarówno atutem, jak i obciążeniem - zwłaszcza jeśli kampania rozegra się w cieniu rozliczeń wojny z Iranem.