Powrót

Ultimatum Kaczyńskiego wobec ludzi Morawieckiego. Dworczyk: nie podpiszę

Czwartkowa północ była ostatecznym terminem, do którego politycy Prawa i Sprawiedliwości mieli - zgodnie z decyzją kierownictwa partii - złożyć oświadczenia lojalnościowe pod groźbą utraty członkostwa. Michał Dworczyk, europoseł PiS i sekretarz zarządu Stowarzyszenia Rozwój Plus związanego z Mateuszem Morawieckim, zapowiedział w rozmowie w Kanale Otwartym, że takiego dokumentu nie podpisze. W tym samym czasie trwały rozmowy między Jarosławem Kaczyńskim a Morawieckim, mające zażegnać najpoważniejszy od lat kryzys w partii.

Ultimatum, o którym mowa, opisywał na platformie X rzecznik PiS Rafał Bochenek. Jak przypominał, każdy, kto chce pozostać w partii, powinien do końca czwartku złożyć stosowne oświadczenie, a - jak cytował go Dworczyk - „czwartkowy termin jest ostateczny, a skutki jego upływu są nieodwracalne”. Stawką miał być wybór: albo partia, albo stowarzyszenie. Rzecznik podkreślał, że „nie ma trzeciej drogi”.

„Nie podpisałem i nie planuję podpisywać”

Dworczyk odrzucił logikę ultimatum, powołując się na długość swojego stażu partyjnego. „Ja jestem od 24 lat członkiem Prawa i Sprawiedliwości. To jest jedyna partia polityczna, w której funkcjonowałem i mam nadzieję, że tak pozostanie” - powiedział.

Widział wzór oświadczenia rozesłany do polityków, ale nie zamierza go składać. „24 lata temu złożyłem deklarację wstąpienia do PiS-u. Jako konserwatysta jestem stały w poglądach i sympatiach. U mnie nic się nie zmieniło, nie podpisałem żadnego nowego dokumentu i nie planuję podpisywać” - stwierdził. Zapytany, czy liczy się z automatycznym wykluczeniem z partii, odpowiedział, że ma nadzieję, iż do tego nie dojdzie.

Europoseł przedstawił konflikt jako działanie „stosunkowo wąskiego grona koleżanek i kolegów”, które - jego zdaniem - próbuje „wypchnąć Mateusza Morawieckiego z Prawa i Sprawiedliwości oraz jego współpracowników”. Wskazał, że ludzie zmuszani do deklaracji należą do najdłuższego stażem środowiska w partii. Wymienił między innymi Szymona Szynkowskiego vel Sęka, według niego związanego z formacją od 25 lat.

Spór o strategię i stowarzyszenie

Dworczyk przyznał, że publiczna eskalacja poszła daleko. Sam skasował jeden zgryźliwy wpis na X, odnoszący się do języka jednego z komunikatów rzecznika partii. „Uważam, że nie ma sensu eskalować tej sytuacji i podgrzewać jej” - tłumaczył. Ocenił, że spór nie interesuje wyborców: podczas pobytu na Suwalszczyźnie usłyszał od prowadzącego agroturystykę, że „powinniśmy jak najszybciej zakończyć ten spór”.

Frakcja przeciwna Morawieckiemu - określana w rozmowie jako „maślarze” - zarzuca jego środowisku kwestionowanie kandydatury Przemysława Czarnka na premiera oraz strategii odbierania wyborców Konfederacji. Dworczyk odrzucił pierwszy zarzut: „My nie kwestionujemy naszego kandydata na premiera, Przemysława Czarnka”. Przyznał jednak, że sam nie wierzył w skuteczność licytacji z Konfederacją. „Jeżeli ktoś oczekuje takiego ostrego przekazu (…), to wybierze oryginał, czyli właśnie Konfederację (…), a nas będzie traktował siłą rzeczy trochę jako podróbkę” - argumentował.

Według niego strategia nie przyniosła przełomu. „Dzięki dużej pracy Przemka Czarnka (…) spadek naszych notowań jako partii został powstrzymany, ale nie ma jakiegoś wielkiego odbicia” - ocenił, dodając, że Konfederacja w sondażach zyskuje, podczas gdy PiS stoi w miejscu. Jego zdaniem partia powinna wrócić do formuły „szerokiego namiotu” centroprawicy z czasów rekordowego wyniku wyborczego z 2019 roku.

Zarzut budowania alternatywnej partii pod przykrywką stowarzyszenia Dworczyk uznał za pretekst. Podkreślił, że przy PiS działa już kilka stowarzyszeń, a to jest „coś absolutnie oczywistego”. Wskazał, że argument o rzekomym zagrożeniu dla finansów partii został - jak twierdził - obalony opinią Państwowej Komisji Wyborczej, po czym krytycy sięgnęli po kolejny zarzut. „Widać, że to są jakieś preteksty używane po to, żeby cały czas powtarzać hasło: Morawieckiego i jego środowisko należy się pozbyć” - mówił.

Europoseł odparł też twierdzenie, że jego obóz nie angażuje się w bieżącą pracę. Jako przykład podał kontrole poselskie w służbie zdrowia prowadzone przez Janusza Cieszyńskiego i Pawła Jabłońskiego, których zaliczył do najbliższych współpracowników Morawieckiego.

Pytany o możliwy kompromis, Dworczyk wyraził przypuszczenie, że Kaczyński mógł zostać wprowadzony w błąd. „Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że w kilku zasadniczych sprawach pan prezes był wprowadzany celowo w błąd” - stwierdził, wyrażając nadzieję, że rozmowy liderów pozwolą sprostować „nieprawdziwe informacje”. Spekulacje o zmianie kandydata na premiera, na przykład na Zbigniewa Boguckiego, odrzucił jako intrygi: „Naszym kandydatem jest Przemysław Czarnek”.

Dworczyk unikał opisywania scenariusza rozłamu i jego konsekwencji dla wyniku wyborczego przy systemie D’Hondta, premiującym duże formacje. „Ja nie lubię takich samospełniających się zapowiedzi. Nie ma co rozmawiać o sytuacji, która nie ma miejsca i mam nadzieję, że nie będzie miała miejsca” - powiedział.

Kryzys w relacjach z Ukrainą

Druga część rozmowy dotyczyła stanu relacji polsko-ukraińskich po decyzji prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o odebraniu odznaczenia. Dworczyk ocenił, że oba kraje są „w czasie kryzysu, który do końca nie wiemy, jak dalej się rozwinie”, a jego źródłem jest w dużej mierze wewnętrzna sytuacja na Ukrainie.

Do wypowiedzi Czarnka o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy do czasu rozliczenia spraw historycznych - od której odciął się Kaczyński - europoseł odniósł się krytycznie. Rezygnacja z pomocy wojskowej w trakcie wojny z Rosją byłaby, jego zdaniem, „absolutnym strategicznym błędem”. Zaznaczył, że Czarnek później korygował swoje słowa, a stanowisko partii jest zgodne z linią prezesa.

Decyzję Zełenskiego Dworczyk uznał za świadomą, choć błędną. Powiązał ją z gestem wobec ukraińskiej opinii publicznej. „Chciał zjednoczyć wokół siebie społeczeństwo. Na krótki moment to się udało, ale bardzo szybko to minęło” - mówił, wskazując na głęboki kryzys polityczny na Ukrainie, w tym zmianę rządu i odwołanie dowódcy sił zbrojnych generała Ołeksandra Syrskiego.

Zdaniem europosła Kijów obrał kurs na współpracę przede wszystkim z Berlinem i Brukselą, spychając Warszawę na dalszy plan. Powód jest pragmatyczny: „Dzisiaj Ukrainie najbardziej są potrzebne pieniądze”, których Polska nie jest w stanie zapewnić. Podkreślił skalę ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego, twierdząc, że tylko jeden zakład produkuje rocznie więcej luf artyleryjskich kalibru 155 mm niż wszystkie kraje europejskie razem wzięte.

Dworczyk przyznał, że błędy popełniła również strona polska. „Byliśmy zbyt mało aktywni i nie odpowiedzieliśmy sobie na pytanie, czego my tak naprawdę chcemy od Ukrainy” - ocenił, wiążąc to ze słabością instytucji państwa i zbyt długo utrzymywaną „romantyczną” perspektywą.

Umiędzynarodowienie sprawy Wołynia

Paradoksalnie - zdaniem europosła - decyzja Zełenskiego przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Doprowadziła do przyjęcia rezolucji Parlamentu Europejskiego krytykującej ukraińskiego prezydenta i piętnującej nacjonalistów odpowiedzialnych za ludobójstwo na Polakach. „Absolutnie do tej pory nikt nie zrobił tyle dla rozpropagowania tematu ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach, co prezydent Zełenski” - stwierdził.

Dworczyk zaznaczył, że tekst rezolucji złożyli wspólnie polski i niemiecki europarlamentarzysta, a temat był omawiany w grupie zajmującej się współpracą z Ukrainą, w której reprezentowane są wszystkie frakcje. Jego zdaniem sprawa przestała być kwestią bilateralną i powinna - na wzór wymogów postawionych Chorwacji w odniesieniu do ustaszy - stać się warunkiem akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej. Przyznał zarazem, że większość posłów nie chce dziś łączyć tych zagadnień.

Europoseł opisał proces, który określił jako sukces „wąskiej grupy historyków ukraińskich i nacjonalistów”, budujących tożsamość narodową wokół etosu OUN-UPA. Skutkiem jest wychowanie młodego pokolenia na - jak mówił - „sfałszowanej, zmanipulowanej historii”. Zastrzegł jednak, że twierdzenie, jakoby „co drugi Ukrainiec ostrzy sobie zęby i widły, żeby zamordować Polaka”, to „wierutne kłamstwo”.

Ostatnie zapowiedzi Zełenskiego dotyczące otwarcia archiwów i zgód na ekshumacje Dworczyk potraktował z rezerwą. Wskazał, że archiwa były już dostępne dla badaczy, więc komunikat ma charakter „polityki informacyjnej, wizerunkowej” i jest „typową manipulacją”. Za realny sprawdzian uznał tempo wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze i ekshumacyjne, dotąd - jak twierdził - „dawkowane w bardzo niewielkiej liczbie”.

Europoseł ostrzegł, że temat historyczny może zostać instrumentalnie wykorzystany w kampaniach wyborczych po obu stronach granicy, z ryzykiem eskalacji emocji uderzającej w zwykłych ludzi, w tym dzieci. „Powinniśmy być bardziej odpowiedzialni (…) jako politycy, jako przedstawiciele mediów, żeby nie grać na tych najniższych emocjach” - apelował.

Na Ukrainie - zdaniem Dworczyka - dokonuje się głęboka zmiana pokoleniowa. Rosnące poparcie zyskują postaci związane z wojskiem, takie jak generał Wałerij Załużny czy generał Kyryło Budanow. Ludzie wchodzący do polityki z frontowym doświadczeniem będą - jak przewidywał - „ostrymi graczami”. Co do samego Zełenskiego, europoseł ocenił, że prezydent jest zdeterminowany, by ubiegać się o reelekcję, mimo że - jego zdaniem - rozsądniejsze byłoby namaszczenie następcy i przejście do historii jako obrońca kraju przed rosyjską agresją.

Rozmowa odbyła się w dniu upływu ultimatum, gdy los jednolitego Prawa i Sprawiedliwości pozostawał nierozstrzygnięty. Dworczyk deklarował nadzieję na kompromis, lecz jego stanowisko - odmowa podpisania oświadczenia - pokazuje skalę podziału wewnątrz największej partii opozycyjnej. Równolegle Polska mierzy się z najpoważniejszym od lat kryzysem w relacjach z Ukrainą, którego finał, jak wynika z wypowiedzi europosła, zależy dziś w dużej mierze od dynamiki wewnętrznej ukraińskiej polityki.