USA wycofują wojska z Iraku. Ekspert: to sygnał dla Iranu
Stany Zjednoczone redukują swoją obecność militarną w Iraku, gdzie dziś stacjonuje około 2400 żołnierzy - mniej niż w szczytowym 2007 roku, kiedy liczba ta sięgała 160-170 tysięcy. W rozmowie emitowanej w Kanale Otwartym płk Piotr Lewandowski, wykładowca szkoły przywództwa z doświadczeniem w Iraku i Afganistanie, ocenił, że decyzja wpisuje się w doktrynę ograniczania amerykańskiego zaangażowania na drugorzędnych teatrach, lecz niesie poważne konsekwencje dla pozycji Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie i stanowi gest wobec Iranu.
Wycofanie wpisane w doktrynę, ale sprzeczne z wojną z Iranem
Zdaniem Lewandowskiego redukcja sił realizuje politykę zapowiadaną przez administrację Donalda Trumpa, który deklarował wygaszanie konfliktów. W tej interpretacji Waszyngton ogranicza obecność wojskową tam, gdzie z jego perspektywy teatry działań są „drugo- bądź trzeciorzędne”.
Ekspert zwraca jednak uwagę na wewnętrzną sprzeczność. Decyzja zapada w momencie, gdy Stany Zjednoczone prowadzą - jak to ujął - „trochę dziwną wojnę, bo bez boots on the ground” z Iranem, państwem graniczącym z Irakiem.
Z czysto militarnego punktu widzenia wycofanie nie ma dla niego uzasadnienia. „Osłabianie swoich zdolności, w tym utrzymywanie baz, gdzie możliwy był szybki przerzut powietrzny dużej liczby wojsk” nie jest spójne z zaangażowaniem w konflikt z Teheranem. Amerykanie dysponują ogromnymi możliwościami transportu lotniczego żołnierzy i ciężkiego sprzętu, więc rezygnacja z takich baz osłabia potencjał interwencyjny.
Lewandowski dodaje, że ruch ten potwierdza jedno: nie będzie działań lądowych w Iranie. „Skoro wycofują wojska, to jest to trudniejsze” - zauważa.
Problem z obroną baz i kalkulacja wizerunkowa
Pułkownik, który sam spędził lata w wysuniętych bazach operacyjnych (tzw. FOB-ach), wskazuje na konkretny powód wycofania: ograniczoną zdolność obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej tych obiektów.
Skuteczne ataki rakietowe i dronowe na bazy obnażyły tę słabość. Dzięki systemom czujników i schronom straty w ludziach były niewielkie - „tu Amerykanie stracili trochę cennego sprzętu, ale ludzi stracili niewielu” - jednak zwalczanie nadlatujących celów pozostaje problemem.
Automatyczne działka typu C-RAM, przejęte z floty, wystrzeliwują - jak mówi Lewandowski - tysiące pocisków na minutę, co rodzi ryzyko strat wśród otoczenia bazy. Można wyznaczyć sektory, w których system nie strzela, „ale wtedy przeciwnik się szybko zorientuje, gdzie są sektory martwe” i właśnie tamtędy poprowadzi naloty dronów.
Rozbudowa obrony oznaczałaby znaczący wzrost kosztów i zaangażowania personelu. Dlatego - według eksperta - Waszyngton dokonał kalkulacji wizerunkowej. Pytanie brzmiało, czy mniejszym problemem prestiżu będzie wycofanie, czy godzenie się na to, że „co jakiś czas Iran wrzuci informacje, że zniszczyli hangar, radar, samolot”. Uznano, że lepiej się wycofać niż utrwalać przekaz o niezdolności amerykańskich sił do obrony przed Iranem.
Gest wobec Teheranu i utrata prestiżu w regionie
Lewandowski nie wyklucza, że wycofanie jest także gestem dobrej woli wobec Iranu. Teheran stawiał cofnięcie wojsk amerykańskich z Iraku jako jeden z warunków trwałego porozumienia pokojowego.
„Nie wykluczam tego, że jest to gest dobrej woli. Taki właśnie, że patrzcie, wycofujemy” - mówi ekspert, zaznaczając, że powodów decyzji jest kilka i wzajemnie się uzupełniają.
Kluczową stawką pozostaje prestiż. „Tracą na Bliskim Środkowym Wschodzie, tracą prestiż, który w wypadku tych kultur jest kluczowy” - ocenia Lewandowski. Z perspektywy mieszkańców regionu Stany Zjednoczone przegrywają wojnę z Iranem, co napędza tworzenie nowych sojuszy przez Arabię Saudyjską, Pakistan, Indie czy Turcję, liczące się z szybkim słabnięciem amerykańskich zdolności interwencyjnych.
Pułkownik rozróżnia jednak dwie oceny. „To nie znaczy, że amerykańskie siły zbrojne przegrywają wojnę. Waszyngton przegrywa wojnę, używając amerykańskich sił zbrojnych w taki sposób” - podkreśla, broniąc żołnierzy, a nie polityków. Jego zdaniem użycie armii w sposób nieadekwatny do celów prowadzi do ich nieosiągnięcia.
Lekcja z 2003 roku i kurdyjski wyjątek
Ekspert przypomina błędy wcześniejszej okupacji. Po 2003 roku Amerykanie rozwiązali iracką armię i siły bezpieczeństwa, przez co musieli samodzielnie przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo kraju. „Z perspektywy lat fatalnie oceniam to, jak to wszystko wyglądało” - mówi.
O ile w 2003 roku Irakijczycy witali Amerykanów jako tych, którzy obalili reżim, o tyle już rok później nastroje się zmieniły. Wycofanie sił w 2011 roku pociągnęło poważne konsekwencje - powrót tzw. Państwa Islamskiego.
Odrębnym wątkiem są iraccy Kurdowie. Lewandowski, który dowodził bazą w Suwajrze i współpracował z kurdyjskim batalionem przerzuconym tam na odtworzenie zdolności bojowej, wspomina ich dyscyplinę jako „niesamowitą”. „To byli po prostu wojownicy. Sprawni i karni” - relacjonuje, przeciwstawiając ich ówczesnej, „rozlazłej” armii irackiej, choć zaznacza, że wyjątkiem były irackie oddziały komandosów.
Pułkownik przypomina, że w armii kurdyjskiej walczą kobiety i mężczyźni na tych samych zasadach, a Kurdowie stali się jednym z głównych bastionów walki z ISIS. Zwraca też uwagę, że byli wielokrotnie „wystawiani” przez Amerykanów, gdy liczyli na niepodległość - Waszyngton nie zdecydował się narazić Turcji, by dotrzymać im słowa.
Ryzyko chaosu i tło syryjskie
Wycofanie rodzi pytanie o powrót chaosu. Lewandowski ocenia, że ISIS w regionie zostało w znacznej części zniszczone, lecz „w Afryce podnosi głowy” w wyniku wycofania Francuzów.
W tle pozostaje Syria, „kocioł, w którym się gotuje”. Rządzi tam, jak ujął ekspert, „ekipa, która jeszcze niedawno była na liście poszukiwanych terrorystów w Stanach Zjednoczonych”. Istnieje ryzyko, że amerykańskie wycofanie zostanie odebrane jako oznaka słabości przez bojówki powiązane ze starym ISIS oraz proirańskie milicje działające w Syrii.
Lewandowski ocenił, że w Iraku wpływy proirańskie są słabsze, bo „Irak z Iranem wcale się tak nie kocha” - oba państwa toczyły długoletnią, krwawą wojnę.
Polska: rozmowy o stałych bazach trwają
Lewandowski przenosi analizę na grunt polski. Przyznaje, że wycofanie z Iraku pokazuje, iż obecność USA nigdy nie jest gwarantowana - „nigdy nie możemy być pewni, że jak się zmienią ich interesy, to się z czegoś nie wycofają”. Dodaje jednak, że tak zachowuje się każde państwo kierujące się własnym interesem.
Zarazem zaznacza, że aktualne sygnały z Waszyngtonu nie wskazują na plany opuszczenia Polski. „Dość zaawansowane są rozmowy odnośnie stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce” - mówi, odwołując się do doniesień z ostatnich dni.
Ekspert ocenia stosunki dwustronne jako dobre, po części ze względu na osobiste sympatie prezydenta Trumpa wobec prezydenta Polski. Zauważa, że Trump mówi o Polsce tak, „jakby Polską rządził Karol Nawrocki” z pełnią władzy wykonawczej, co jednak - jak uważa - nie przeszkadza w odcinaniu korzyści z tych relacji.
Potencjalna stała baza nie byłaby, jego zdaniem, „game changerem”, lecz „mocnym krokiem, który znacząco zwiększa nasze szanse na to, że wojny z Polską nie będzie”. Kluczem jest komunikacja strategiczna: sygnał, że USA traktują sojusznika poważnie i budują wokół tego infrastrukturę transportową umożliwiającą przerzut wojsk.
Ocena armii amerykańskiej po dwóch dekadach
Lewandowski przedstawia szczegółowe porównanie zdolności obu armii. W 2003 roku dzieliła je przepaść, jednak po tym roku amerykańska armia zmierzyła się z poważnym problemem kadrowym - żołnierze masowo odchodzili, bo nie dotrzymywano warunków kontraktów. W 2005 roku napotkał jednostkę, w której znaczna część żołnierzy miała około 40 lat i „prawie nie mówiła po angielsku”.
Pod względem wyszkolenia różnice dziś, według eksperta, są niewielkie, a przeciętny polski szeregowy bywa „lepszym materiałem do szkolenia”, lepiej wykształconym niż amerykański odpowiednik, dla którego armia często jest drogą do zielonej karty lub jedyną szansą na edukację.
Przewagę USA Lewandowski upatruje w logistyce, zdolnościach ekspedycyjnych i rozwiniętym outsourcingu - cywilnych firmach obsługujących wojsko także w rejonach walk, zatrudniających byłych żołnierzy. Podkreśla przy tym, że Polska marnuje potencjał emerytowanych wojskowych, bo stawki cywilnych pracowników resortu są „liczone według najniższej krajowej”.
Broniąc samej armii, pułkownik przytacza argument o zdolnościach: „Ile amerykańskich okrętów zostało poważnie uszkodzonych przez drony? Ani jeden”. Zaznacza jednak, że świat ocenia siły zbrojne po efektywności, a nie po tym, czy właściwe siły zaplanowano - i w tym wymiarze pokój „wygra Iran, czyli fatalnie dla Stanów Zjednoczonych”.
Tło i kontekst
Zdaniem Lewandowskiego jedyną drogą do zwycięstwa nad Iranem byłoby zduszenie gospodarcze, lecz to proces długotrwały i niegwarantujący sukcesu, zwłaszcza że Teheran korzysta z ograniczonego, ale poważnego wsparcia Rosji i Chin. Operacja lądowa jest wykluczona z powodów politycznych i ryzyka strat nieakceptowanych przez opinię publiczną.
Ekspert wskazuje realną słabość USA - nie w ludziach w mundurach, lecz w zdolnościach produkcyjnych. „Amerykańskie zbrojeniówki zostały znacząco upośledzone”, a problemem staje się długotrwałe utrzymanie dostaw drogich środków rażenia, takich jak pociski systemu Patriot, których miano użyć podczas walk z Iranem.
Wycofanie z Iraku wpisuje się więc w szerszy obraz państwa o ogromnym potencjale militarnym, zmagającego się z rosnącą liczbą teatrów konfliktu - od Jemenu, przez Ukrainę, po Koreę i Chiny. Dla Polski, która prowadzi zaawansowane rozmowy o stałej obecności USA, jest to zarazem ostrzeżenie i wskazówka: sojusz pozostaje realny, lecz jego trwałość zależy od zbieżności interesów.