Powrót

Wojna przyszłości: czołgi tylko jako element większego systemu

Były pułkownik Agencji Wywiadu Maciej Romanów w programie Igora Janke „Kanał otwarty” ostrzega, że wojna zmieniła się w ciągu ostatnich czterech i pół roku równie radykalnie, jak telefon komórkowy przeobraził się w smartfon - a Polska, mimo rosnących wydatków obronnych, wciąż nie ma zaktualizowanej strategii bezpieczeństwa dostosowanej do konfliktu, który może wybuchnąć za trzy do pięciu lat.

Rozmowa, pierwszy odcinek cyklu poświęconego wojnom przyszłości, koncentruje się na jednym pytaniu: jakie siły zbrojne powinno budować państwo polskie, skoro na froncie ukraińskim reguły walki zmieniają się w tygodniach, a nie w latach. Romanów, który 22 lata służył w polskich służbach, a dziś jest przedsiębiorcą, buduje diagnozę na doświadczeniu operacyjnym i wizytach na Ukrainie.

Wojna jak smartfon: platformy wpięte w jeden system

Kluczowa teza rozmówcy brzmi: współczesna wojna nie polega już wyłącznie na środkach kinetycznych ani na „myśleniu platformowym” - czyli liczeniu czołgów, transporterów, artylerii czy samolotów.

„Wojna zmieniła się dokładnie tak samo, jak zmienił się telefon Nokia na iPhone’a” - mówi Romanów. Jego zdaniem istotą zmiany jest wpięcie wszystkich elementów w jedną architekturę systemu i zasilanie jej danymi z systemów rozpoznawczych - ISR, czyli Intelligence, Surveillance, Reconnaissance.

W tym modelu dane spływają do centralnego węzła, który Romanów nazywa „Fusion Cell”. „To jest miejsce, gdzie gromadzą się te wszystkie dane” z różnych platform - czołgów, transporterów, systemów artyleryjskich - przekazywane w formie zaszyfrowanej. Sztuczna inteligencja przetwarza je i generuje rekomendacje: jakich środków użyć i jak przeciwnik może się zachować.

Romanów podkreśla, że chodzi o predykcję, a nie tylko reakcję. Dowódca ma otrzymywać cztery, pięć wariantów działania, zawierających także kalkulację ekonomiczną. To ostatni element jest, jego zdaniem, równie ważny jak skuteczność bojowa.

Czy czołgi i himarsy są jeszcze potrzebne

Na banalne, ale - jak przyznaje Janke - powszechnie zadawane pytanie, czy sprzęt taki jak czołgi K2, Abramsy, myśliwce F-35, śmigłowce Apache czy wyrzutnie HIMARS ma jeszcze sens w epoce dronów, Romanów odpowiada, że sprawa jest „dużo bardziej skomplikowana”.

Nie przewiduje wojny bez platform. Wspomina, że podczas wizyt na froncie ukraińscy żołnierze pokazywali mu czołgi i pojazdy opancerzone trzymane pod ziemią, których nie wyprowadzano z obawy przed dronami. Jednocześnie zaznacza, że „nie da się zdobywać lądu bez ciężkiego sprzętu” - wszystkie elementy są wzajemnie powiązane.

Warunkiem sensownego wydatku jest jednak integracja. „Himarsy muszą zostać wpięte w te systemy. Te wszystkie platformy muszą zostać połączone w jeden jednolity system sieciocentryczny” - mówi. W przeciwnym razie, ostrzega, można „wydawać na nie dowolne pieniądze i to jest przepalanie”. Jako przykład polskiego rozwiązania wskazuje system Topaz firmy WB Electronics, mający zarządzać polem walki.

Rozmówca kładzie nacisk na asymetrię kosztów. Zestrzeliwanie drona wartego 30-40 tysięcy dolarów pociskiem Patriot za 3,5-4 miliony dolarów uważa za działanie nieracjonalne ekonomicznie. Wskazuje na rozwój interceptorów wielokrotnego użytku oraz środków laserowych, a także na startupy - w tym „jednorożce” - pracujące nad tańszymi metodami neutralizacji.

Dane jako ropa naftowa współczesnej wojny

Romanów opisuje trójstopniową architekturę: zbieranie danych, analiza, dowodzenie. Dopiero na końcu tego łańcucha uruchamiane są efektory - czołgi, himarsy, drony.

Pierwsza warstwa to gromadzenie informacji. Amerykanie, przyznaje, wciąż dominują w technologii satelitarnej i dostarczają zdolności Europie oraz Ukrainie. Ale dane pochodzą z wielu źródeł: od satelitów, przez sensory sejsmiczne, termiczne, optyczne i soniczne systemów ISR, po informacje przekazywane przez mieszkańców i publikowane w komunikatorach. Jako przykład polskiej infrastruktury wymienia Tarczę Wschód na granicy z Białorusią, wyposażoną w urządzenia gromadzące dane, które - jak zastrzega - muszą być przetwarzane efektywnie, „nie generować false alert”.

Druga warstwa to analiza z użyciem sztucznej inteligencji, która według Romanowa jeszcze rok temu nie była tak rozwinięta jak dziś, a rozwój komputerów kwantowych ma dodatkowo przyspieszyć uczenie maszynowe.

Trzecia warstwa to dowodzenie. Każdy taki system, zaznacza rozmówca, musi zawierać protokół „human on the loop” - ostateczną decyzję podejmuje człowiek. „At the end of the day to ty jako dowódca podejmujesz decyzję” - mówi, wyliczając możliwe warianty: wysłanie czołgu, drona naziemnego albo kompanii żołnierzy.

Dane porównuje do surowca. „System, który zarządza polem walki współczesnym - dane do tego systemu są taką ropą naftową, z której produkuje produkty” - a produktami są rekomendacje działania.

Front, którego nie da się przełamać

Zdaniem Romanowa doświadczenie ukraińskie pokazuje, że działania możliwe jeszcze cztery lata temu dziś są nieosiągalne. Fenomenalną - jak ją określa - operację charkowską z 2022 roku, opartą na wprowadzeniu Rosjan w błąd co do kierunku uderzenia, dziś powtórzyć by się nie dało.

Powód to permanentna obecność dronów obserwacyjnych. „Tam 24 godziny przez 7 dni w tygodniu latają drony obserwacyjne, polski Fly Eye na przykład” - mówi, monitorując linię rozgraniczenia liczącą, według jego słów, ponad 1200 kilometrów. W efekcie łatwiej dziś zniszczyć poruszającego się przeciwnika niż przełamać front nawet na szczeblu taktycznym.

Rozmówca porównuje sytuację do bitwy pod Verdun z I wojny światowej - dwa obozy oddzielone wąską linią, niezdolne do przełamania. Innowacje na Ukrainie wdraża się w tygodnie: wzdłuż frontu działają warsztaty zbierające informacje zwrotne od żołnierzy o skuteczności dronów.

„Lądowy lotniskowiec” i zarzut braku strategii

Najostrzejsza część rozmowy dotyczy państwa polskiego. Romanów przypomina, że ostatnia strategia bezpieczeństwa narodowego została przyjęta w maju 2020 roku - jak mówi obrazowo, „w dobie Nokii 6310i” - a prace nad nową wciąż trwają.

Wielokrotnie powtarza, że jako podatnik oczekuje efektywności i systemowych rozwiązań. Za przykład konsekwencji stawia Stany Zjednoczone, które przyjęły nową strategię i wdrażają ją krok po kroku. „Papier wszystko przyjmie” - cytuje przysłowie, domagając się strategii operacjonalizowanej, a nie deklaratywnej.

Romanów proponuje koncepcję, którą - jak mówi - zdefiniował w artykule dla Instytutu Sobieskiego: Polska jako „lądowy lotniskowiec dla Stanów Zjednoczonych”. Warunkiem ma być rozbudowa logistyki i infrastruktury zdolnej przyjąć wojska sojusznicze na wypadek wojny. „Logistyka nie jest wszystkim, ale wszystko bez logistyki jest niczym” - przywołuje wojskowe powiedzenie.

Wśród projektów, w których należałoby „zaszyć” rozwiązania zwiększające odporność państwa, wymienia CPK ze szprychami, Rail Baltica, Via Carpatia oraz natowską infrastrukturę rurociągową. Tę ostatnią - mającą według cytowanych przez niego planów powstać do 2035 roku - ocenia krytycznie: „10 lat na taki proces inwestycyjny? To powinno być 24 do 36 miesięcy zamknięte”.

Szczególną wagę przypisuje bezpieczeństwu energetycznemu opartemu na Bałtyku - naftoportowi, Baltic Pipe, terminalom LNG w Świnoujściu i Gdańsku, elektrowni jądrowej w Choczewie oraz morskim farmom wiatrowym. „Nasze bezpieczeństwo energetyczne prawie w 100 procentach leży na Bałtyku” - mówi, wskazując, że od tego zależy dostępność paliw dla wojska.

Rozproszone kompetencje i wojna w cieniu

Romanów zwraca uwagę na rozczłonkowanie polskich instytucji odpowiedzialnych za innowacje obronne. Wymienia Departament Innowacji MON, PFR i BGK, postulując centralizację na wzór amerykańskiej DARPA - agencji, która, jak przypomina, powstała w 1958 roku w reakcji na wystrzelenie Sputnika i stworzyła m.in. internet oraz technologię stealth.

Porównuje to z polską sytuacją: „My w zeszłym roku mieliśmy 21 dronów, które wtargnęły w naszą przestrzeń powietrzną”. Krytycznie ocenia doraźne reakcje - jak decyzję o skierowaniu 10 tysięcy żołnierzy do ochrony infrastruktury kolejowej po akcie dywersji na linii Warszawa-Lublin. „To nie są rozwiązania systemowe” - mówi, postulując audyt sił na granicy i obniżenie kosztów operacyjnych przy zachowaniu skuteczności.

Rozmówca przypomina, że Polska od lat jest w „strefie walki w cieniu” z Rosją: wtargnięcia dronów, dywersja kolejowa, uszkodzenia infrastruktury na Bałtyku przez jednostki „floty cieni”. Pyta o katalog odpowiedzi, wskazując Izrael jako państwo z jasno zdefiniowanymi procedurami - choć przy uwadze Janke przyznaje, że i tam procedury bywają łamane.

Kontekst: budżet równy ukraińskiemu, ale bez „rzeźby”

Romanów zestawia dane liczbowe: Polska jest, według jego słów, dwudziestą gospodarką świata, a jej budżet obronny wynosi około 50 miliardów dolarów - tyle samo, ile Ukraina, przy PKB dziesięciokrotnie mniejszym, przeznacza na wojnę z Rosją. Ukraińcy, argumentuje, blokują znacznie liczniejszą Rosję dzięki ekonomicznej efektywności prowadzenia działań.

Stąd jego apel podsumowujący, ujęty w trzy wnioski. Po pierwsze - budowa infrastruktury logistycznej i energetycznej czyniącej z Polski „lądowy lotniskowiec”. Po drugie - odejście od „myślenia hardware’owego” na rzecz integracji platform i karmienia systemów danymi. Po trzecie - wyciąganie wniosków z Ukrainy, gdzie Polska ma bezpośredni dostęp do wiedzy o sposobie walki przeciwnika.

„Zrobiliśmy masę, zróbmy teraz rzeźbę” - podsumowuje Romanów, przypominając zarazem, powołując się na przykład Paderewskiego i prezydenta Wilsona, że odrodzenie państwa polskiego w 1918 roku zagwarantowały Stany Zjednoczone, a nie mocarstwa europejskie. Ocena rozmówcy jest ostrożnie pozytywna: Polska jest w lepszej sytuacji niż wiele państw, bo zna agresora - ale, jak zastrzega, „jest dużo lepiej, ale nie jest jeszcze optymalnie”.