Powrót

Szpital Południowy pod lupą: doniesienia o zgonach i salonik VIP obnażają systemowe patologie

Doktor Emil Jędrzejewski, lekarz Szpitala Południowego w Warszawie, ujawnił w Kanale Zero informacje sugerujące, że w placówce mogło dochodzić do zgonów pacjentów w wyniku nieprawidłowo prowadzonych intubacji, a następnie do prób ukrycia błędów poprzez fingowane badania zwłok. Doktor Maria Libura, ekspertka ds. ochrony zdrowia związana z Klubem Jagiellońskim i Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim, w rozmowie w Kanale Otwartym oceniła, że jeśli doniesienia się potwierdzą, oznacza to przekroczenie cienkiej czerwonej linii i konieczność głębokiej korekty systemu ochrony zdrowia.

Trzy poziomy nieprawidłowości

Sprawa Szpitala Południowego obejmuje trzy odrębne wątki o różnym ciężarze gatunkowym. Pierwszy - najpoważniejszy - dotyczy domniemanych zgonów pacjentów podczas intubacji wykonywanych przez niedoświadczonego lekarza oraz późniejszego transportowania zwłok w celu przeprowadzenia badań mających ukryć błędy. Drugi to ujawniony wcześniej tak zwany „salonik VIP” i specjalne ścieżki dostępu dla polityków. Trzeci - finansowy - dotyczy nieproporcjonalnie wysokich wynagrodzeń niektórych lekarzy kontraktowych.

Libura zastrzega, że nie jest w stanie potwierdzić prawdziwości najpoważniejszych zarzutów. - System wymaga bardzo głębokiej korekty, jeśli te informacje się potwierdzą -stwierdziła. Przypomniała, że polska ochrona zdrowia ma w historii przypadki przekraczania granic etycznych, jak afera łowców skór w Łodzi, ale od tamtego czasu nastąpiła znacząca cywilizacja standardów.

Salonik VIP jako symptom choroby systemu

Ekspertka zwróciła uwagę na paradoks, o którym - jej zdaniem - mówi się zbyt mało. Politycy dysponujący zasobami pozwalającymi na korzystanie z medycyny prywatnej wybierają system publiczny, co świadczy o jego wartości. Problem polega na tym, że gdy zauważają jego niedomagania, tworzą specjalne ścieżki dostępu, które psują system dla wszystkich.

- System ochrony zdrowia, który ogranicza dostępność i pogłębia nierówności między ludźmi, staje się systemem niebezpiecznym dla wszystkich - podkreśliła Libura. Wskazała, że relacja pacjent-lekarz opiera się na zaufaniu i głębokich zasadach etycznych, a podważanie tych fundamentów prowadzi do dramatycznych zagrożeń dla bezpieczeństwa pacjentów.

Medycyna defensywna i kult dokumentacji

Według ekspertki polski system od lat osuwa się w stronę tak zwanej medycyny defensywnej. Strach przed odpowiedzialnością karną kieruje pracą placówek bardziej niż troska o standard medyczny. Dotyka to nie tylko lekarzy, których należałoby odsunąć od zawodu, ale również personelu pracującego rzetelnie.

- Porządni lekarze są często niesłusznie oskarżani o błędy medyczne - zauważyła Libura. Przy każdym zabiegu interwencyjnym istnieje ryzyko powikłań, a zrozpaczeni pacjenci lub ich rodziny coraz częściej kierują sprawy do sądu. U podłoża leży brak dostępu do leczenia, brak czasu na rozmowę z pacjentem oraz niedostateczne kształcenie w zakresie komunikacji.

W efekcie dbałość o dokumentację staje się pierwszoplanowa. W specjalizacjach zabiegowych - chirurgii, ginekologii, położnictwie - nieustający strach przed pozwem, nawet przy działaniu zgodnym ze sztuką, paraliżuje personel i niszczy zaufanie. Korzystają na tym przede wszystkim prawnicy, czego przykładem są Stany Zjednoczone, gdzie szpitale obrosły kancelariami wyspecjalizowanymi w pozywaniu placówek.

System „no fault” jako rozwiązanie

Alternatywą jest model stosowany w dojrzałych systemach europejskich - tak zwany no fault. Polega na obowiązkowym zgłaszaniu wszelkich błędów medycznych przez osoby, które je popełniły, ich zespół oraz pacjenta, jeśli jest tego świadomy. Dotyczy to także drobnych pomyłek bez konsekwencji zdrowotnych - Libura podała przykład brytyjskich materiałów szkoleniowych, w których zgłoszeniu podlega nawet pominięcie ostatniej dawki antybiotyku u zdrowego dziecka.

W tym modelu nikt nie ponosi konsekwencji karnych, odszkodowanie jest wypłacane ze specjalnego funduszu, a historia każdego błędu jest dokładnie analizowana. Szukane są przyczyny źródłowe - od układu leków na półkach po przemęczenie personelu - a wnioski wdrażane systemowo we wszystkich placówkach.

Czas pracy lekarzy: polski wyjątek

Jednym z głównych źródeł zagrożenia bezpieczeństwa pacjentów jest brak realnej regulacji czasu pracy lekarzy. Libura porównała sytuację do branży transportowej. - Kiedy mamy kierowcę ciężarówki, wiemy, że jeśli zaśnie za kierownicą, stanie się coś strasznego. Wszyscy to rozumieją - stwierdziła. W przypadku lekarzy Polska poszła w stronę systemowej zachęty do przechodzenia na kontrakty, które pozwalają omijać dyrektywy unijne i pracować bez ograniczeń.

Mechanizm ma dwa źródła. Pierwsze to łatanie dziur w grafikach kosztem długoterminowej jakości - krótkoterminowe gaszenie pożaru przy jednoczesnym wywoływaniu większego problemu. Drugie to arbitraż podatkowy: lekarz na etacie jest nieporównywalnie bardziej obciążony składkami niż lekarz na kontrakcie.

W systemach takich jak amerykański, mimo komercyjnego charakteru, ściśle pilnuje się czasu pracy rezydentów - ze względu na jakość kształcenia i przywiązanie do konkretnej placówki. W Polsce, zdaniem ekspertki, panuje pod tym względem anarchia niezrozumiała na tle innych krajów rozwiniętych.

„Ludzie giną, bo ktoś się uczy”

Do najmocniej wybrzmiewających słów doktora Jędrzejewskiego należało stwierdzenie, że „ludzie giną, bo ktoś się uczy”. Libura nie dysponuje danymi pozwalającymi ocenić skalę zjawiska, ale jej doświadczenia są odwrotne. Uniwersytety medyczne mają obowiązek prowadzenia centrów symulacji medycznej, w których studenci ćwiczą procedury na manekinach. Ma zostać wprowadzony dodatkowy egzamin praktyczny kończący studia.

- Raczej nie widzę w studentach ochoty, żeby ćwiczyć coś na ludziach. Wręcz przeciwnie, jest ogromna chęć dobrego opanowania procedur, zanim przyjdę do człowieka - opisała postawy studentów kierunku lekarskiego. Wskazała jednocześnie na ryzyko związane z radykalnym zwiększaniem liczby miejsc na studiach medycznych bez równoczesnego zapewnienia warunków do kształcenia podyplomowego pod okiem doświadczonych mentorów.

Nierówności geograficzne i kulturowe

Libura zwróciła uwagę, że uprzywilejowanie w polskim systemie nie ogranicza się do polityków. Mieszkańcy dużych miast również są uprzywilejowani wobec mieszkańców wsi. - Wieś w Polsce ma twarz starszej kobiety, której dzieci wyjechały do większego miasta. Dlaczego nie oburzamy się, że ona nie ma jak dostać się do lekarza pierwszego kontaktu? - pytała. Co czwarte sołectwo nie ma transportu publicznego do ośrodka zdrowia.

System wpuszcza pacjenta w „kołowrotek”: lekarz rodzinny wystawia skierowanie do specjalisty, specjalista zleca badanie, na badanie i jego opis czeka się tygodniami, a po powrocie do specjalisty często okazuje się, że potrzebne jest kolejne skierowanie od lekarza rodzinnego. Tymczasem stan zdrowia pacjenta się pogarsza, a nikt nie czuje się za niego odpowiedzialny.

Powołując się na badania profesora Michaela Marmota z Londynu, Libura argumentowała, że bardziej sprawiedliwe systemy dają lepsze efekty zdrowotne także dla najbogatszych. Porównania pokazują, że najbogatsi Amerykanie żyją mniej więcej tyle, co najubożsi mieszkańcy Niemiec czy Włoch.

Transparentność zamiast oskarżeń

Zdaniem ekspertki odpowiedzią na patologie nie powinno być wprowadzanie kolejnych zakazów - typu zakaz zasiadania polityków w radach nadzorczych szpitali - które łatwo obejść. Kluczowa jest transparentność danych: publikowanie informacji o efektach leczenia, liczbie rehospitalizacji po określonych procedurach, wynikach pracy SOR-ów.

- Jestem w stanie wymyślić pięć różnych pomysłów, jak obejść taki zakaz, żeby się wydawało, że dużo się zmieniło, a nie zmieniło się nic - oceniła propozycje rządu. Alternatywą jest publiczne porównywanie wyników placówek, co tworzy zdrowy bodziec do nauki od najlepszych zamiast rywalizacji opartej na ukrywaniu problemów.

Libura krytycznie odniosła się do pomysłu zbierania informacji o zarobkach lekarzy. - Nie wiem, po co to będzie zbierane. Zastanawiam się, dlaczego strona publiczna nie proponuje pilnowania czasu pracy - stwierdziła. To czas pracy, a nie wysokość wynagrodzenia, decyduje o bezpieczeństwie pacjenta.

Grzech pierworodny reformy z lat 90.

Według ekspertki źródłem dzisiejszych patologii jest decyzja podjęta przy wprowadzaniu reformy ubezpieczeniowej pod koniec lat 90. Zamiast składki na poziomie 11-12 procent, którą wskazywały wyliczenia, ustalono ją na 7,5 procent. - Było wiadomo, że to się nie zepnie, czyli będzie musiał powstać jakiś równoległy rynek - stwierdziła Libura.

Konsekwencją jest dzisiejsza fragmentaryzacja: świetne kliniki obok wsi pozbawionych dostępu do podstawowej opieki, lekarze przepracowani na kontraktach obok pacjentów czekających na zabiegi do 2028 lub 2029 roku. Ekspertka przypomniała przypadek zespołu ratownictwa medycznego, który potraktował chłopaka schwytanego przez policję jak narkomana, nie zauważając krwawienia - chłopak zmarł, ale ponieważ pochodził z rodziny bez siły przebicia, sprawa nie wywołała reformy procedur.

Kierunek zmian

Libura proponuje kilka konkretnych kroków. Po pierwsze, lekarz rodzinny powinien stać się prawdziwym „aniołem stróżem” pacjenta, przejmując prowadzenie najczęstszych chorób przewlekłych - zamiast odsyłać pacjentów do specjalistów, którzy zapychają kolejki. Po drugie, należy wprowadzić obowiązkowe raportowanie czasu pracy lekarzy we wszystkich miejscach zatrudnienia - zarówno publicznych, jak i komercyjnych.

Po trzecie, system musi stać się pacjentocentryczny w praktyce, a nie tylko w deklaracjach. - Równość nie polega na tym, że wszyscy będą mieć jednakowo gorzej. Nie chodzi o to, żebyśmy wszyscy umarli w równie długich kolejkach, tylko żebyśmy dostali leczenie na czas - podkreśliła Libura.

Sprawa Szpitala Południowego prawdopodobnie trafi do prokuratury, a dyrekcja placówki została odwołana. Ekspertka obawia się, że na tym skończy się reakcja na ujawnione patologie. - Pytanie, czy wyciągniemy z tego wniosek, że trzeba tropić, kto dostał wyróbczek czekoladopodobny spod lady, czy zastanowimy się, dlaczego na półkach nie ma czekolady - podsumowała. Bez przejrzystości danych, regulacji czasu pracy i realnego zwiększenia finansowania kolejne afery będą tylko ujawniać te same mechanizmy systemowe.