Powrót

Zamach w Monako odsłania nową doktrynę ukraińskich służb

Ukraiński oligarcha Wadym Jermołajew został ciężko ranny w wybuchu bomby podłożonej pod drzwiami jego mieszkania w Monako. Jego partnerka straciła nogi. Sprawczyni - kobieta przebrana za mężczyznę - zginęła kilka dni później w piwnicy w Kijowie, zastrzelona przez byłego funkcjonariusza wywiadu wojskowego. Sprawa została zamknięta wyjątkowo szybko, a według podpułkownika rezerwy Macieja Korowaja, byłego oficera wywiadu, wszystko wskazuje na instytucjonalne podłoże operacji.

Precyzyjny zamach w najlepiej monitorowanym miejscu Europy

Jermołajew, oligarcha, który po aneksji Krymu prowadził tam biznesy i płacił podatki Federacji Rosyjskiej, uciekł na Cypr, uzyskał obywatelstwo cypryjskie, a następnie osiadł w Monako. Należał do środowiska nazywanego "batalionem Monako" - ukraińskich i rosyjskich oligarchów, którzy przenieśli majątki poza Ukrainę, unikając zaangażowania w wysiłek obronny państwa. Był również skonfliktowany z władzą w Kijowie - jego firma wygrała przetarg, który następnie unieważniono.

Ładunek umieszczono w plecaku pozostawionym pod drzwiami mieszkania. Była to bomba domowej roboty - z nakrętkami, śrubami i kulkami łożyskowymi - o dużej sile rażącej, lecz nieprecyzyjna. Zamach nie zabił celu, ale okaleczył jego rodzinę.

Wybór miejsca akcji stanowi kluczową wskazówkę. Monako to teren pokryty siecią około 600 kamer na kilometr kwadratowy, z bardzo rozbudowanymi systemami rozpoznania. "Przeprowadzenie tego zamachu w tym miejscu w taki sposób jest dosyć trudnym, ale nie niemożliwym operacyjnie" - ocenia Korowaj. Dodaje, że tego typu zdolności "mają służby wywiadowcze niż zwykły zamachowiec czy jakiś samotny terrorysta".

Wykonawczyni zlikwidowana, śledztwo przeniesione do Kijowa

Sprawczynią okazała się kobieta, która przebrała się za mężczyznę i podłożyła ładunek o godzinie 21:00 - porze, w której w bloku przebywali wyłącznie jego mieszkańcy, co ograniczało ryzyko postronnych ofiar. Musiała być prowadzona przez osoby trzecie, wskazujące jej miejsce i moment akcji. Śledczy w Monako i Francji stosunkowo szybko ustalili jej tożsamość i trasę ucieczki.

Kobieta odnalazła się w Kijowie - martwa, zastrzelona w piwnicy przez byłego funkcjonariusza ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, który miał zostać zatrzymany "w dziwnych okolicznościach". Ukraińskie media przedstawiły oficjalną wersję: to inicjatywa byłych oficerów HUR, skonfliktowanych z Jermołajewem na tle interesów.

Korowaj tej wersji nie kupuje. "Za szybko ta sprawa została zamknięta, żebym wierzył w takie rozwiązania" - mówi, wskazując na sekwencję: szybkie wykonanie, ewakuacja, likwidacja zasobu, sprzedaż wersji, sprawa zamknięta. Podkreśla przy tym mechanizm: "Jeżeli wiemy, że i tak coś się wysypie, to lepiej, żeby śledztwo było prowadzone w Kijowie niż w Paryżu czy w Monako". Kobieta, jego zdaniem, była wykonawczynią przekupioną - a "za pieniądze to jest słaby motywator do tego, żeby utrzymać tajemnicę, więc trzeba po prostu zlikwidować osobę, która mogłaby dalej poprowadzić śledczych".

Instytucjonalny podpis i przesłanie dla "batalionu Monako"

Metodologia - ewakuacja sprawczyni, przeniesienie śledztwa na terytorium ukraińskie, kontrola narracji - wskazuje według Korowaja na instytucjonalne podłoże operacji. "Stawiam taką bardzo prawdopodobną tezę, bazując tylko na tym, co wiem, że to mogły zrobić ukraińskie służby, bo mają do tego kompetencje i zdolności" - mówi.

Motyw wykracza poza jednego oligarchę. Wojna zbliża się do jakiegoś finału, a majątki ulokowane na Zachodzie staną się kluczowe w odbudowie Ukrainy i w rozgrywkach politycznych po jej zakończeniu. Zamach ma zdyscyplinować całe środowisko: "Ta bomba w plecaku w Monako to nie tylko miała zabić, ale przede wszystkim dać informację" - mówi Korowaj. Latające przed rezydencją śruby, obraz utraty nóg, przekaz "mogliście zginąć, ale przeżyliście" - wszystko to buduje efekt kognitywny wykraczający poza konkretną ofiarę.

Nietypowy jest sam środek rażenia. Operacje ukraińskich służb w Rosji Korowaj określa jako "sterylne" - precyzyjne bomby, pistolety, trucizny, drony. W Europie musiały działać inaczej. "Europa nie może sobie pozwolić na to, że jest taki zamach i nie jest rozwiązany" - tłumaczy. Dlatego "trzeba coś dać, jakąś ofiarę poświęcić, czyli dać coś, co zostanie przyjęte jako sprawa zamknięta lub półzamknięta".

Nowa filozofia ukraińskich służb

Za skokiem operacyjnym ukraińskich służb stoi w dużej mierze Kyryło Budanow, były szef HUR, obecnie szef kancelarii prezydenta. Zapoczątkował on odejście od zachodnich wzorców. Podczas gdy wywiady zachodnie zwykle rozdzielają zbieranie informacji od działań kinetycznych - jak przypomina Korowaj, "prawo nam tego nie pozwala" w odniesieniu do polskich służb - Ukraińcy zachowali w strukturach służb komponent operacji kinetycznych: targetowanie, likwidacje, sabotaż.

Budanow zreformował HUR, dając możliwość sprawdzenia się starym oficerom na froncie i szybko awansując zdolnych ludzi. "Między Budanowem a oficerem operacyjnym była krótka ścieżka. To dawało poczucie tym oficerom, że oni coś znaczą i mogą coś robić" - opisuje Korowaj. W ciągu czterech lat wojny ukraińskie służby przeszły drogę od "bieda-służb" do formacji, która operuje w całej Federacji Rosyjskiej, atakuje flotę cieni na Morzu Śródziemnym, szkoli rebeliantów w Afryce Środkowej walczących z rosyjskimi najemnikami i porządkuje sprawy oligarchów za granicą.

Korowaj widzi w tym analogię do izraelskich służb w konfrontacji z grupami terrorystycznymi. "Kompletnie odrzucili zachodnie modele"- zauważa. Filozofia jest jednoznaczna: walka toczy się o przetrwanie państwa, a to legitymizuje wszystko. "Nam można wszystko" - tak Korowaj streszcza wewnętrzny etos ukraińskich służb. Odnosi się to również do sojuszników: "Sojusznik nie jest bezpieczny od służb sojuszniczych".

Sygnał dla Warszawy i pułapka boskości

Wydarzenia w Monako powinny być sygnałem dla polskich służb. Okno swobody działania Ukraińców jest ograniczone czasowo - kończy się wraz z wojną. Zdaniem Korowaja Zachód powinien wyraźnie zakomunikować Kijowowi, że tak brutalny sposób prowadzenia polityki ma granice.

Rozmówca wskazuje przy tym na osobiste ryzyko konsolidacji tak dużej władzy operacyjnej w jednych rękach. Gdy na biurku decydenta lądują raporty o operacjach "od Kamczatki po Gibraltar", może pojawić się poczucie boskości. "Umiejętność balansowania między tym pierwiastkiem boskości a rzeczywistością jest unikalną zdolnością najlepszych oficerów wywiadu" - mówi Korowaj. Jeśli Budanow "wierzy w to, co mówi" - o narodzie wybranym przez Boga i o prawie do wszystkiego - jest to niebezpieczne.

System jednak działa niezależnie od jednostki. Odejście Budanowa z HUR nie zatrzymało operacji, podobnie jak - zdaniem Korowaja - ewentualne odejście Putina nie zmieniłoby systemu rosyjskiego. "To system wypromował Putina" - podkreśla.

Rosja w przededniu wielkiej wymiany majątkowej

Równolegle w Rosji trwa niedostrzegany na Zachodzie proces przejęć majątkowych. Liczba śledztw dotyczących przejmowania majątków w regionach wzrosła według danych Federalnej Służby Bezpieczeństwa i prokuratury federalnej o 600 procent. To już nie tylko szczyty oligarchii - trwa wymiana także wśród regionalnego "planktonu oligarchicznego", który sumarycznie kontroluje więcej zasobów niż elita szczytowa.

Korowaj prognozuje, że słabnąca Rosja będzie dążyć do eskalacji - być może aż do konfrontacji na wzór kryzysu kubańskiego. Nie inwazji konwencjonalnej na NATO, bo na to nie ma zasobów, lecz "kaskady synergicznych działań podprogowych i hybrydowych" prowokujących militarną reakcję Zachodu. Rosja zmodyfikowała doktrynę nuklearną tak, by dopuszczać użycie broni jądrowej także w odpowiedzi na zagrożenie konwencjonalne dla żywotnych interesów państwa. Celem końcowym jest - jak ocenia rozmówca - sytuacja "win-win": zawieszenie ognia w Ukrainie w zamian za wycofanie zachodniej infrastruktury wojskowej, co Putin lub jego następca mogliby przedstawić jako zwycięstwo.

Kontekst: dyplomacja wywiadowcza w cieniu wojny

Nawet w warunkach wojny totalnej pomiędzy służbami wrogich państw funkcjonują kanały komunikacji. Korowaj przypomina o spotkaniu Budanowa z Siergiejem Kosykowem, szefem FSB, po którym doszło do porozumienia ograniczającego wzajemne ataki - "zabijamy siebie, ale nie zabijamy rodzin". Zasada ta nie obejmuje jednak oligarchów, co uwiarygodnia interpretację zamachu w Monako.

Takie kanały działają jak "drugi czerwony telefon" - nisko zawieszony między służbami, uzupełniający komunikację polityczną. Gdy kontakt bezpośredni jest niemożliwy, pośredniczą państwa trzecie: Amerykanie, Turcy, Pakistańczycy, czasem Chiny.

Zamach w Monako mieści się w tej samej logice, w której totalna wojna wywiadów przenika politykę międzynarodową. Ukraińskie służby zademonstrowały zdolności porównywalne z najlepszymi w świecie, jednocześnie sygnalizując gotowość do przenoszenia metod wypracowanych na wschodzie na terytorium europejskich sojuszników. Dla stolic zachodnich to sygnał, że okres nieformalnej tolerancji dla ukraińskich operacji na ich terenie zbliża się do końca - i że koniec wojny w Ukrainie nie oznacza końca operacji, które ta wojna wygenerowała.